Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Padar – Komodo – Pink Beach – Manta Point

wtorek, 25 VI 2021


To będzie coś wyjątkowego | Cudowne widoki na Padar | E, takie małe! | | | | |


Dziś wycieczka na Komodo. Wizyta na wyspie, gdzie można oglądać w środowisku naturalnym największe współczesne jaszczury należy do tych aktywności podczas wyjazdów, które można porównać z oglądaniem pand w Chinach, może z jakimś safari czy wizytą na Wyspach Galapagos. W każdym razie, jak się zdaje, jest to miejsce wyjątkowe. Miałem już kiedyś potencjalną okazję odwiedzić to miejsce, jednak podczas tamtego trampingu po Indonezji i Australii nie zdecydowaliśmy się na przelot na Flores, skąd organizowane są zazwyczaj wycieczki do parku narodowego Komodo. Zniechęciły mnie wówczas wysokie ceny zarówno wstępów jak i całkowity budżet tamtego trampingu. Teraz zrealizuję swój zamiar! Cieszę się również, że dla Renaty ta wycieczka będzie również wyczekiwaną atrakcją. Jak zawsze chciałbym, by to, co mi się podoba, sprawiło przyjemność i innym.

O 5:40 spod biura, w którym kupiliśmy tour, dwie indonezyjskie praktykantki zabierają nas do portu. Zgłasza się do nas chłopak, który zbiera po 400 000 rupii za wstęp do parku narodowego. Mam nadzieję, że oddaliśmy pieniądze właściwemu człowiekowi.

Nasza łajba to niewielki statek z dwoma ławkami wzdłuż burt i nadbudówką, na której można się rozłożyć. Oprócz ósemki pasażerów, płynie z nami chyba pół rodziny załogi: jakieś indonezyjskie kobiety, które będą rozdawać posiłek i przygotowywać napoje oraz ich liczne dzieciaki. Wycieczki na Komodo pomyślane są tak, by przy okazji wybaczyć inne atrakcyjne miejsca w okolicy. To zazwyczaj 4 lub 6 miejsc do odwiedzenia w zależności od prędkości łodzi. Slow-boat, którą płyniemy, odwiedzi tylko cztery miejsca: Padar, Różową Plażą, park narodowy Komodo oraz Manta Point. To ostatnie miejsce znajduje się na otwartym morzu i jest listowane w programie wycieczki tylko dla formalności: prawdopodobnie organizatorzy doskonale wiedzą, że mant tam nie ma o tej porze, ale zawożą tam turystów. Nieważne.

Nasz stateczek porusza się z umiarkowaną prędkością, około 20 km na godzinę. To oznacza, że dopłynięcie do najbliższej wyspy, którą mamy w programie, to jest Padar zajmie nam ponad dwie godziny. Od czasu do czasu wyprzedzają nas szybkie łodzie. Pocieszam się tym, że na atrakcje w poszczególnych miejscach wszyscy organizatorzy przeznaczają tyle samo czasu. Wyspa Komodo wraz z innymi tworzy spory archipelag obejmujący kilkadziesiąt wysepek. Niektóre z nich są zamieszkane.

– To miasto Papagarang, jest zamieszkane głównie przez muzułmanów – mówi nasz guide, wskazując miejscowość z dominującą nad nią kopułą meczetu.

Wyspy, które mijamy, są na ogół bezleśne, pozbawione wyższej roślinności. Wyjątkowo przy brzegu znajduje się pas palm i gęstszej roślinności. Klify i strome zbocza sprawiają wrażenie niedostępności wysp. Skały tworzące klif tworzą czasem interesujące kształty.

Na Padar cumuje już kilkanaście łodzi podobnych do naszej – to te, które wyruszyły z Labuan Bajo nieco wcześniej. Już z daleka widać łańcuch ludzi zmierzających na jeden ze szczytów rozczłonkowanej wyspy. Wygląda to trochę jak kolejka turystów w drodze na Giewont. – Macie 40 minut – mówi przewodnik, gdy wychodzimy na brzeg.

Od razu powiem, że warto było tu przyjechać, a zdjęcia z internetu prawdziwie oddają naturalne piękno tej wyspy. Ścieżka prowadzi po zboczach, a później wzdłuż grzbietu skalistych wzgórz prowadzących na północny koniuszek wyspy.

– Trochę to miejsce przypomina Półwysep Świętego Wawrzyńca – zauważa Renata.

– Tyle, że tamten był nieco większy – dodaję.

Wspinając się na do najwyższego punktu tej krótkiej trasy górskiej, co chwilę się odwracamy i zachwycamy łagodnymi łukami zatok z plażami. Piasek na nich jest żółty lub czarny. Chwila odpoczynku, pamiątkowe zdjęcia i wracamy.

Na pokładzie rozmawiam z Niemcem spod Dusseldorfu. Podróżuje po Azji Południowo-Wschodniej przez 7 tygodni.

– W Kuala Lumpur czeka na mnie żona i córka – wyjaśnia.

Chwilę rozmawiamy o podróżach. Opowiadam mu o wyjeździe do Chin.

– My później polecimy na Cejlon – dodaje Niemiec.

Płyną z nami dwie młodziutkie Francuzki oraz charakterystyczna z wyglądu para indonezyjska: kobieta w dość nieokreślonym wieku; ma krótko obcięte włosy i wygląda na pierwszy rzut oka jak chłopak. Później się okaże, że większość grupy to dobrzy pływacy.

Po półtoragodzinnym rejsie dopływamy do długiego betonowego molo. GPS wskazuje że to... Komodo.

– A gdzie snurkowanie?! – denerwuję się.

– Spokojnie, będzie – uspokaja mnie Renata.

No, dobrze, ważniejsze są warany. Idąc przez molo, dostrzegam w wodzie kilka wężokształtnych, około 40-centymetrowych ryb. Ich ciało z charakterystycznym długim „dziobem” pozbawione jest płetw. Zapewne należą do rodziny igliczniowatych (Syngnathiformes) lub fistulkowatych (Fistulariidae), trudno mi rozstrzygnąć, za mało się znam na rybach.

Za bramą z dumnym napisem „Komodo National Park” wita nas grupa kilkunastu tak zwanych przewodników z długimi rozwidlonymi kijami służącymi do unieruchamiania agresywnych waranów. Pierwszego z nich dostrzegamy już po chwili. Mierzy około 120 centymetrów i spaceruje sobie po otwartej przestrzeni.

– Mały... – w głosie wielu osób słychać nutę zawodu.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej