Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Węgierska Górka - Ustroń

wtorek, 12 V 2009


Wczesna pobudka |Mgła |Na szczycie Baraniej Góry |Każdemu według potrzeb |Z Kiczery na Stożek |Dobrze jest wędrować |Czantoria |Ostatnia góra


Węgierska Górka 4:40 - Glinne - Barania Góra 8:50 - Przeł. Kubalonka 11:25 - Kiczory 13:05 - Stożek Wlk. 13:35-13:50 - Wielka Czantoria 16:10 - Ustroń Polana 17:00-17:15 - Równica 18:45-19:00- Ustroń 20:00

Budzę się przed czwartą i z przykrością stwierdzam, że jest całkiem ciemno na zewnątrz. Pozwalam sobie jeszcze na półgodzinną drzemkę. Dziś mam do przejścia naprawdę solidny kawałek. Według danych z sieci będzie tego prawie 60 kilometrów. Pierwszy etap to wejście na Baranią Górę. Potem przejdę przez Kubalonkę i pozostanie mi graniczny odcinek aż do Czantorii. Ach, zapomniałbym! Jeszcze idiotyczne wejście na Równicę.

Wejście na Baranią Zaczyna się od kłopotów. Idę nad Sołę, lecz w półmroku nie widzę ani czerwonych znaków, ani mostu prowadzącego na drugą stronę. Wycofuję się miedzy jakimiś stadionami i budowami na główną ulicę. Starszy mężczyzna kieruje mnie na most, twierdząc, że tam znajdę drogowskaz i znaki. Fakt, ma rację, tylko, że ten most jest tuż przed Ciścem! No nic. Po drugiej strony Soły przechodzę kilometr wzdłuż rzeki i napotykam na czerwony szlak. Jest 5:10.

Do pokonania mam 800 metrów podejścia na Baranią. Leśna droga zakręca raz po raz, ale uparcie pnie się w górę. Przechodzę przez przysiółek rozłożony w górnej części dolinki, tu w pogodny dzień są pewnie ładne widoki na Beskid Żywiecki. Dziś jednak jest mgła a niebo spowijają gęste chmury. Długo idzie mi się na Glinne (1026 m n.p.m.). Szczyt to mało wyraźny, choć swoje metry ma ;-) Między Glinnem a Halą Radziechowską rozpościera się obszar wielkiego wiatrołomu. Przygnębiający krajobraz. Pogoda pogarsza się z każdą chwilą, mgła zasnuła zbocze i niewiele widać. Na dodatek zaczyna padać lodowaty deszcz zmuszając mnie do ubrania kurtki. Czekam tylko na zamieć śnieżną! Na kolejnym rozwidleniu dróg znikają znaki. Obie drogi prowadzą pod górę, sprawdzam najpierw tę łagodniej nachyloną. Niestety muszę zawrócić. Pnę się teraz stromo, aż do złączenia szlaków na wierzchołku 1030 m n.p.m. Teraz już idzie łatwiej: jedna Magurka, druga Magurka, Siodło nad Roztocznym i błotniste podejście na Baranią (1220 m n.p.m.) Barania Góra

Uff! Na szczycie jestem o 8:50, prawie cztery godziny od opuszczenia Węgierskiej Górki. Zastanawiam się, po co zbudowano tę brzydką wieżę widokową, skoro tu zawsze jest taka pogoda. Schodzę do schroniska na Przysłopie. Miejscami szlak pokryty jest śniegiem a wszędzie zalega rozdeptane błoto. Wściekam się. Uważam, że należałoby zrobić tu drewniane pomosty, takie jak wielu innych podmokłych miejscach w górach. Właśnie dlatego, że jest to rezerwat przyrody. Bo turyści coraz bardziej niszczą szlak wydeptując boczne ścieżki. Staram się zachować ostrożność przy tym schodzeniu, omijać największe błoto i strumyk płynący środkiem drogi. Ale i tak już czuję wilgoć w butach. Przy schronisku potykam się i lecę do przodu wykonując komiczne akrobacje. Udaje mi się utrzymać równowagę.
Chińska zupka smakuje mi wyjątkowo dobrze. Siedzę przy stole okutany w kurtce i ani myślę się rozebrać, chociaż wewnątrz jest ciepło. Z włączonego telewizora dochodzi do mnie transmisja debaty sejmowej. Ech! Straciłem niemal na dwa tygodnie kontakt "ze światem". I wcale nie chcę do niego wracać!
Tu, w okolicy schroniska, spotykam więcej turystów. Akurat na Baranią rusza trójka świetnie wyekwipowanych trzydziestolatków. Ich plecaki, buty, kurtki i kijki są czyściutkie i nowiutkie. Powodzenia ;-) Ja wybieram się w drugą stronę. Przekraczam Czarną Wisełkę i podchodzę pod Stecówkę.

W drodze na Kubalonkę w kilku miejscach spotykam robotników leśnych. Jedni palą ognisko pod lasem, trochę dalej słychać ryk piły, a jeszcze dalej widzę grupę kobiet i mężczyzn sadzących iglaki. Idę kawałek drogi asfaltem i dosłownie co dziesięć metrów natrafiam na butelkę po wódce porzuconą na poboczu. Czasem w towarzystwie plastikowych kubków, pełna kultura. No cóż, w lesie ciężka praca, wymaga relaksu. Albo rozgrzania, trudno mi powiedzieć. Ale jedno wiem. Tych ludzi nie interesują Chiny czy Mongolia. To dla nich abstrakcja. Wódka, piwo i papierosy są konkretem. Nawet nie przypuszczają, jak łatwo byłoby zamienić je na wyjazd do egzotycznego kraju. Niemożliwe? Rocznie statystyczny Polak (wliczając noworodki) wydaje na najpopularniejsze używki (piwo, wódkę, papierosy) 800 zł. Palący i lubiący puby trzydziestolatek - trzy razy tyle. A za 2.400 zł można spędzić miesiąc w Indiach - łącznie z przelotem. Ale, jak mówią: każdemu według potrzeb. Czarna Wisełka

Na Kubalonce trwają roboty drogowe, wszystko rozkopane, wyznaczone są objazdy. Szlak prowadzi mnie wprost na zachód, w kierunku Kiczor. Po godzinie maszerowania przez las dochodzę do rozwidlenia szlaków. Niebieski prowadzi bezpośrednio do schroniska pod Stożkiem, mój czerwony - najpierw na Kiczory. Idąc z Kubalonki na tyle się rozgrzałem, że mam na sobie tylko bawełnianą bluzę. Teraz zawiał zimny wiatr i nieźle marznę. Zaciskam zęby. Wciąż się spodziewam, że wierzchołek jest tuż tuż. Wreszcie szczyt (990 m n.p.m.). Szybko robię zdjęcie i uciekam w kierunku Stożka. Mijam górną stację wyciągu narciarskiego i już jestem w schronisku pełnym szkolnej młodzieży. Karnie ustawiam się w dużej kolejce. Gorąca herbata rozgrzewa mnie.

Ciąg dalszy wędrówki wzdłuż granicy. Aż do Czantorii będzie to góra-dół, góra- dół. Od czasu do czasu przechodzę obok pojedynczych gospodarstw. Zastanawiam się, co sprawia, że ludzie decydują się postawić swą chałupę tak daleko i tak wysoko. Zawsze wtedy myślę o dzieciakach, które muszą chodzić wte i wewte do odległej szkoły: także w zimie!

Wspomniałem kiedyś, że dobrze mi się wędruje. To prawda. Te przemoczone buty lub zasychające już pęcherze - zupełnie mi nie przeszkadzają. Dobrze jest iść. Przemieszczać się w kierunku celu. Może po raz pierwszy uświadamiam sobie, jak ważne jest być w drodze. A cel? Radość z osiągnięcia celu zostanie wyrażona i skonsumowana. A więc, dopóki idę - jest dobrze. Ale co dalej? Co po wędrówce? Nie znam odpowiedzi. Barania Góra z Soszowa

Za kolejną górką widać już Wielką Czantorię z wieżą widokową po czeskiej stronie. Mijam nieczynny bar Światowid i zaczynam wdrapywać się na szczyt. Stromo, cholernie stromo. Jestem już zmęczony dzisiaj, raz i drugi zachwiałem się i muszę odsapnąć. Wieża jest jednak coraz bliżej i wiem, że dam radę. Tuż po czwartej jestem u celu. Wyciągam się na moment na ławce.
Dwadzieścia minut później jestem przy wyciągu krzesełkowym. 12 zł za zjazd. Dziękuję bardzo, może innym razem. Schodzę, jak Pan Bóg przykazał, szlakiem. Ze stoku narciarskiego rozciąga się widok na Ustroń i skryty w lesie Jaszowiec. Charakterystyczne trójkątne budynki domów wczasowych przywołują moje najwcześniejsze wakacyjne wspomnienia z dzieciństwa: wycieczkę na Czantorię, zjazdy na sankach. O piątej siedzę już przed sklepikiem w Ustroniu-Polanie. Kupiłem bułki, mineralną i loda. Rozmawiam chwilę z mężczyznami siedzącymi przy stoliku. Są pełni uznania dla mnie, gdy dowiadują się skąd idę. Jeden z nich - rozlewający ukradkiem wódkę do wspólnego kieliszka - chce mnie nawet poczęstować alkoholem.
Ustroń

Przechodzę tunelem na drugą stronę szosy i za stacją kolejową zaczynam zmagania z ostatnią już górą. Na szczęście szlak na Równicę idzie ulicami, szczerze mówiąc, moje nogi mają już dość wertepów. Właściwie to szlak powinien być poprowadzony na Małą Czantorię i schodzić "przyzwoicie" do Ustronia. No, ale trudno. Zaliczę "głupią" Równicę, nigdy zresztą na nią nie wchodziłem.
Po 19.00 jestem w schronisku. Wewnątrz elegancka knajpa. W menu jakieś łososie i inne frykasy. Jest i wrzątek, jasne. Tylko dwa złocisze, chce pan? Zjadam bułki z pasztetem na zewnątrz i startuję do ostatniego odcinka. Truchtem zbiegam do Ustronia wymijając, wystrojone jak na imprezę, trzy gimnazjalne dziewczyny.

W Ustroniu przy stacji kolejowej kończy się moja wędrówka. Robię sobie pamiątkowe zdjęcie pod znakiem końcowym (lub początkowym) szlaku. Za mną 519 kilometrów Głównego Szlaku Beskidzkiego, 161 godzin marszu. Jeszcze trzeba wrócić do Krakowa, ale to już pestka w porównaniu z ostatnimi dniami.

Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej