Witaj !

Zapraszam do lektury moich dzienników podróżnych – zapisków z kilkudziesięciu trampingów po Europie, Azji, Afryce i obu Amerykach. Są to relacje zapisywane na gorąco i bez zmian umieszczane na stronie www. Mają charakter niekiedy osobisty i z pewnością subiektywny. Są w nich zachwyty nad otaczającym – czasem tak odmiennym od codziennego – światem, są refleksje i żarty, są też narzekania na ludzi i okoliczności.


Strona w przebudowie i rozbudowie. Brakuje wielu relacji i zdjęć, a niektóre linki nie działają. Stopniowo uzupełniam relacje z 8 ostatnich lat. Proszę o cierpliwość.
Prawie gotowe są już relacje z Libanu oraz z Armenii i Azerbejdżanu oraz Bałkanów!

W skrócie o podróżach

"Po świecie" zacząłem podróżować w stosunkowo późnym wieku – dopiero na studiach doktoranckich; pamiętać jednak należy, że były to inne czasy, a wizy do europejskich krajów zniesiono dopiero na początku lat 90. ubiegłego wieku :-). Wcześniej intensywnie podróżowałem po Polsce, organizując sobie co roku wyprawy rowerowe i wycieczki górskie. Ale w pewnym momencie (1992) powiedziałem sobie: "Czas ruszyć dalej".

Zacząłem od autostopu po sześciu krajach Europy Zachodniej (1992). Podczas 30-dniowej trasy mierzącej ponad 5.000 km odwiedziliśmy kilkadziesiąt miast – zaczynając od Niemiec, które przejechaliśmy w poprzek (od Drezna po Düsseldorfu); później była Holandia ze ślicznym Utrechtem, dostojnym Amsterdamem i nowoczesnym Rotterdamem, a dalej Belgia z renesansowymi i barokowymi perełkami architektury (od Antwerpii po Gandawę). Kolejny kraj – Francja, to wiadomo: Paryż, zamki nad Loarą, ale też Masyw Centralny i Oksytania. A dalej szybki przejazd przez Szwajcarię i znów Niemcy (Bawaria). Stąd już krok do czeskiej Pragi. Ten wyjazd, obfitujący w życiowe doświadczenia, był dla mnie prawdziwym „odkrywaniem świata”. Zobaczyłem miejsca, które wcześniej znałem tylko z telewizji i z książek.

Kolejny rok (1993) przyniósł mi niesamowitą ilość wrażeń: udało mi się zwiedzić kawał Europy od Narwiku w północnej Norwegii po Agrigento na Sycylii. Skandynawia to 10.500 km pociągiem (bilet Nordturist), największym promem świata, autobusem i stopem. We wspomnieniach została surowa północna przyroda, piękne miasta (między innymi 4 stolice oraz Trondheim, Uppsala, Turku i Odense) i sympatyczni ludzie... Z kolei wyjazd do Włoch to 30 dni, 7.500 km, kilkadziesiąt miast na trasie (od Wenecji i Florencji na północy, przez Sienę i Neapol po Palermo i Katanię na południu), 2 wulkany i 4 morza... A przede wszystkim wielka dawka przygody – miesiąc pod gołym niebem: noclegi na kraterze, na plaży, na schodach kościoła :)

Po kilku latach przerwy, gdy czas spędzałem bardziej "rodzinnie" ruszyłem w małej grupie na Bliski Wschód (2000). Było to moje pierwsze zetknięcie ze światem islamu. Ale również posmakowałem pustyni, raf koralowych, odwiedziłem antyczne miasta i święte miejsca...

Kolejny, niezbyt udany wyjazd (2001) do Grecji to zdobywanie Olimpu, wędrówki po starożytnych ruinach, mozaiki, muzea, Arkadia... Poza tym awaria autobusu i... zresztą poczytacie sami.

W roku 2002 powróciłem do "moich Arabów" – tym razem do Maroka: znów uliczki mediny, niesamowite kolory Atlasu, Sahara... A przy okazji liznąłem trochę Hiszpanii kojarzącej mi się odtąd ze wspaniałymi gotyckimi katedrami, Gaudim i mauretańskimi pałacami.

W rok później (2003) miałem podwójną dawkę przygód: tym razem skierowałem się ku krajom niby bliskim, ale jednocześnie "dzikszym". W lipcu była to podróż do pięknej Karelii, krainy jezior i lasów, z pięknymi zabytkami architektury ludowej (Kiżi), udało się nam dojechać do Murmańska, popłynąć na Wyspy Sołowieckie na Morzu Białym, podelektować się zbiorami muzeów Moskwy i Petersburga...

Natomiast w sierpniu tamtego wyprawiłem się do Rumunii: przeszedłem najpiękniejsze pasma Karpat: Alpy Rodniańskie, Bucegi i Fogarasze, zdobywając ich najwyższe szczyty, widziałem piękne miasta Transylwanii, odpocząłem na czarnomorskim wybrzeżu, popływałem łódką po Delcie Dunaju, obejrzałem malowane monastyry na Bukowinie. To były udane wakacje!

Nowy rozdział – wypraw do bardziej odległych miejsc – zapoczątkowałem w 2004 roku. Pięć tysięcy kilometrów koleją transsyberyjską – oto przeżycie! A dalej – Mongolia! Dotarliśmy do Jeziora Chubsuguł, odbyliśmy trek po górach, zwiedziliśmy parki narodowe, lamajskie świątynie... To ciekawy i niepowtarzalny kraj.

Rok 2005 to samotny, najdłuższy w moim życiu, 48-dniowy wyjazd do Chin. Do Państwa Środka dotarłem pociągami i autobusami przez Ukrainę, Rosję i Kazachstan; zwiedziłem ujgurskie miasta na Jedwabnym Szlaku, przejechałem przez pustynię Takla Makan, zapuściłem się na Wyżynę Tybetańską, gdzie przyglądałem się świętom lamajskim, zwiedziłem świątynie taoistyczne w Kunmingu, posiedziałem kilka dni w Pekinie. Wyjazd nad Morze Żółte uzupełnił moją kolekcję "kolorowych" mórz.

Lato 2006 spędziłem na miesięcznej wyprawie drogą lądową do Iranu – kraju pięknego, bezpiecznego i taniego. Przemierzyłem po Persji 9600 kilometrów, zwiedzając praktycznie wszystkie ważne miejsca: od starożytnego Choqa Zanbil po święty Mashhad, od glinianego Rayen po kamienny Babak, od Zatoki Perskiej po Morze Kaspijskie. Dałem się oczarować Esfahanowi i Yazdowi. Było wspaniale.

Rok 2007 od strony podróżniczej zaczął się nietypowo: wykorzystałem zaległy urlop na miesięczny wyjazd do Indii i Nepalu. Na pierwszy ogień poszedł cudowny Radżastan z niesamowitymi kolorami, dalej Agra z Taj Mahalem o świcie i rozerotyzowane Khajuraho. Przejechaliśmy się łódką po Gangesie w Waranasi, oglądając kremacje zwłok i rytualne ablucje. Dalej były odwiedziny u krwiożerczej Kali w Kalkucie i wypad nad Zatokę Bengalską. W uroczym Darjeelingu podziwialiśmy wschód słońca nad Kanczendżengą. A dalej były trzy nepalskie stolice (Kathmandu, Patan i Bhaktipur), polowanie na nosorożce w PN Chitwan i oglądanie Annapurny w Pokharze. Po powrocie do Indii odwiedziliśmy jeszcze sikhijski Amritsar i tybetański McLeod Gandź. Był to najcięższy tramping z dotychczasowych, lecz to, co widzieliśmy, z powodzeniem rekompensuje trudy podróży.

Przez trzy kolejne lata moja aktywność turystyczna skupiała się na długodystansowych górskich szlakach. I tak, wiosną 2009 roku wybrałem się na wycieczkę po górach Głównym Szlakiem Beskidzkim, który prowadzi z Wołosatego w Bieszczadach do Ustronia. Licząca 519 kilometrów trasa zajęła mi 11 dni. Wróciłem z obolałymi nogami, ale zadowolony z siebie.

W lutym 2010 wybrałem się na przechadzkę 137-kilometrowym Małym Szlakiem Beskidzkim, wiodącym z Bielska-Białej przez Beskid Mały, Beskid Makowski i Beskid Wyspowy na Luboń Wielki koło Rabki. Trudne warunki pogodowe i przemoczone buty nie były przeszkodą w utrzymaniu dobrego humoru. Zaśnieżone góry zawsze cieszą moje oczy.

W dwa miesiące później wybrałem się na 100-kilometrowy spacer dookoła Krakowa . Droga wiodła przez podkrakowskie wsie, Niepołomice, Wieliczkę i Skawinę. Całość zajęła mi 24 godziny. To cenne dla mnie doświadczenie.

Wiosną tego samego roku w ciągu 7 dni przeszedłem liczący 350 km Główny Szlak Sudecki, który prowadzi ze Świeradowa w Górach Izerskich do Paczkowa. Natomiast w sierpniu przemierzyłem wraz z synem Szlak Orlich Gniazd, poczynając od Częstochowy a kończąc po sześciu dniach na rodzinnym Krakowie.

Jakby mi nie dość było Jury – w następnym roku (Boże Ciało 2011) wyruszyłem jeszcze raz na Szlak Orlich Gniazd. Wystartowałem o 4:00 rano z Krakowa, by po 40 godzinach nieprzerwanego marszu dojść do oddalonej o 165 km Częstochowy. Ten najdłuższy w mym życiu spacer uznaję za sukces, zwłaszcza że nie przygotowywałem się jakoś specjalnie do przejścia.

Tamten rok obfitował w wyjazdy zagraniczne. Zaczęło się od krótkiego wypadu do Gruzji. Zaśnieżone szczyty Kaukazu, kwitnące wybrzeże czarnomorskie, kamienne kościółki na wzgórzach, skalne miasta i nocne światła Tbilisi na długo pozostaną w mojej pamięci.

Na przełomie czerwca i lipca pochodziłem z synem po słowackich Tatrach i Słowackim Raju. Odwiedziliśmy również Zamek Spiski i wspaniałą Jaskinię Demianowską (Wolności).

W lipcu wybrałem się również na tramping po Egipcie: przemierzyliśmy go wszerz i wzdłuż, pokonując 4300 km w niecałe dwa tygodnie: od Abu Simbel po Aleksandrę, od Al-Bahariji po Hurghadę. Przepiękne były skalne formacje Białej Pustyni, niezapomniane nurkowania w Morzu Czerwonym.

Początek września spędziłem w słonecznym Libanie. W ciągu tygodnia poznawałem ten maleńki kraj. Zobaczyłem biblijne miejsca, wspaniałe jaskinie Jeita przeuroczą dolinę Kadisza, wspiąłem się na Qurnat as-Sawda – najwyższy szczyt w górach Liban, odwiedziłem sławny Baalbek i góry Szuf.

Dane mi również było powrócić na Zakaukazie, by poznać Azerbejdżan i Armenię. Tym razem zauroczyły mnie ormiańskie kościółki, poznałem azerskie wulkany błotne i zoroastriańskie świątynie Czcicieli Ognia. Wyjazd był okazją do górskich wędrówek – od stoków Qizilqaya Dagi przez południowy szczyt Aragacu po Góry Barguszat. Byłem usatysfakcjonowany.

Rok 2012 rozpoczął się od mocnego uderzenia. Blisko miesięczna wyprawa do Indochin obejmowała podróż przez cztery kraje. Przemierzyłem Wietnam od północy zamieszkałej przez górskie plemiona aż po niezwykłą Deltę Mekongu. W Kambodży zachwycałem się stołeczną Srebrną Pagodą i podziwiałem sławne świątynie Angkor. Dalej był Szmaragdowy Budda w Bangkoku i dwudniowy trekking w północnej Tajlandii. Było fantastycznie. Później podróż Mekongiem do urokliwego Luang Prabang i samotny spacer po dżungli w północnym Laosie.

Pod koniec maja zdecydowałem się na krótki wyjazd: w ramach uzupełniania kolekcji państw europejskich odwiedziłem bliskie nam kraje: Litwę, Łotwę i Estonię. I znów dałem się zauroczyć starówkom w trzech stolicach, zobaczyłem krater meteorytowy na największej estońskiej wyspie, pospacerowałem plażami Mierzei Kurońskiej, poznałem jeden z najszerszych europejskich wodospadów. Było słonecznie, ładnie, pusto i... drogo. Odzwyczaiłem się od Europy ;-)

Wyprawy w 2012 zakończyłem 16-dniowym wypadem z synem. Tym razem rzuciło mnie na Bałkany: najpierw była Bułgaria i zdobywanie Musały, potem odpoczynek nad Ochrydem i przejazd do coraz popularniejszej Albanii – zakończony trekiem w Górach Przeklętych. Dalej była Czarnogóra z pięknymi nadmorskimi miastami i krótki wyskok do Dubrownika. Po wycieczce w góry Durmitor i zerknięciu na wąwóz Tara udaliśmy się do Kosowa a stamtąd znów do Macedonii – tym razem w góry i do stolicy. Zwiedzanie Sofii było ostatnim punktem trampingu.

Rok 2013, to czas kolejnego przełomu w moim podbijaniu świata ;-) Za jednym zamachem dotarłem na półkulę zachodnią i południową: korzystając z superpromocji TAM odwiedziłem Amerykę Południową. W Peru zachwycaliśmy się fauną i florą wysp Ballestas i wąwozu Colca, lataliśmy awionetką nad liniami w Nazca, przemykaliśmy przez dziedzińce monastyru Santa Catalina w Arequipie. W Boliwii biegaliśmy po stromych uliczkach La Paz, pędziliśmy dzipem po salarze pod Uyuni, wdychaliśmy duszące opary z fumaroli, podglądaliśmy flamingi w Laguna Colorada. Na koniec wdrapaliśmy się na mistyczne Machu Picchu i objechaliśmy Świętą Dolinę. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Wielką Brytanię. Był to jeden z najlepszych trampingów – pod każdym względem.

W lipcu tego samego roku wybrałem się z synem znów w kierunku południowym. W ciągu kilkunastu dni odwiedziliśmy 6 europejskich stolic, począwszy od Lublany a skończywszy na Bratysławie. Poznaliśmy Alpy Julijskie z Triglavem, piękne słoweńskie jaskinie, urocze Plitwickie Jeziora, Balaton i kilka innych ciekawych miejsc. Serbia była moim 57 odwiedzonym krajem.

NEW! Ostatnią wycieczką w 2013 roku był najkrótszy (i najtańszy) jak dotąd tramping na Cypr. Zobaczyłem starożytne Pafos, wielokulturową Nikozję, piękne monastyry w Bellapais i Troditissie, zdobyłem Olimp, przespałem się nad Słonym Jeziorem w Larnace i odpocząłem przy Łaźniach Afrodyty na Płw. Akamos. To piękny, choć mały kraj!

W styczniu 2014 roku ponownie wyprawiłem się za Wielką Wodę – tym razem do Ameryki Środkowej. Rozpoczęliśmy od Gwatemali, tu był wyjazd na aktywny wulkan Pacaya, sławny Tikal i rejs po Rio Dulce. W Hondurasie również oglądaliśmy ruiny miasta Majów (Copan de Ruinas), odwiedziliśmy także urokliwe Gracias. Stamtąd, po krótkim pobycie w stolicy Salwadoru i wizycie w ruinach Joya de Cerén, udaliśmy się do Nikaragui. Po dniu plażowania nad Pacyfikiem i zwiedzeniu barokowych hiszpańskich miast (Leon, Granada), popłynęliśmy na wyspę Ometepe. Stąd już tylko jeden krok do lasu deszczowego w Monteverde, wyskok na karaibskie wybrzeże i powrót do Europy ze stolicy Kostaryki. Było wspaniale.

Kolejnym, "przedwakacyjnym", wyjazdem był tygodniowy tramping po Izraelu. Dość nieszczęśliwie wypadł on w okresie Paschy, co skutkowało utrudnieniami komunikacyjnymi. Ale korzystając ze stopu, udało się zobaczyć sporo atrakcyjnych miejsc: od Nazaretu przez Hebron po Beer Szewa, od Jerycha po Hajfę. Atrakcją były również trzy parki narodowe i kąpiel w Morzu Martwym. Niezapomniane wrażenie pozostawiły również zamieszki na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie.

Lipiec 2014 poświęciłem na "starą dobrą Europę" decydując się na szybki, 17-dniowy tramping po 11 krajach Europy Zachodniej. Irlandia zachwyciła nas krajobrazami półwyspu Dingle i Parkiem Narodowym Killarney a Szkocja – górami i Edynburgiem, Po przeprawie Eurotunelem wdepnęliśmy do zabytkowych niemieckich miast (Kolonia, Akwizgran, Trewir), a także zahaczyliśmy o Liege i Maastricht. Potem z malowniczego Luksemburga polecieliśmy do Mediolanu, gdzie zachwycaliśmy się kolejną, piękną katedrą. Lunch na ławce w Lugano i szybki przejazd stopem przez Szwajcarię do mikroskopijnego Liechtensteinu. A dalej przez Alpy Austriackie do Salzburga i Linzu, by w końcu znaleźć chwilę wytchnienia w upalnej Pradze. Wyjazd był udany, choć noce w przeciekającym namiocie nie należały do najprzyjemniejszych.

Ostatni z wyjazdów w 2014 miał miejsce we wrześniu. Kolejny raz skierowałem się ku Ameryce Południowej. Miała być Brazylia, skończyło się na czterech krajach: po Rio de Janeiro, odwiedziliśmy prześliczne Ouro Preto, poopalaliśmy się w Parati, przejechaliśmy kolejką przez las deszczowy koło Kurytyby i rozkoszowaliśmy się widokiem wodospadów Iguazu. Dalej był Paragwaj z misjami jezuickimi i mroczną stolicą Asuncion, a po krótkim locie – spacer po Buenos Aires. Stamtąd, znów samolotem, udaliśmy się do Mendozy, skąd autobusem i stopem przejechaliśmy przez cudownie kolorowe Andy do Santiago. W Valparaiso zobaczyliśmy fantastyczne murale na starówce. Lot z Santiago do Rio był końcowym etapem wyjazdu.
Ten rok był wyjątkowy: spędziłem go w 24 krajach na 4 kontynentach. Oby tak dalej!

Nasyciwszy się Ameryką Łacińską, na początku 2015 roku skierowałem się ponownie ku NEW! "ukochanej" Azji i odwiedziłem pięć krajów. Bazą były Indie, gdyż kupiłem w dobrej cenie bilety z Warszawy do Goa. Dalej były loty tanimi liniami azjatyckimi do Malezji i Sri Lanki. Będąc na Borneo, odwiedziliśmy sułtanat Brunei, zaś wracając do Kuala Lumpur zahaczyliśmy o ultra-nowoczesny Singapur. Hitem wyjazdu była koronacja króla Mysore oraz święto Thaipusam w Batu Caves. Spodobały się nam stupy w Anuradhapurze oraz safari w PN Udawalawa. Równie miło wspominać będziemy rejs łodzią po Morzu Lakkadiwskim oraz wędrówkę przez las deszczowy na Koniec Świata. Jak zwykle cieszyłem się z wizyt w jaskiniach (Niah, Borneo) oraz świątyniach (Minakszi, Maduraj).

Korzystając z tanich przejazdów PolskimBusem, latem tamtego roku wybrałem się do Berlina, który traktowałem dotąd po macoszemu. Spodobała mi się stara-nowa stolica Niemiec, przy okazji zwiedziłem piękny pałac z ogrodami w Poczdamie.

Nie sposób pominąć ostatni w 2015 roku wyjazd: tramping najdalszy z możliwych – na koniec świata! Nowa Zelandia zachwyciła nas górskimi krajobrazami w zimowej scenerii, wspinaczka na kilka szczytów Alp Południowych pozostawiła niezapomniane wspomnienia. Dalej... szukaliśmy pingwinów w Zatoce Akaroa... Potem wietrzne Wellington i przechadzka wśród Księżycowych Kraterów koło Taupo. Szczególnie spodobała nam się kraina gejzerów nad Jeziorem Rotorua, gdzie mieliśmy okazję również przyjrzeć się kulturze Maorysów. Wspięliśmy się także na The Mount w Taurandze a podróż przez dwie wyspy zakończyliśmy w galeriach sztuki w Auckland. Okazało się, że da się tanio zwiedzić ten odległy kraj.

Krótki wyjazd do hiszpańskiej Costa Blanca był przedsmakiem tego co mnie czekało w 2016 roku. Zwiedziłem Alicante z sąsiednią Eldą, wyskoczyłem również na chwilę do Murcji.

Dwa tygodnie później były już azjatyckie klimaty: wyprawiliśmy się na Filipiny, a korzystając z przesiadki w Dubaju, pokusiliśmy się o krótki wypad do Omanu. Na Luzonie wspinaliśmy się na krater wulkanu Taal, wędrowaliśmy po tarasach ryżowych w Banaue, oglądaliśmy w Sagadzie wiszące trumny. Popłynęliśmy podziemną rzeką na Palawanie, widzieliśmy Czekoladowe Wzgórza na Bohol, podpatrywaliśmy senne tarsjusze, wesołe delfiny i ławice rybek na rafie koralowej. Filipiny kojarzyć się nam będą również z barokowymi kościołami i... napadem. Pustynno-gorzysty Oman to zupełnie inna bajka: gliniane forty w Nizwie, Bahli i Sur, wypad na pustynię Ar-Rab al-Chali, wędrówki po cudownych dolinach Tiwi i Szab. Odwiedziliśmy też zachwycający meczet w Abu Zabi i stanęliśmy pod Burdż Chalifa.

W drugiej połowie maja, a zatem już po przekwitnięciu wiśni, udałem się na krótki, bo 11-dniowy tramping do Kraju Wschodzącego Słońca. Korzystając z shinkansenów i innych pociągów ekspresowych przemierzaliśmy wte i wewte Honsiu. Spodobały się nam obie cesarskie stolice (Tokio, Kioto), pełne świątyń i nowoczesnej architektury, delektowaliśmy się widokami pływającego torii (Miyajima), głaskaliśmy jelenie w Narze, ganialiśmy krętymi schodami w zamku siogunów w Himeji, zadumaliśmy się pod A-Bomb Dome w Hiroszimie, śmialiśmy się do makaków przy ciepłych źródłach w Yamanouchi. Był też czas na relaks w tradycyjnym onsenie i kolację na 29 piętrze drapacza chmur. Mimo moich wcześniejszych wątpliwości Japonia okazała się bardzo ciekawym krajem: po powrocie uznałem jej mieszkańców za najbardziej odmiennych od dotychczas spotkanych.

W październiku był krótki służbowy wyjazd do Alicante i Eldy, potem nadszedł czas na Maltę. Zauroczyła mnie La Valletta i inne miasteczka z pałacami, wąskimi uliczkami i licznymi, kolorowymi balkonami. Przeszedłem się po nieistniejącym już skalnym łuku (Azure Window), śmigałem łódką po morzu w kierunku Blue Grotto, wędrowałem mrocznymi korytarzami przez podziemia klasztoru św. Pawła w Mdinie. Spodobały się mi kolorowe łódki w Marsaxlokk, przejażdżka motorówką z Birgu do stolicy i strome ulice w La Valletcie.

Kolejny wyjazd miał miejsce na początku listopada. Wykorzystałem 40.000 mil M&M i pofrunąłem do Korei. Zacząłem od wspięcia się na najwyższy szczyt kraju – Halla-san położony na wyspie Czedżu. Później poleciałem do Pusan, by zachwycić się świątynią Pǒmǒ-sa a stamtąd, już autobusem, do Gyeong-ju. Tu, z kolei, oczarowały mnie starożytne grobowce w formie trawiastych pagórków rozsianych po okolicy. A także urokliwe dzielnice z tradycyjną zabudową. W Seulu syciłem się do oporu zbiorami muzealnymi i królewskimi pałacami. Ale najbardziej spodobały mi się pary przechadzające się po koreańskich ulicach w tradycyjnych strojach ludowych :)

Nie stroniłem od krótkich wyjazdów. Jesienią poleciałem na weekend do Nyköping; dwudniowy trek lasach Sudermanii dostarczył mi sporo przyjemności. Podobnie atrakcyjny był wypad – ale już Flixbusem – do stolicy Moraw, Brna. Przy okazji odwiedziliśmy Sławków. Wróciłem też "na chwilę" do Alicante. Późnojesienny wypad do Nadrenii Północnej-Westfalii połączyłem w dziwaczny sposób z wizytą w rumuńskiej Timiszoarze. Spodobała mi się atmosfera bożonarodzeniowa w Dortmundzie i zabytkowa Brema.

Kolejny tramping wypadł na przełomie 2016/17 i był długo wyczekiwany. Zdecydowałem się w końcu na Czarną Afrykę. I to w doborowym towarzystwie. Zaczęliśmy od wigilijnej imprezy u rastamana na plaży w Bandżul (Gambia), potem, drogą wśród akacji i baobabów, przejechaliśmy do Dakaru. Tu było pływanie łódką po Lac Rose i urocza wyspa Goree. W Ziguinchor załatwiliśmy gwinejskie wizy i popędziliśmy do Bissau. W drodze na Wyspy Bijagos utknęliśmy na noc na mieliźnie, ale sylwester na Bubaque był udany. Dalej była środkowa Gambia z obserwacją zwierząt i ptaków w Kiang West NP. Końcówka tego udanego wyjazdu wypadła w Serrakundzie. Zachwycały mnie kolorowo ubrane kobiety, uśmiechnięci ludzie i krajobrazy. Hitem wyjazdu były noclegi u lokalsów.

Rok 2017 rozpoczął się od kolejnej podróży za ocean. Wyjazd do Meksyku został poprzedzony krótkimi wizytami w Kanadzie, Francji, Monako i we Włoszech, co oznaczało kalejdoskop pogodowy, krajobrazowy i kulturalny. Wiosenna aura południowej Europy zmieniła się na mroźną pogodę nad Niagarą, by później rozpalić nasze ciała na karaibskim wybrzeżu Jukatanu. Zmarzliśmy trochę w Sierra Madre i pod wulkanem Izta. Zachwycały mnie starożytne ruiny miast Majów i Azteków oraz barokowe miasta w Chiapas. Cieszyły moje oczy renesansowe pałace we Włoszech i nowoczesna architektura Toronto i Montrealu. Zauroczyły mnie obrzędy w kościółku w Chamuli oraz indiańskie tańce. Miło wspominam kąpiel w cenocie, rejs po rzece Grijalva i jaskinie pod San Cristobal.

Niedługo usiedziałem w Krakowie. Gdy pojawił się w kwietniu tani czarter TUI, pofrunąłem do Ras al-Chajma w ZEA, by odbyć krótki rajd po krajach leżących nad Zatoką Perską. Męcząco było, bo parę nocnych lotów się trafiło. Temperatury umiarkowane, na ogół 35 oC. Spodobały się mi muzea i nowoczesne dzielnice w Bahrajnie, medina i widok drapaczy chmur w Dosze. Interesujący był spacer po ghost town na wyspie Failaka koło Kuwejtu, zachwycałem się również pokazami fontann w Dubaju. Odwiedziłem też kolejne emiraty, między innymi Szardżę z muzeami i bazarami. Kraje GCC to łatwy cel dla kolekcjonerów krajów: wizy na lotnisku, bezproblemowa komunikacja publiczna a tanie noclegi również się znajdą.

Kolejny wyjazd miał miejsce na przełomie lipca i sierpnia. W końcu wybrałem się do Mołdawii, a skoro już tam się znalazłem, nie mogłem pominąć Gagauzji i Naddniestrza. Lubię te poradzieckie klimaty, wykorzystałem więc bliskość Odessy, by posiedzieć na Potiomkinowskich Schodach. Najtańszy powrót był przez... Kijów, zatem znów zawitałem do stolicy Ukrainy, by pozachwycać się pałacami, soborami i... długonogimi Ukrainkami.

W końcu przyszła kolej na Portugalię. Zaczęliśmy od Porto – kojarzącego mi się od tej pory z błękitnymi kafelkami i wspaniałym wieczorem z widokiem na most na Duero, potem krótka wycieczka do pobliskiej Bragi i lot na Azory. Tu wycieczka do uroczego Sete Cidades, potem na plantacje herbaty i kąpiel w ciepłych źródłach wśród drzewiastych paproci. W drodze powrotnej – Lizbona z licznymi kościołami, zabytkowymi tramwajami i stromymi uliczkami, zaś na deser... Paryż! Poprzypominałem sobie poprzednią wizytę sprzed 25 lat.

Aby nie wypaść z rytmu, w dwa tygodnie po Portugalii postanowiłem odwiedzić Andorę – przedostatni kraj na mojej europejskiej liście. Zacząłem od Lourdes z niepowtarzalnym urokiem, potem przez Tarbes udałem się do znanej mi już Tuluzy. Dalej nie było już łatwo ani tanio: BlaBlaCar w wersji francuskiej słabo się sprawdzał, dotarłem w końcu po perypetiach do brzydkiej, ale ładnie położonej stolicy księstwa w Pirenejach. Warto było!

Przed nadejściem zimy zdążyłem jeszcze odwiedzić Prowansję. W drodze do Avignonu (tu koniecznie most) odwiedziliśmy Nimes ze sławną areną a wracając do Marsylii zahaczyliśmy o niemniej znany akwedukt w Pont-du-Gard.

Następny rok (2018) rozpoczął się od "zdobywania" nowego dla mnie regionu – Karaibów. Zwiedzanie Dominikany rozpoczęliśmy od krótkiej wizyty w Higüey. Potem było Santo Domingo ze swą dzielnicą kolonialną; stąd ruszyliśmy do zatłoczonej i zaśmieconej stolicy Haiti – Port-au-Prince. Odpoczęliśmy w Kordylierze Środkowej, gdzie zażyliśmy kąpieli pod wodospadem Jimenoa. Na półwyspie Samana zauroczyła nas bujna tropikalna przyroda a zaskoczyły... deszcze. Popływaliśmy również łódką po kanałach w lesie namorzynowym a wyjazd zakończyliśmy plażowaniem pod Punta Caną.

Kolejne miesiące przyniosły parę krótkich okołoweekendowych wyjazdów. Prawdę powiedziawszy, rozsmakowałem się w nich. Najpierw był wypad do Izraela, gdzie przez dwa dni wędrowałem przez pustynię Negev z nocą pod rozgwieżdżonym niebem, święta wielkanocne spędziłem dla odmiany na Krecie ze wspaniałym Knossos i monastyrami na półwyspie Akorini, później była nieco dziwaczna wycieczka przez Memmingen do Burgas i Nesebyru, jeden z weekendów majowych poświęciłem na cudowną Wenecję i Treviso, a w czerwcu poszwendałem się nieco po środkowej Anglii (m.in. Birmingham, Manchester i Liverpool). Nieco później wybrałem się znów do Bawarii i Badenii-Wirtembergii; korzystając z kilku połączeń Flixbusem, odwiedziłem piękne miasta: Norymbergę z hitlerowską Kongresshalle, Ratyzbonę z wieżami rodowymi i Ulm z najwyższym kościołem na świecie. Wyjazd zakończyłem w okolicach Baden-Baden.

Na prawdziwy tramping przyszło mi poczekać do końca czerwca. Ruszyłem wtedy do – od dawna odkładanej – Azji Środkowej. Na początku był Kirgistan z wysokogórskimi jeziorami (Issyk Kul, Songköl), później – przez Kotlinę Fergańską dotarliśmy do Tadżykistanu z jego niebotycznymi szczytami pokrytymi śniegiem. Po odpoczynku w podgórskich Rudakach pojechaliśmy do Uzbekistanu zobaczyć przepiękne miasta na Jedwabnym Szlaku (Samarkanda, Buchara). Następnie po pełnym przygód Taszkencie wróciliśmy do Kazachstanu, by zwiedzić Ałmaty. Wypad nad Wielkie Jezioro Ałmatyńskie zakończył ten udany tramping. Niezapomniane były widoki jaków na śniegu, wieczorne spacery po Samarkandzie i spotkania w domach u miejscowych.

Kolejny wyjazd – do Tunezji (wrzesień 2018) potraktowałem szczególnie – jako okazję do świętowania setnego kraju. Postanowiłem pobyć w "godziwych" warunkach i dużo wypoczywać w "lepszym" hotelu w Monastyrze. Oczywiście, nie obyło się bez autobusowo-kolejowych wypadów do Tunisu (i Kartageny), do pobliskiego Sousse i Mahdii. Spodobała mi się medina w Kairouan i koloseum w El Jem.

Rok (2019) rozpoczął się od krótkiego wypadu z synem do Szwajcarii. Korzystając z Flixbusa zwiedziliśmy Bazyleę, Zurych i Lucernę, Podobało się nam!

Pod koniec marca ruszyłem do Indonezji, gdzie zachwycałem się świątynią w Borobudur, wspinałem na wulkan w Bromo Tengger Semeru NP, spacerowałem wśród przepięknych świątyń w Ubud na Bali, a następnie poleciałem do Australii. Tu, w Sydney i okolicy, spędziłem tydzień, poznając dokładnie miasto i odkrywając przyrodnicze uroki przyrody w Blue Mountains NP i Royal NP. Na koniec wróciłem do Dżakarty, by udać się do Gunung Gede Pangrango NP. Kąpiel pod gorącym wodospadem była fantastyczna. Chociaż wyjazd był męczący i logistycznie skomplikowany (11 lotów), wróciłem zadowolony.

Tak jak rok wcześniej, kontynuowałem krótkie weekendowe wypady: Odwiedziłem Majorkę z fantastycznym Torres de Pareis, Walencję z ultranowoczesnym Ciudad de las Artes y las Ciencias, Irlandię Północną z Groblą Olbrzyma, Wiedeń z Pałacem Schönbrunn. Potem przyszedł czas na Hamburg i hanzeatyckie miasta w Szlezwig-Holsztynie oraz dwudniowy przejazd przez kilka miast w Smalandii (między innymi Linköping z interesującym skansenem). Ostatni wypad weekendowy obejmował Akwitanię z pięknym Bordeaux i Bretanię z niemniej ładnym Saint-Malo. Wciąż jednak czekam na afrykańską przygodę...

W październiku krótkim wypadem do Islandii zakończyłem zdobywanie wszystkich krajów Europy. Nocny spacer w poszukiwaniu zorzy polarnej zakończyłem przy gorących źródłach w Błękitnej Lagunie. Później powędrowałem wzdłuż wybrzeża do Keflaviku. Było to zaledwie liźnięcie Islandii, ale chciałem ją w końcu odwiedzić. Z pewnością tu wrócę.

Ostatni wyjazd w 2019 roku miał miejsce w listopadzie. Nasza karaibska przygoda zaczęła się na Martynice, tu było pływanie z żółwiami i snurkowanie, później promem na Saint Lucia, gdzie odwiedziliśmy źródła siarkowe koło Soufrière i poplażowaliśmy u stóp Petit Piton. Dalej popłynęliśmy na Dominikę, gdzie hitem była wędrówka w Parku Narodowym Morne Trois Pitons do Wrzącego Jeziora. Była też kąpiel w gorącym strumieniu i nocny powrót przez dżunglę. Odwiedziliśmy kilka sławnych plaż (m.in Batibou), spędziliśmy też niezapomnianą noc z lokalsami w Marigot. Po krótkim pobycie na Barbados (plażowanie w stolicy) polecieliśmy – nie bez komplikacji – do Saint-François na Gwadelupie. Znów snurkowanie (Plage de la Caravelle) i przejazd do Capesterre-Belle-Eau. W Guadeloupe National Park zobaczyliśmy Carbet Falls i męczącą drogą przez las deszczowy dotarliśmy do krateru La Citerne. Do Krakowa wróciliśmy, zwiedzając Lille i Einhoven. To był wyjazd pełen miłych wrażeń :)

Pandemia koronawirusa z 2020 roku pokrzyżowała wszystkie plany podróżnicze. Do lipca siedziałem kołkiem w Polsce. Ale, gdy tylko Norwegia otworzyła swoje granice, pofrunąłem za koło podbiegunowe do Tromsø. Kilkudniowy treking po pięknej okolicy przyniósł dużo przyjemnych wspomnień i... zmęczenia. Ale dzień polarny zachęca do chodzenia nonstop ;-)
Miesiąc później odwiedziłem Apulię i Basilicatę. Zauroczyły mnie trulli w Alberobello, w pamięci pozostały sassi w Materze i spacer w Torrente Gravina. Gorąco było!
Niestety, nie obyło się bez wpadek. Dynamiczny przebieg pandemii w różnych krajach spowodował zaskakujące lockdowny i konieczność kwarantanny. Straciłem w ten sposób bilety do Porto, Cagliari i Neapolu. Uratowałem bilety do Bergamo, które odwiedziłem podczas październikowego weekendu. Nadmiar niewykorzystanego urlopu zachęcił mnie do tygodniowego wyjazdu jesienią na Riwierę Turecką. Komfortowe warunki w hotelu pod Alanyą nie powstrzymały mnie przed kilkoma wypadami w okolicę, między innymi do starożytnego Side i jaskini Dim.

NEW!Bieżący rok (2021) podróżniczo rozpoczął się od dwóch weekendowych wypadów w region Szczecina i Gdańska. Nie mogłem się powstrzymać przed kupieniem tanich biletów Ryanaira ;-). Zwiedzałem głównie okolice, między innymi Krzywy Las, Trzęsacz, Stargard, Kartuzy, Mierzeję Wiślaną i Tczew. Pod koniec czerwca wybrałem się na Santoryn, przemierzając pieszo wyspę od końca do końca.

W sierpniu, korzystając z okazji, powróciłem kolejny raz do otwartej dla turystów Turcji. W ciągu 2 tygodni przejechałem autobusem, pociągiem i samolotem 3000 km – od Cesme i Efezu na zachodzie przez Pamukkale i Pergamon do Bursy. Potem przejechałem czarnomorskie wybrzeże od Sintopy po Trabzon, gdzie w okolicy podziwiałem piękny monastyr w Sumeli. Potem była Ankara ze wspaniałymi muzeami i... Konya ze starożytną wioską Sille. A w tle trampingu były pożary i powodzie...

Pożegnanie lata 2021 rozłożyłem na raty. Najpierw był weekendowy wypad w okolice norweskiego Sandfjord. Dwa dni spędziliśmy na wędrówce wśród jezior, lasów i fiordów. Pogoda na szczęście dopisała. Miło wspominam wieczór z ogniskiem nad Skagerrakiem. Kolejny weekend przeznaczyłem na Wyspy Alandzkie, do których dotarłem promem. Prócz stolicy archipelagu – Maarianhaminy – poznałem zamek Kastelholm i sąsiadujący z nim skansen. Jak zawsze cieszyłem się północną przyrodą. Przy okazji ponownie odwiedziłem Sztokholm.

Później długo przekładany tramping po Sardynii. Zaczęliśmy od ładnego Cagliari, by następnego dnia dotrzeć stopem do sławnego nuraghi koło Barumini. Stamtąd – wciąż stopem – w sposób dość przypadkowy znaleźliśmy się w Torre dei Corsari, gdzie spędziliśmy fajną noc na wydmach. Potem było interesujące Oristano skąd górskimi drogami dotarlismy do prześlicznej Bosy. Z Alghero, w którym trochę poplażowaliśmy, podjechaliśmy do Groty Neptuna. Obejrzałem również kolejne nuragi w Palmaverze.

Dość nieoczekiwanie zdecydowałem się na krótki wyjazd do Hiszpanii. Miałem do wykorzystania 15.000 mil w programie Miles&More, które traciły wkrótce ważność, z braku lepszych opcji wybrałem lot do Madrytu. Sześciodniowy wyjazd przeznaczyłem na objazd północnej części kraju, wybierając kilka ciekawszych miast. W ten sposób powiększyłem swą kolekcję regionów na Nomadmanii o kolejne cztery: Kastylię-Leon, La Rioję, Nawarrę i Baskonię. Zachwycałem się zamkami, katedrami, chłonąłem widoki uroczych uliczek średniowiecznych i renesansowych miast. Podróżowałem autobusami i BlaBlaCarem.

Na zakończenie lata wybrałem się na Teneryfę. Lot miałem z Malpensy, do której dojechałem Flixbusem z Bergamo. W ciągu pięciu dni okrążyłem wyspę stopem, autobusem i na piechotę. Odpoczywałem na czarnych plażach, zwiedzałem małe miasteczka, zachwycałem się górskimi krajobrazami w drodze do wąwozu Masca. Dotarłem również to tajemniczych piramid w Güímar. W drodze powrotnej do domu zrobiłem sobie jednodniową wycieczkę do interesującego Brindisi i uroczego Lecce na południu Włoch. W końcu z Bolonii wróciłem do Krakowa.

W oczekiwaniu na pozaeuropejski wyjazd zdecydowałem się na miniobjazdówkę po Niemczech. Bazując we Frankfurcie, odbyłem kilka wycieczek do starych i pięknych miast w Nadrenii-Palatynacie, Badenii-Wirtembergii i Saary. Po raz kolejny zachwycałem się gotyckimi kościołami, barokowymi pałacami, ale także nowoczesną architekturą i współczesną rzeźbą. Spodobała mi się podróż pociągiem doliną Renu i spacery deptakiem w Heidelbergu i ogrody w Saarbrücken. Wyjazd zmusił mnie do refleksji nad współczesnym, wielokulturowym obliczem naszych zachodnich sąsiadów.

Wciąż mam nadzieję, że rok 2021 przyniesie mi jeszcze parę wyjazdów, także poza starą Europę!


W (zdezaktualizowanym niestety) dziale Ranking miast podsumowałem w formie oceny punktowej swoje wrażenia z pobytu w ponad 200 miastach i miejscowościach. Przy pomocy zamieszczonego tam formularza możesz i Ty również wyrazić swą opinię o tych miejscach (obecnie nie działa).
W dziale Sondy i ankiety możesz wyrazić swą opinię o relacjach i przedstawić swe wakacyjne plany. Zapraszam również do Książki gości.

Aż nadto dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że mój dorobek podróżniczy wypada słabiutko przy innych obieżyświatach (do zaktualizowania :-(. Zainteresowanych odsyłam tam do dalszych wirtualnych podróży.


Kornel

Zapraszam w podróż....







Kornel: moje podróże - Strona startowa.