Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Babak Castle-Tabriz

wtorek, 29 VIII 2006


Baśniowe ruiny |Jest bosko! |W savaris do Tabrizu |Dziwne porządki w hotelu |Nagła decyzja |Muzeum Azerbejdżanu i ostatnie zakupy


Zamek Babak

Budzę się przed szóstą. W hotelu nie ma wody, do umycia się zużywam butelkowaną wodę wstawioną do pokoju. Złoszczę się... Mój plan na dzisiaj wygląda następująco: dostać się pod zamek Babak, wspiąć się do twierdzy, szybko wrócić do Kaleybar i pojechać dalej do Tabrizu. Na jutro kupię bilet do Stambułu. Wynoszę się z tego kraju.
Na razie budzę hotelarza i zostawiam mu bety. Miasteczko jest na wpół uśpione, słońce dopiero co wyłoniło się zza gór. Sześciokilometrowa droga do zamku biegnie skalistymi zboczami ponad doliną. Po półgodzinnym marszu dostrzegam na odległej samotnej skale ruiny twierdzy. Widok jest fantastyczny! Czeka mnie jednak jeszcze sporo wysiłku. Ruch na drodze jest zerowy, dopiero na kilometr przed końcem asfaltu trafia mi się 4WD. Kolejny rzut oka na Babak: jest bliżej, ale i... wyżej! Przypomina mi się widok Mitikasu z Prionii. OK, czas ruszyć w górę. O 7.20 mijam dwa punkty gastronomiczne i ścieżką wzdłuż strumyka mozolnie się wspinam. Szlak jest nieoznakowany, czasem ginie na skałach lub w lesie. Podążam więc od śmiecia do śmiecia, od PET-a do PET-a. Woda w strumyku jest niesmaczna i zamulona. Po godzinie wychodzę ponad granicę lasów. Jest ślicznie. Wokół postrzępione granie, gdzieniegdzie krzaki i kłująca roślinność. Brzęczą osy i muchy, wysoko po niebie krążą jastrzębie lub sokoły. Ponad mną, na pionowej z tej strony skale, wznosi się Babak. Jest taki nieosiągalny, niczym bajkowy zamek na szklanej górze. Wspinam się teraz ostro pod górę, prawie bez ścieżki. I w końcu ukazują się przyczepione do skały schody. Tak, dosłownie przyczepione! Wykute kamienne stopnie prowadzą zygzakiem na szczyt trawersując nachylone pod kątem 70 stopni zbocze. Zamek Babak Pokonuję mur skalny przegradzający żleb (wygodniejsza droga poszła prawą (orogr.) stroną doliny i wciskam się do niewielkiego wilgotnego pomieszczenia pod zboczem. Przyroda utworzyła tu naturalną fortyfikację praktycznie nie do pokonania: oto szczelina o szerokości może 50 centymetrów, przez którą przeprowadzono schody. Z trudem przeciskam się przez to ucho igielne. Stopnie prowadzą wciąż w górę, przechodzę przez kilka kamiennych umocnień. Ciekawe, czy komuś udało się w walce zdobyć ten zamek? W pół godziny później jestem na szczycie (2300 m n.p.m).

Resztki zamku porozrzucane są dużej przestrzeni. Trudno jednak powiedzieć, co jest oryginalną pozostałością a co zostało odtworzone: trwają tu intensywne prace konserwatorsko-budowlane ;-) Zwiedzam opustoszałe pomieszczenia, kilka piwnic i sal. W końcu staję na szczytowej platformie i rozkoszuję się widokiem. Jest dobrze. Słoneczko grzeje, fotografuję zachwycającą górską panoramę. Chciałoby się pochodzić po tych szczytach. Kilometr dalej bezgłośnie spada ze skały niewielki wodospad. Kępa bujniejszej soczystej zieleni w tym miejscu miło kontrastuje z żółto-brązowymi skałami. A gdzieś tam, kilkadziesiąt kilometrów bardziej na północ płynie w dolinie Araks, a za nim już Azerbejdżan. Turystów o tej porze praktycznie nie ma, ledwie kilku robotników stuka młotkami. Irańczyk sprowadza jucznego osiołka po schodach. Zwierzę ostrożnie stąpa po wilgotnych wyślizganych kamieniach, czasem przeraźliwie zaryczy skarżąc się na swój los. Ile razy dziennie musi pokonywać tę trasę?
Góry pod Tabrizem Odpocząłem. Droga powrotna zajmuje mi 1.5 godziny, muszę uważać na swoje ślizgające się po ziemi sandały. Udaje mi się uniknąć męki pieszego powrotu po asfalcie - chłopak na motorze proponuje mi podwiezienie do Kaleybar. Co za jazda! Przepłukany w strumieniu podkoszulek natychmiast wysycha na wietrze. W hotelu nadal brak wody, złoszczę się coraz bardziej. Wyżywam się na hotelarzu - mój najdroższy hotel w Iranie i nie mogę się umyć, bez przesady!

Do Agaru jadę w savaris. Kosztuje 10.000 IRR za 60 kilometrów przy czterech pasażerach. Jasne jest dla mnie, że wczorajszy sympatyczny kierowca mnie oskubał. Nie lubię irańskich kierowców - to naciąganie zagranicznych gości jest po prostu wstrętne, i przynajmniej dla mnie stawia pod znakiem zapytania ogólnie miły stosunek Irańczyków do turystów. W Aharze zostaję "porwany" przez kolejnego kierowcę. Swoją pomyłkę odkrywam dopiero na obrzeżach miasta, gdy taksówkarz poleca mi zapiąć pasy. Jestem w savaris jadącej do Tarbizu! A przecież przy przesiadce wołałem "terminal Tabriz"... OK, zamiast autobusem, pojadę savaris; 15.000 IRR, do wytrzymania.
Na 50. kilometrze przed Tabrizem zmienia się krajobraz. Po północnej stronie drogi wyrastają początkowo niewysokie wzniesienia, później całkiem wysokie górki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego w tym górzystym kraju, gdyby nie to, że przybierają one żółto-wiśniowe barwy układające się w warstwy ciągnące się kilometrami. Wygląda to wręcz bajkowo, poprawia mi się humor i w dobrym nastroju zajeżdżam do celu.
Tabriz: Błękitny Meczet

Tabriz to milionowe miasto. By się dostać do centrum podjeżdżam miejskim autobusem (płacę 250 IRR kierowcy - budka z biletami była zamknięta). W drodze do hotelu eskortuje mnie młody Irańczyk. Dobrze, że pytałem o drogę przechodniów, bo nie wiem, czy trafilibyśmy z moim domorosłym oprowadzaczem do hotelu. W "Mashhadzie" dziwne zwyczaje. Najpierw hotelarz nie chce mi dać kluczy do dormitorium, wychodząc z pokoju mam zostawiać rzeczy na recepcji. No bez przesady, mam zostawiać otwarty pokój, gdy idę sikać?! Po interwencji dostaję inny pokój - już z kluczem. Prysznic płatny jest przy każdorazowym użyciu - 5.000 IRR. Niezły patent na zarabianie w tym klimacie, prawda? Nie podoba mi się tu!
Na ulicy Chomeiniego odwiedzam biura sprzedające bilety do
Stambułu. Niestety, dwa z nich mają przerwę obiadową (jest 16.00), w trzecim panienka podaje cenę 300.000 IRR za bilet. Kręcę się po okolicy oglądam albumy w księgarniach - są przeraźliwie drogie 20-60 USD. Kupuję natomiast płyty z muzyką ludową.

O 18.00 atakuję ponownie biura. Jest fatalnie: nie mam biletów na jutro, cena zafiksowana. Popadam w zadumę, próbuję zbilansować pro i contra dalszego pobytu w Iranie. Decyduję się na wyjazd jeszcze dziś w nocy. Czas na szybkie zwiedzanie i ekspresowe zakupy. Nieco okrężną drogą docieram pod piętnastowieczny Błękitny Meczet (Kabud) Rzecz jasna, nawet nie może się równać z stambulskim odpowiednikiem. Meczet w Tabrizie to przysadzista murowana budowla. Budynek jest zniszczony, choć restaurowany; odpadające kafelki na wejściowym portalu i w środku mają rzeczywiście niebieskie barwy, przeważa odcień granatowy. Wnętrze wybitnie turystyczne, bez dywanów, ściągania butów i... za darmo. W sumie - meczet odpowiedni raczej na powitanie niż na pożegnanie z Iranem.
Tabriz: Błękitny Meczet Otoczenie meczetu jest sympatyczne. Tebrizańczycy licznie gromadzą się na ławkach i trawnikach, chłopcy kopią piłkę. Siadam i ja na ławce i przez chwilę przyglądam się mieszkańcom. Zauważam, że mężczyźni chodzą tu w zabawnych sandałach z podwiniętymi ku górze noskami. Noszą również podkoszulki pod koszulą, rzecz godna podziwu w tym klimacie.

W Muzeum Azerbejdżańskim położonym tuż obok meczetu również tłok, choć powód zupełnie inny - dziś wstęp jest darmowy. A przecież muzea i tak są tu tanie! Przeważają zbiory archeologiczne: gliniane, metalowe i ceramiczne znaleziska z okolicznych wykopalisk. Trochę nowoczesnej porcelany, zbiory numizmatyczne i ciekawa wystawa rzeźb Ahada Hosseiniego, współczesnego artysty.
Trochę mi żal, że nie wszystko zobaczyłem w tym mieście, choćby opisywanych z życzliwością ogrodów. Pozostał mi jeszcze bazar i ostatnie zakupy. Sprzedawcy właściwie kończą już handlowanie, jest przecież 21.00. Kupuję nieco przypraw, między innymi owe drobne, czerwone suszone jagody dodawane do ryżu w Kashanie. Zabawna jest moja rozmowa ze sprzedawcą na temat użycia poszczególnych specjałów. Skrzętnie zapisuje na woreczkach, co do czego służy. Na innym stoisku dziadek kończy handlowanie na dzisiaj, właśnie chowa ładnie zapakowane plastry miodu. Nie wiem, czy to dobry pomysł wieźć miód 4.000 kilometrów do Polski, ale chcę by Sergiusz miał przyjemność.
Teraz szybko do hotelu, ostatnie mycie i kawa przed wyjazdem. O 22.20 wraz z dwójką innych Irańczyków podjeżdżamy spod biura samochodem na umówiony parking. Autobus jadący z
Teheranu jest pełny, zaczyna się 32-godzinny etap podróży, jeden z ostatnich. Srebrny puchar z epoki Ahememidów

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej