Spacer dookoła Krakowa

100 km - 24 h

W sobotę, 24 kwietnia 2010 wybrałem sie na 24-godzinny spacer dookoła Krakowa.



Relacja


Wstęp

Pod koniec kwietnia 2010 postanowiłem wykorzystać jeden dzień na dłuższy spacer. Wokół Krakowa. No cóż, od czasów Kazimierza Wielkiego miasto rozrosło się znacznie i obejście go wymaga sporo czasu. Inspiracją dla mojego spaceru były Dreptaki zorganizowane przez Kubę Terakowskiego a bezpośrednim bodźcem - dyskusje w sieci na temat najdłuższych szlaków przemaszerowanych w ciągu jednego dnia.

Wędrówka wokół Krakowa liczy około 100 kilometrów i prowadzi zasadniczo poza granicami administracyjnymi miasta. Ja zaplanowałem sobie trasę różniącą się w kilku szczegółach od przebiegu Dreptaka. Długość drogi wyznaczałem na podstawie Zumi.pl a potem - dokładniej - na podstawie Wikimapia.org.

Nie było moim zamiarem pobijanie jakichś rekordów czasowych. Wiem, że rekordziści w marszach na 100 kilometrów potrzebują około 10-11 godzin. Nie miałem zamiaru z nimi konkurować, potraktowałem spacer rekreacyjnie. Średnia prędkość marszu wyniosła 4.17 km/h, w sam raz dla mnie.

Ponieważ część wędrówki musiała odbyć się nocą, dwa tygodnie wcześniej zrobiłem rozpoznanie terenu na północ od Krakowa, tak, by idąc na swój spacer, nie tracić czasu na ewentualne błądzenie. W przeciwieństwie do Dreptaka postanowiłem rozpocząć drogę o północy. W ten sposób podzieliłem nocny odcinek na dwie części: takie rozwiązanie uznałem za lepsze z punktu widzenia komfortu psychicznego.

Zaopatrzyłem się w plan Krakowa obejmujący swym zasięgiem również Niepołomice, Skawinę i Wieliczkę, kupiłem sobie żółtą kamizelkę ostrzegawczą, szewc naprawił mi buty, które zabrałem w zeszłym roku na Główny Szlak Beskidzki, naładowałem akumulatorki do czołówki i aparatu fotograficznego, zainwestowałem w ptasie mleczko i wodę mineralną, zrobiłem sobie kilka kanapek, spakowałem plecaczek i w piątkowe popołudnie położyłem się spać nastawiając budzik na 23:00

0:00

O północy jestem na pętli autobusowej na Prądniku Czerwonym. Udzielam (sobie) krótkiego wywiadu, zakładam kamizelkę ostrzegawczą oraz czołówkę i ruszam w stronę Batowic. Prawie natychmiast po opuszczeniu osiedla ogarniają mnie ciemności, droga prawie bez pobocza, na szczęście ruch samochodowy jest niewielki, Pół godziny później przechodzę przez tory kolejowe i opuszczam Kraków.

Noc jest chłodna, ale nie zimna. Zapowiadano na sobotę dobrą pogodę, bez opadów. Raz na kilka minut robię sobie zdjęcie z krajobrazem w tle - po powrocie zmontuję z tego materiału filmik. Na razie, poza moją twarzą oświetloną fleszem, niewiele widać na tych zdjęciach. Nie szkodzi: świt już za pięć godzin.

Maszeruję dość szybko, ale nie forsownie. Wiem, że nie dam rady całej trasy pokonać z nadmierną prędkością. Kilka niewielkich wzgórz przypomina mi, że Kraków leży w dolinie Wisły. Traktuje te podejścia jako urozmaicenie drogi.

1:00

Przechodzę obok figury na skrzyżowaniu w Batowicach i - idąc głównie chodnikiem - po godzinie od wyruszenia mijam tablicę Raciborowice. Kilkanaście minut później docieram do Zastowa, przekraczam linię kolejową i po kolejnym kwadransie jestem już w Prusach. To zabawne: tyle lat mieszkam w Krakowie a w ogóle nie znam tych okolic! Te podkrakowskie wsie były, jak dotąd, jedynie nazwami na trasach podmiejskich autobusów. Podczas wspomnianego dziennego rekonesansu zajrzałem do kilku kościółków po drodze, nie mam więc wyrzutów sumienia, że dzisiejszy spacer jest "mało kulturalny".

Raz na kwadrans mija mnie samochód. Błyskam wówczas kierowcom światłem po oczach. Myślę, że bardziej mnie się boją niż ja ich - z daleka przypominam policjanta z drogówki. W każdym razie spodziewałem się większego ruchu. Uprzedzając nieco fakty dopowiem, że przez całą noc nie spotkałem ani jednego przechodnia. Dziwne, nie? A mówię o tym, bo kilka osób - przed i po spacerze - pytało się mnie, czy się nie obawiam takich nocnych eskapad, zwłaszcza po Nowej Hucie. No... jeśli na coś trzeba uważać to na bezpańskie psy, którym mogę się nie spodobać. Ale psy to nie wilki i w nocy śpią. Chyba.

2:00

Przed drugą dochodzę do ulicy Kocmyrzowskiej - drogi wylotowej z Krakowa w kierunku Buska-Zdroju. Tu, w Prusach, znajduje się stacja doświadczalna Akademii Rolniczej, która ostatnio nobilitowała się do rangi uniwersytetu. Za nowym kościołem skręcam w prawo w ulicę Soczyny. Znów jestem w Krakowie, chociaż okolica nie wygląda na Kraków. Daleko na horyzoncie błyszczą czerwono i żółto światła kominów elektrociepłowni w Łęgu i kombinatu w Nowej Hucie. Przyświecając sobie czołówką rozglądam się na boki, rozpoznaję płoty, podwórka i śmieci, które widziałem dwa tygodnie wcześniej. Te widoki działają na mnie uspokajająco: wiem, gdzie jestem i dokąd idę!

O wpół do trzeciej jestem na skrzyżowaniu ulic Bystronia i Łuczanowickiej. Teraz prosto do Krzysztoforzyc. Okresowo wyłączam czołówkę, gdzie można oszczędzam akumulatorki. Na długich odcinkach są chodniki, idzie się więc wygodnie i szybko. Znów opuszczam Kraków. Na skraju pola coś błyszczy w mroku: mały kotek siedzi na zaoranej ziemi i z niepokojem mi się przygląda. Kotku, do domu spać!

3:00

W Krzysztoforzycach trzeba uważać, by nie skręcić przedwcześnie w boczną drogę. Poprzednim razem tak właśnie się stało i niepotrzebnie zapuściłem w stronę Wadowa. Prawda: nie miałem wtedy ze sobą mapy. Dziś bez wahania mijam zabudowania otoczone płotem z kamiennymi lwami i skręcam w kolejną przecznicę. To polna dróżka, która kilometr dalej doprowadzi mnie do ulicy Barwnej. Swoją drogą... ostatnio, gdy łaziłem po Wadowie i Węgrzynowicach, to nikt nie wiedział, gdzie ta Barwna się znajduje. Tak to jest, gdy mieszkańcom wsi daje się ulice zamiast tylko numerów domów ;-)

No dobrze. Idę przez to pustkowie, ptaszki zaczynają śpiewać, na koncie mam 15 kilometrów. To cieszy, ale przede mną jeszcze 85 kilosów. Taka perspektywa może działać obezwładniająco. Ja jednak jestem pełen dobrych myśli. Przeszli młodsi, przejdę i ja ;-)

W Górce Kościelnickiej przechodzę przez mostek i siadam na ławce pod sklepem. Czas na kilka kalorii. Teraz ulicą Sawy-Calińskiego w kierunku Kościelników.

Zabawne. Dawniej Polacy ustawiali w ogródkach gipsowe krasnoludki. Dziś, na co drugim podwórku, widzę lampki zasilane energią słoneczną. Czasem są to dwa lub trzy blade punkciki a czasem cała alejka. No cóż, taka moda. Ale cieszy, że tutejsi mieszkańcy odwiedzają hipermarkety w Krakowie!

4:00

O czwartej jestem na Kościelnickiej. Stąd już prosta - chociaż wijąca się - droga do Cła. To była kiedyś niewielka wieś przy trakcie sandomierskim. Dziś przekraczanie skrzyżowania w Cle należy do mało przyjemnych. Na szczęście jest noc. Mijam bar "Janosik" i maszeruję prostą jak strzelił drogą ku Niepołomicom. Świta. Niebo zaróżowiło się nad Puszczą Niepołomicką, jest jednak zbyt ciemno, by zaprzestać używania lampy błyskowej w aparacie. Ale przede wszystkim jest zimno - około zera stopni Celsjusza, szron pokrywa trawę. Idę w dwóch bawełnianych koszulkach, bluzie polarowej i cienkim ortalionie. Nie jest najgorzej.

5:00

Pojawiają się pierwsi ludzie na przystankach autobusowych, wzmaga się ruch na drodze. Jest już piąta, przede mną most na Wiśle, znów opuszczam Kraków. Na moście udzielam sobie krótkiego wywiadu, mam za sobą ćwierć drogi. I tylko 75 kilometrów do przejścia. Na ulicy Kolejowej, już w Niepołomicach, przysiadam na przystanku autobusowym. Wcinam kanapkę i ptasie mleczko. Radiowóz przejeżdża ulicą i nieoczekiwanie zawraca. Policjanci zatrzymują się przy przystanku i oglądają sobie mnie. A może po prostu zaciekawiła ich żółta kamizelka ostrzegawcza? Nie dociekam. Zbieram się i idę dalej. Ulica Portowa a następnie Krakowska prowadzą mnie równolegle do Wisły. Będę tak szedł na zachód przez niemal trzy godziny mając słońce za sobą.

6:00

Maszeruję więc przedmieściami Niepołomic. I, mimo że Kraków jest tuż-tuż, to zabudowa jest tu mało nowoczesna: dominują domy z lat 60-80. zeszłego wieku. Raczej sielsko niż miejsko. Trafiają się nawet dwa gniazda bocianie na słupach i nawet widać ich gospodarzy. Miłe.

Droga jest dość monotonna, niewiele się dzieje. Czasem przejedzie samochód dostawczy. Ot, leniwy sobotni poranek. Wypatruję wiaduktu kolejowego, tam kończą się Niepołomice. Na południe ode mnie rozpościerają się tereny przemysłowe, jakieś zakłady produkcyjne i potężne magazyny. Zdaje się to Niepołomicka Strefa Przemysłowa.

7:00

O siódmej wkraczam do wsi Grabie. Tu (tj. w Grabiu a nie w Grabiach - sic!) znajduje się zabytkowy XVIII-wieczny drewniany kościół. Zamknięty o tej porze, rzecz jasna. Zamknięty jest również - zapewne od lat - sklepik "Grosik" w zdewastowanym drewnianym budynku. Najwyraźniej nie wytrzymał konkurencji z hipermarketami.

Odpoczywam kilka minut na przystanku autobusowym. Zrobiło się cieplej, można już zdjąć ortalion. Kamizelkę ostrzegawczą przyczepiam do plecaczka. No i w drogę! Mijam hawirę położoną na dużej parceli. Dom jak dom, ale jaki płot! Ozdobiony białymi kamiennymi lwami i kamiennymi orłami. No... o gustach nie powinienem dyskutować. Ale może ktoś zechce zobaczyć ten płot, więc piszę ;-) Po drugiej stronie drogi kilka żwirowni: taśmociągi, młyny i hałdy wiślanego żwiru.

8:00

No, no! Zrobiła się ósma, czyli maszeruję od ośmiu godzin. I mam solidny kawałek drogi za sobą. Znacie to przyjemne uczucie, gdy człowiek szybko upora się z jakimś zajęciem. Gdy inni jeszcze śpią a my odwaliliśmy kawał solidnej roboty ;-)

Wkraczam do Brzegów. Droga wciąż wiedzie wzdłuż rzeki, to przybliża się, to oddala od Wisły, chociaż samej rzeki skrytej za wysokim przeciwpowodziowym wałem nie widać. Mijam kilka nowych osiedli, szeregówek a nawet kilkupiętrowych bloków. Dziwny to widok w tym otoczeniu. Nie pasują tutaj! Przekraczam mostek na Drwinie, przede mną pętla autobusowa. To aż tu zapędziłem się podczas mojego rekonesansu. Dalsza droga na południe to dla mnie terra incognita. Daleko, kilka ładnych kilometrów stąd, wznoszą się kominy Łęgu. Tam moje miasto, chlip chlip;-)

No nic. Za półtorej godziny będę w Wieliczce, tam też jest ładnie. Ruchliwa droga wiedzie mnie do Kokotowa, dzień zapowiada się słoneczny i gorący, idzie się przyjemnie. Zielona trawa na pastwiskach i kwitnące drzewa owocowe nastrajają optymistycznie. Przechodzę przez niewielki las i oto już jestem przy południowej obwodnicy Krakowa. Dzień rozpoczął się na dobre, uznaję więc, że pora jest już odpowiednia, by zadzwonić do domu i powiedzieć, że wszystko w porządku.

9:00

Śledziejowice. Hm, nigdy tu nie byłem. Jeszcze jedno moje geograficzne odkrycie ;-) Tu już nie ma dachów pokrytych brzydką blachą czy starą dachówką. Ogródki są wypielęgnowane, trawniki wystrzyżone. Teren jest tu bardziej pofałdowany przeto i okolica ciekawsza.

Co do marszu - muszę powiedzieć, że spacer wcale mi się nie sprzykrzył. Idę w swoim tempie, równo, bez nadmiernego pośpiechu. Pewno, że czuję te czterdzieści kilometrów w nogach. Ale o jakimś zniechęceniu czy tym bardziej wyczerpaniu zupełnie nie ma mowy. Kilka lat temu w ciągu dnia przeszedłem po Petersburgu i okriestnostiach tyle samo kilometrów, ale wówczas był znaczny upał i chodziło się gorzej. Przed wyruszeniem czytałem uważnie relację z pierwszego Dreptaka i wiem, że autor miał duże problemy z nogami od pewnego momentu na trasie. Mam nadzieję, że mnie to ominie!

No dobrze, przede mną Wieliczka, kilka skrętów prawo-lewo. Stroma uliczka w dół, park z pomnikiem Mickiewicza, kilka wycieczek kłębiących się przed Zamkiem Żupnym i oto rynek. Siadam sobie na schodkach i staram się ogarnąć wzrokiem całość. Byłoby całkiem sympatycznie, gdyby nie prowadzone tu prace remontowe i ożywiony ruch uliczny. Mieszkańcy Wieliczki sprawiają wrażenie zagonionych. A przecież jest sobota i można iść na spacer ;-)

10:00

Opuszczam Górny Rynek kierując się na południowy zachód. W dwóch miejscach natykam się na lokalne atrakcje turystyczne - szyby Górsko i Daniłowicza. Wkrótce kończy się Wieliczka a zaczynają schody. Może nie tyle schody, co strome podjazdy i zjazdy. Jestem wszak na skraju Pogórza Wielickiego. Tak więc mój spacer będzie miał elementy górskie ;-)

Teraz czeka mnie kilkanaście kilometrów drogi na zachód, w stronę zakopianki. Ale punktem odniesienia jest dla mnie Libertów. Mam zamiar odwiedzić tam znajomych, bardzo długo z nimi się nie widziałem. Uprzedziłem ich o wizycie, nie wprowadzając w szczegóły mojej obecności w ich okolicach. W skrytości ducha liczę na chwilę odpoczynku i małe żarełko ;-) Tak, jak przypuszczałem, ta część trasy jest najbardziej malownicza. Ze wzgórz, po których wędruję rozpościera się szeroka panorama. Na lewo południowe osiedla Krakowa, na prawo ładnie położona Wieliczka i sąsiednie wioski. Mijam biało-czerwony maszt obwieszony antenami i już jestem w Grabówkach.

11:00

Grabówki to kolejna sympatyczna miejscowość. Domu obsiadły okoliczne wzgórza, kolorowe dachy sterczące ponad koronami kwitnących drzew tworzą ładną kompozycję. Wzdłuż głównej drogi, którą się poruszam, stoją figury i kapliczki. Są odnowione i to rzuca się w oczy. Do tego słonko przygrzewa, ruch uliczny jest bardzo mały, spacer po chodniku jest całkiem przyjemny.

Właśnie. Mogłoby się wydawać - cóż to za przyjemność chodzić wzdłuż zadymionych i hałaśliwych ulic i dróg wokół Krakowa. A jednak! Nie jest tak źle. Jak na razie, miałem tylko trzy niebyt miłe odcinki na swojej trasie: drogę wylotową z Krakowa w kierunku Batowic, drogę pod Kokotowem i drogę krajową z Cła do mostu w Niepołomicach. To w sumie jakieś 7-8 kilometrów, kiedy trzeba było się skupić na ruchu ulicznym.

Dochodzę do Golkowic i tu na trawce robię sobie 10-minutowy piknik. Pierwsza butelka "Cisowianki" wypita, napocząłem drugą. Z dwunastu kromek z kiełbasą zostały tylko cztery, na deser ptasie mleczko i jabłko. W internetowych opisach różnych ultramaratonów pieszych i biegowych znalazłem informacje o specjalnych wysokoenergetycznych i łatwoprzyswajalnych pakietach żywnościowych o energetycznych napojach zapewniających odpowiednią gospodarkę jonami sodu i potasu. Nie potrzebuje tego. Jestem absolutnym amatorem. Chcę przejść te sto kilometrów bez specjalnych treningów, bez specjalnych butów i bez specjalnego odżywiania. W końcu to tylko spacer, nie wyścigi.

12:00

Już dwunasta. Połowa czasu przewidzianego na wędrówkę. Zrobiłem dziś pięćdziesiąt kilka kilometrów, niemal tyle, co w zeszłym roku w ostatnim dniu mojej wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim. Wówczas droga z Węgierskiej Górki do Ustronia zajęła mi 16 godzin - ale z dużo z cięższym plecakiem i po górach. Wiem, że druga połowa spaceru będzie trudniejsza, może się zdarzyć kontuzja, zepsuć pogoda, w końcu mogę się zmęczyć. Ale jak na razie nie narzekam. So far so good.

Jestem w Golkowicach przed kościołem. Kościół z gatunku "nowoczesnych", asymetryczna bryła bez wyraźnie wyodrębnionej wieży nie pasuje - moim zdaniem - do tradycyjnej w formie zabudowy wsi. No, ale brawa dla odważnego proboszcza.

Kończą się Golkowice, znów wchodzę na teren Krakowa. Idę ulicą Matematyków Krakowskich. Muszę się przyznać, że od dawna chciałem się przejść tą ulicą. Okazji nie było ;-) Teraz kilka zakrętów i obniżam się do doliny Wilgi.

13:00

Idę ulicą Łąkową we Wrząsowicach. Jest tu ślicznie. Później, w Lusinie skręcam w prawo w boczną ulicę między dwoma posesjami otoczonymi wysokim murem. Mijam kaplicę św. Floriana i dochodzę do nowego osiedla domów jednorodzinnych. Tu muszę odszukać ulicę Gwiezdną, by dojść do Jabłonowej. Widać po niektórych rezydencjach, że mieszkają tu bogaci ludzie. Osiedle wciąż się rozbudowuje. Administracyjnie to już Libertów, ale ja muszę dojść do "mojego" Libertowa - za zakopianką. To jeszcze kawałek.

Zakopianka jak zawsze zapchana i jak zawsze w remoncie. Jakoś udaje mi się przeskoczyć przez ulicę (brak sygnalizacji), jeszcze kanapka dla pokrzepienia i łyk wody i idę dalej. Czas na wizytę u Krzyśka i Agaty.

14:00

Najbliższą godzinę spędzam na fotelu przy kawie i ciastku. Tłumaczę się z motywów pójścia na spacer i - chyba bezskutecznie - próbuję przekonać Krzyśka, że taki spacer może być przyjemny. Rozmawiamy, zdając sobie nawzajem relacje z tego, co się działo w naszym życiu przez ostatnie lata. Chętnie posiedziałbym dłużej, ale nie dam rady. Nie dziś. Do widzenia!

15:00

Pod koniec wizyty z lekkim niepokojem patrzyłem na zegarek. Dochodzi piętnasta, przede mną Skawina oddalona o jakąś godzinę. Mając uczucie spóźnienia lekko przyspieszam krok. Kilometry lecą jeden za drugim. Przechodzę przez las między Sidziną a Brzyczyną i oto kolejne, trzecie już miasto, do którego przespacerowałem się dzisiaj. Idę długą ulicą Korabnicką, liczę przystanki autobusowe dzielące mnie od centrum Skawiny. Mijam rynek i podchodzę pod stację kolejową. Na niebieskiej kładce dla pieszych jestem o 15:45. Jest dobrze.

Teraz spokojny spacer na północ wzdłuż zakładów produkcyjnych i dalej wałami wzdłuż Skawinki. Przede mną Tyniec. Wracam do Krakowa ;-)

16:00

Jest sobotnie popołudnie. Wędruję w stronę Lasów Tynieckich. Cała okolica to teren rekreacyjny dla mniej leniwych krakowian. Raz na kilka minut wymijają mnie rowerzyści. Tak już będzie aż do mostu na Wiśle. Ale zanim tam dojdę, sam muszę się pomęczyć wspinając ulicą Bogucianka na zalesione wzgórze. Skończyły się kanapki, w sklepiku dokupuję trzy bułki i wodę. Upał nieco zelżał, jest już z górki, idzie się dobrze. Mijają mnie dwa zmotoryzowane orszaki weselne wracające ze ślubu w kościele Klasztoru Benedyktynów w Tyńcu. Fajnie.

17:00

Pod klasztorem jestem kwadrans po piątej. Takie miejsca jak to - zawsze będą mi się podobać. Atmosfera tu nad Wisłą - piknikowa. Tak powinno być. Teraz prosto asfaltową dróżką z widokiem na Klasztor Karmelitów na Bielanach. Lubię tędy chodzić. Szkoda tylko, że krakowianie tak śmiecą. Ciężko z chamstwem wygrać.

Mijam stare zakole Wisły i już jestem przy moście. Chwila niepewności, jak przejść na druga stronę rzeki - dostępu do mostu broni płot. Zapomniałem, że po drugiej stronie jest kładka dla pieszych! Ta żółta kładka (a może pogoda i rowerzyści?) nastraja mnie bardzo optymistycznie. Mam na liczniku siedemdziesiąt pięć kilometrów, zostało już tak niewiele. Ot, tyle co na całodzienną szkolna wycieczkę, śmieję się.

No dobrze, przede mną Kryspinów i Balice. Ale zanim tam się dostanę muszę pokonać pewne problemy techniczne. Obwodnica, przy której się znajduję otoczona jest wspomnianą siatką drucianą. Mam wątpliwości, czy idąc wzdłuż siatki przedostanę się przez Sankę do Kryspinowa. Jakiś rowerzysta namawia mnie, bym szedł przez Pniewy, ale to zbyt okrężna droga. Można, ponoć, przejść przez pola. Spróbuję. Ścieżka wzdłuż rowu melioracyjnego wyprowadza mnie nad Sankę. Rzeczka, czy raczej strumyk ma w tym miejscu może 2 metry szerokości i pewnie bym ją przeskoczył, gdyby nie to, że płynie w zagłębieniu otoczona przez krzaczory. Nie mam jak się rozpędzić ;-) A butów nie zdejmę, by przekraczać w bród. O nie! Idę więc w górę strumyka szukając lepszej okazji.

18:00

OK, jestem w Kryspinowie, nadłożyłem nie więcej niż kilometr w stosunku planowanej trasy. Jakoś długo mi się szło od tej Skawiny. A może to tylko takie wrażenie? Słońce pochyliło się ku zachodowi, prześwieca teraz między drzewami w lasku nad Zalewem Kryspinowskim. Idę chodnikiem, a później poboczem ku Balicom. Prosty dwukilometrowy odcinek drogi zachęca motocyklistów do jazdy z maksymalną prędkością. Co chwilę obok mnie przelatuje z rykiem ich potworna maszyna. Ten odcinek drogi nie jest zbyt miły.

19:00

Jestem w Balicach i od razu trafiam na ulicę Uśmiechu. Swoją drogą, tyle sympatycznych nazw mogą nosić ulice. Ale nie! Teraz chcą uszczęśliwić Polaków w inny sposób wykorzystując wypadek lotniczy.

Mijam przystanek kolejowy Kraków-Balice. Pod wiatą czeka kilkunastu pasażerów z walizami. Co może sobie pomyśleć obcokrajowiec przybywając do wielkiego Krakowa i widząc taki obrazek?

Teraz kilka ruchliwych skrzyżowań, mijam budynki portu lotniczego, idę wzdłuż ogrodzenia. Po drugiej stronie, za obwodnicą, siedzi grupka młodzieży. Miejsce spotkań amatorów startów i lądowań samolotów. Właśnie jeden z nich kołuje, ale samego startu nie zobaczę - odleci na zachód.

Skończyła mi się mapa. Plan Krakowa "4 w 1", który mam ze sobą spełnia swą rolę, ale ma jeden feler. Północno-zachodni fragment obejmujący Zabierzów, Skałę Kmity i Szczyglice jest zakryty okładką. Zamiast skręcić w ulicę Krakowską prowadzącą do centrum Rząski dochodzę ulicą Kmity aż do skrzyżowania z ulicą Długą. I mam dylemat: czy iść pod Nico przez Zabierzów i dalej pod węzeł Modlniczka, czy też dojść do węzła przez Szczyglice i Rząskę. Decyduję się na drugi wariant, choć jak później sprawdzę, jest o kilometr dłuższy.

20:00

Idę przez Szczyglice. Dopiero teraz zacząłem odczuwać pewne zmęczenie wycieczką. I lekką senność. Mam do tego prawo, w końcu przeszedłem 85 kilometrów. Jasne dla mnie jest, że dojdę do końca trasy, chodzi tylko o to, by zakończyć spacer w dobrym stylu. Na mostku przez spotykam miejscowego górołaza. Czuć, że niejeden szczyt ma za sobą. Ta chwila rozmowy jest bardzo pokrzepiająca.

Ściemniło się. Dochodzę pod sklep "Lewiatan" i w towarzystwie staruszka prowadzącego rower idę w kierunku wiaduktu. Jeszcze kilka zakrętów i już jestem na "znajomych" terenach. Przed dziewiątą jestem na moście ponad obwodnicą.

21:00

Opuszczam Rząskę, mijam ruchliwe skrzyżowanie z Krakowską. Ogarniają mnie egipskie ciemności. Idę ulicą Modlniczka. Równolegle do niej budowana jest obwodnica, ale na razie cały ruch samochodowy w kierunku Modlniczki odbywa się na tej podrzędnej drodze. Jest zniszczona i nieoświetlona. Staram się oszczędzać akumulatory czołówki, muszą mi starczyć jeszcze na trzy godziny. Tak na marginesie, moja czołówka, pewnie chińskiej produkcji, ma 17 diod i daje naprawdę silny snop światła. Zwykle wystarcza mi włączenie sześciu centralnych diod.

Gdzieś w okolicach Jasnogórskiej trwa duża impreza. Teren jest tam jasno oświetlony i wszędzie słychać ryk z megafonów. Ja też mam swoją imprezę. I nieźle się bawię ;-)

Pod Nico dochodzę o 21:45. Ulica jest rozkopana, ruch odbywa się jedną nitką. Muszę uważać na samochody, na szczęście można zejść na polną drogę idącą równolegle do E77.

22:00

Droga przez Tonie. Początkowo przez teren niezabudowany, później centrum eks-wsi. Potem skręcam w Długopolską. Trasa Dreptaka wiodła natomiast w kierunku Marszowca. Na tle całości spaceru różnice między obiema marszrutami są niewielkie i dotyczą odcinków: 1) przed Krzysztoforzycami (bez różnicy długości), 2) między Wieliczką a Grabówkami (bez różnicy długości), 3) między Lusiną a Libertowem (moja krótsza o 0.4 km), 4) przed Kryspinowem (moja dłuższa o 0.8 km), 5) w Szczyglicach (moja dłuższa o 1.3 km), 6) Rząska - Tonie (moja krótsza o 0.6 km) i 7) Zielonki - Witkowice (moja krótsza o 1.5 km). W sumie wychodzi na to samo (nie liczę mojego dojścia na pętlę na Prądniku). Z tym że ja do obliczeń posługiwałem się Wikimapia.org. Według niej całość to 100 km.

No dobrze. To wszystko to są drobiazgi. Mijam kilka razy tablicę Zielonki i już na dobre jestem w Krakowie.

23:00

To już kocówka spaceru. Przekraczam Białuchę, jeszcze lasek i już jestem w centrum Witkowic. Siadam na chwilę na przystanku autobusowym przed szpitalem okulistycznym. Jestem trochę zmęczony. Zmęczony, ale nie wykończony. Pewnie, że nie poszedłbym dziś na 120 km. A tym bardziej na amerykańskiego "Centuriona", czyli 100 mil. Im bliżej domu, tym bardziej rośnie moje zadowolenie. Zostało mi jeszcze kilka kilometrów, Prądnik jest o rzut beretem. Ruszam.

Idę przez las, tu słyszę podniesione głosy pary kłócącej się w zaparkowanym samochodzie na polance. Pewnie któreś z nich zawiodło ;-) Przekraczam mostek na Bibiczance i po kolejnym kilometrze jestem na al. 29 Listopada. Teraz niezbyt wygodna polna droga zwana ulicą Węgrzecką. Niezbyt wygodna, to słabo powiedziane! To kamienisty trakt pełen kolein a później błota. Staram się uważać, by nie skręcić nogi w ostatniej chwili. Ale magiczne światła Krakowa, którego panorama rozciąga się hen od Nowej Huty po Bronowice, przyciągają mój wzrok. Zatrzymuję się co chwilę i cieszę się. Obszedłem to wielkie miasto wokół.

0:00

Wiadukty kolejowe, cmentarz Batowicki i pętla autobusowa na Prądniku Czerwonym. Jest 23:55. Koniec imprezy!

Przysiadam na pustym przystanku i udzielam sobie ostatniego dziś wywiadu. Mimo, że na mojej twarzy widoczne jest zmęczenie a głos nie brzmi aż tak radośnie, to w rzeczywistości jestem bardzo zadowolony. Przeszedłem w niecałe 24 godziny sto kilometrów. Jestem usatysfakcjonowany.

Posłowie

Ten sukces cieszy mnie przede wszystkim z tego powodu, że jakoś specjalnie nie przygotowywałem się do tego spaceru. Spędzam praktycznie kilkanaście godzin dziennie przy biurku, nie trenuję żadnych biegów czy chodów. Ale się dało! Po prostu wyruszyłem, poszedłem i... doszedłem! To dla mnie się liczy. W ten sposób dołączyłem do miliona ludzi, którzy mają taki spacer - na tej lub podobnej trasie - za sobą. Okazuje się, że da się to osiągnąć, bez jakichś większych problemów. No i oczywiście zachęcam wszystkich, by spróbowali swoich sił - na takim odcinku, może na dłuższym, może na trochę krótszym. Po prostu trzeba się sprawdzić. Wszystko jedno, czy wejdzie się na wysoki szczyt, czy odbędzie się długi marsz lub bieg maratoński... Po takim doświadczeniu człowiek inaczej po prostu patrzy na siebie, inaczej patrzy na świat. To jest bardzo ważne.

Mapka


[ kliknij, aby powiększyć ]

Film

Relację multimedialną ze spaceru przygotowałem w dwóch wersjach różniących się wielkością pliku a co za tym idzie jakością obrazu. Ze względu na swą objętość są umieszczone na serwerze wrzuta.pl
Multimedialna relacja ze spaceru - 35 MB
Multimedialna relacja ze spaceru - 138 MB


35 MB

138 MB

Powrót do Strony głównej stat4u