Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Esfahan

środa, 16 VIII 2006


Droga do Esfahanu |Plac Imama po raz pierwszy |Irańscy Ormianie | Co za piękny widok! |Biblijne sceny w ormiańskich kościółkach |Internet i artykuł o Irańczykach |Nocne modły |Hezbollah w akcji


Esfahan: meczet Lotfollah

Przejazd z Kashan do Esfahanu to pierwsze nasze zetknięcie z gorącym oddechem pustyni ;-) W autobusie ledwie 19oC, na zewnątrz temperatura podnosi się do 42oC. Za oknem kamieniste, płaskie przestrzenie. Droga szybko mija, w końcu to tylko 200 kilometrów po fantastycznych irańskich autostradach. W Esfahanie odganiamy się od taksówkarzy i miejskim autobusem podjeżdżamy na skrzyżowanie Takhti. Wybieramy hotel "Amir Kabir" - pierwszy z listy low budget. Towarzystwo w dormie mamy międzynarodowe: Japończycy, Szwajcar i gigantyczny Czech.

Zwiedzanie zaczynamy od wizyty na placu Imama. Będzie to zaledwie wstęp do poznawania tego wspaniałego miejsca. Będziemy tu wracać niejednokrotnie, o różnych porach dnia. Plac jest pełen ludzi, głównie irańskich turystów wędrujących od sklepiku do sklepiku lub siedzących przy centralnie położonych sadzawkach z fontannami. Poszukując poczty trafiamy na grupkę roześmianych, barwnie ubranych i wymalowanych Iranek. Chusty zakrywają im ledwie czubek głowy... Zagadują do nas, wygłupiają się, chcą się fotografować. Prawdziwe wyzwolone kobiety...!
Ale plac Imama to przede wszystkim dwa fantastyczne meczety. Pierwszy, pozbawiony minaretów meczet to Lotfollach będący podarunkiem szacha Abbasa I dla jego teścia, szejka Lotfollacha. Drugi - położony na końcu placu - to meczet Imama, również XVII-wieczny. Kopuły obu świątyń błyszczą w słońcu południa i kuszą by do nich wstąpić.

Na razie ich nie zwiedzamy, mamy dziś w planach dzielnicę ormiańską. To dość niezwykła okazja spotkania z religią kościoła wschodniochrześcijańskiego. Mieszkańcy Armenii, znani ze swych artystycznych i handlowych zdolności, zostali sprowadzeni do centralnego Iranu kilkaset lat temu po to, by upiększyć Esfahan i rozruszać gospodarkę. Czy rozruszali - nie wiem, w każdym razie pobudowali swe piękne kościoły. Już przed wyjazdem ostrzyłem sobie zęby na tę sposobność poznania kultury i kościoła ormiańskiego. Cieszę się, że tu dotarłem, lubię to! A przecież będą jeszcze zoroastrianie i ich niesamowite świątynie ognia. Esfahan: meczet Imama

W drodze do dzielnicy ormiańskiej trzeba przejść most na rzece Zayandeh. I w tym momencie muszę się zatrzymać przy fascynującym widoku, który zobaczyłem: mosty w Esfahanie są po prostu nadzwyczajne. Si-o-Seh, most, przez który zaraz przejdziemy ma kilkadziesiąt małych przęseł, woda leniwie przepływa pod nimi. W kamiennych łukach odbijają się słoneczne zajączki. Most ma po bokach podcienia tworzące dodatkowe ścieżki dla pieszych. Popołudniowe słońce wydobywa z nich ciemne cienie układające się w regularny wzór. Irańczycy przystają w cieniu, zatrzymujemy się i my. Po rzece pływają łódki z esfahańczykami, tu i ówdzie strzela z rzeki fontanna wody. Jest upalnie, ale nie duszno. W sam raz na piknik - choćby w parku nad rzeką. Irańczycy całymi rodzinami rozkładają się na trawnikach, na kocach lub gazetach. Widać, że są dobrze zorganizowani, mają kosze z jedzeniem, termosy z herbatą; inni przytaszczyli butle na propan-butan i gotują obiadek... Gdyby tak jeszcze pozwalali się fotografować...

No, dobrze. Jesteśmy już na miejscu, odszukujemy pierwszą ormiańską świątynię. Kościółek Betlejemski jest chwilowo zamknięty widać nie cieszy się aż taką popularnością tutaj... Odźwierny bierze olbrzymi klucz z plebani i wpuszcza nas do środka. Ciemne wnętrze przypomina mi monastyry w Meteorach: ściany pokryte malowidłami z motywami biblijnymi. Jest tu łódź piotrowa, inni święci, ale najciekawsze są dwa duże obrazy nad wejściem przedstawiające Piekło i Niebo. Położony w absydzie ołtarz oświetlony jest światłem z nisko zwisających kandelabrów. Ponad ciemnym obrazem przedstawiającym Matkę Boską w otoczeniu aniołów widać półkoliste płótno ze Świętą Rodziną a wyżej Chrystusa Pantokratora z ormiańskimi napisami na złotym tle. Płacimy odźwiernemu 5.000 riali, staruszek zastrzega się, że to będą pieniądze na kościół. W porządku, wierzymy. Przecież chrześcijanie brzydzą się kłamstwem.
Esfahan: wyzwolone iranki Drugim kościołem miała być Katedra Vank. Objawiła się jednak skostniała struktura biurokratyczna i brak chęci do negocjacji ceny za bilet. 30.000 riali to cena z poprzedniej epoki, widocznie zapomnieli ją obniżyć, tak jak to uczynili w innych obiektach w Iranie.
Idziemy więc do trzeciego kościoła, Św. Marii. Zaczepiony przeze mnie dziadek okazuje się być furtianem, wpuszcza nas przez ozdobioną ormiańskim równoramiennym krzyżem na dziedziniec. Tu, pod murem sporo płyt nagrobnych, widoczne są - choć czasem nadszarpnięte zębem czasu - wizerunki biskupów lub fundatorów. Wokół postaci przepiękne próbki starodawnego alfabetu ormiańskiego. Wewnątrz kościoła - znów dużo malowideł, jest ciemno i kolorowo. Tylko przy ołtarzu lśni srebrna płyta z krzyżem. Obok, na ścianie liczący zapewne dwieście lat kilim z Matką Boską i Dzieciątkiem. Na pięknych bordowych dywanach przed ołtarzem umieszczono na srebrnych skrzynkach egzemplarze Pisma Świętego. Wątpliwą ozdobą są dwa biurowe wentylatory - cóż, ten klimat... Uprzejmie dziękujemy za możliwość zwizytowania tego interesującego miejsca (5.000 IRR). Most Si-oSeh na rzece Zayandeh

Podjeżdżamy autobusem pod kolejny zabytkowy bo XVII-wieczny most Khaju. Siadamy na trawie, Jarek robi sobie podwieczorek, ja fotografuję esfahańczyków moczących nogi w rzece. Te chwile należą do wyjątkowo miłych - lubię te sielskie scenki. Godzinę później ruszamy dalej. Najpierw wieloprzęsłowym mostem, później wzdłuż nabrzeża do mostu Chubi. Mamy jeszcze tyle do oglądania, ale upał jednak dokucza, podjeżdżamy wić do centrum autobusem.
W poszukiwaniu internetu (5.000 IRR) zaglądam do biblioteki uniwersyteckiej. Trwa tu jakaś konferencja, bardziej od jej tematyki interesują mnie rozdawane uczestnikom desery i łakocie. Tym razem Jarek-legalista ulega i troszkę próbuje tych słodkości. Na portalu
Gazety czytam obszerny artykuł poświęcony irańskiej młodzieży... Hm, zastanawiam się nad autentycznością dialogów... Ponoć życie oficjalne zasadniczo różni się od tego w domowym zaciszu... OK.

Zagłębiamy się teraz w długie, jasno oświetlone uliczki krytego bazaru. Tu raczej znajdują się luksusowe towary... Pełno to wyrobów ze srebra i złota... przepiękna błękitna ceramika, barwne kilimy, dywany i inne pamiątki dla turystów... I znów jesteśmy na placu Imama, zmierzcha już... Siadamy na trawniku i chłoniemy atmosferę tego niezwykłego miejsca. Słońce kładzie swe złote plamy na kopułach meczetów, kilka odległych chmurek przybrało różowe zabarwienie... Nie musimy teraz już nic robić, po prostu sobie siedzimy, chłodzimy się mżawką z fontanny i oglądamy spacerujące czarnookie Iranki.
Esfahan: kościół Betlejemski Wkrótce zapada noc, plac jest już ładnie oświetlony, kolorowe fontanny, Irańczycy siedzą, spacerują lub jeżdżą... dorożkami. Sympatyczny akcent. Przypomina mi się niezapomniany nastrój z placu Jemma el-Fna w Marrakeszu. Tam było inaczej, tu jest inaczej, cieszy mnie, że świat jest taki piękny a jednocześnie taki różnorodny! Zaciągam Jarka do meczetu Imama. Trwają modły, mój towarzysz podróży ma początkowo opory, nie chce przeszkadzać muzułmanom. Siadamy po drugiej stronie sadzawki mamy wygodny widoki na równe rządki klęczących mężczyzn. Później, wraz z Irańczykami wchodzimy do głównego sanktuarium. Nad nami, 33 metry wyżej znajduje się bajecznie wzorzyste sklepienie kopuły. Klaszcząc i tupiąc wzbudzamy sławne kilkunastokrotne echo. Spędzamy trochę czasu myszkując po zupełnie ciemnych zakamarkach sąsiednich pomieszczeń. Gdy powtórnie znajdziemy się na dziedzińcu, powita nas niesamowity widok kolorowych iwanów i minaretów z podświetlonymi balkonikami na wysokości kilkudziesięciu metrów...

Czas na nocny spacer przy mostach na Zayandeh. Są przepięknie podświetlone, mnóstwo Irańczyków spaceruje po nich, inni siedzą w kawiarenkach pod mostem. Gra muzyka, słychać roześmiane głosy, fale na rzece odbijają światła... Miło i sympatycznie.
Ale oto, 50 metrów dalej, na rondzie przy Enqelab-e Eslami zupełnie inny klimat. Trwa manifestacja poparcia dla Hezbollahu. Przecież 2.000 kilometrów stąd, w
Libanie, toczy się walka na śmierć i życie. Duża grupa zwolenników ustawiła się przy ulicy, ponad tłumem - jasno oświetlony billboard z imamem Nasrallahem na żółtym tle. Na pierwszym planie widzę grupę chłopców w wojskowych maskujących ubiorach. Wymachują rytmicznie żółtymi flagami przy dźwiękach głośnej wojskowej muzyki. Twarze mają zakryte, spod arafatek błyszczą tylko oczy. Choć to 10-latki a flagi to nie karabiny - całość robi wrażenie.
Esfahan: katedra Vank
Esfahan: kościół św. Marii
Esfahan: kościół św. Marii
Esfahan: most Khaju
Esfahan: Irańczyk
Esfahan: minaret meczetu Imama
Esfahan: pamiątki dla turystów
Esfahan: plac Imama
Esfahan: meczet Imama
Esfahan: modły w meczecie Imama
Esfahan: most Si-o-Seh

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej