Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]
Co zobaczyć w Busan? | Buddyjska świątynia | | |
Dziś wracam na ląd stały. O 8:45 mam lot do Busan, zwanego też Pusan. Tradycyjnie już nie zawracam sobie głowy szukaniem przystanku i, tnąc koszty, idę na lotnisko na piechotę. W końcu widzę, jak wygląda Jeju City za dnia.
Pomny skrupulatności personelu obsługującego skanery, tym razem przekładam powerbank do bagażu podręcznego. Doceniam jednak to, że Jeju Air, chociaż jest tanią linią lotniczą, oferuje nie tylko darmowy bagaż podręczny, ale także darmowy bagaż rejestrowy. Lot do Busan jest krótki, może 45-minutowy, szybko się wznosimy ponad gęste chmury zalegające nad morzem i przez chwilę mogę się delektować śnieżnobiałą Cieśniną Koreańską 😉.
Busan to drugie co do wielkości miasto Korei. Nie jest celem samym w sobie wycieczek objazdowych. Jest tu, co prawda, targ rybny, na który zwabiani są turyści, ale, ze względu na późną porę i duże odległości pomiędzy dzielnicami w mieście, odpuszczam go. Z różnych sposobów dotarcia do miasta z lotniska wybieram najtańszy – autobusem numer 1009-1 za 1300 KRW. Chociaż krąży on zawile po trasach szybkiego ruchu, ostatecznie przekracza rzekę Nakdong (najdłuższą w kraju). Tu znów jego trasa przypomina ruchy Browna. Wysiadam w pobliżu stacji metra Yeonsan, stąd linią nr 1 zamierzam dojechać do przystanku Beom-Eosa (범어사). Postanowiłem bowiem zobaczyć kompleks świątyń Beomeosa (Pŏmŏ sa) położony w Górach Geumjeong.
– Tu jest autobus – mówi starsza Koreanka w odpowiedzi na pytanie o drogę do świątyni.
Widocznie to jest solidny kawałek (3 kilometry ale pod górkę). Słowa jej potwierdza młody turysta z Japonii również czekający na przystanku. Wkrótce nadjeżdża numer 90, wsiadam i zaczynamy mozolną jazdę w górę.
Początkowo miejsce nie sprawia dużego wrażenia. Idąc wzdłuż kamiennych obelisków, dopiero w drodze powrotnej dostrzegę, że mają nie tylko bogato zdobione zwieńczenie, ale ich podstawą są żółwie. A zatem to przedstawienie ziemi, które po raz pierwszy zobaczyłem w konfucjańskiej świątyni Kong Miao w Pekinie. Dwie Koreanki wspinające się ze mną po schodach do kolejnej bramy uśmiechają się do mnie. Zdaje się, wpadłem im w oko w autobusie, ha, ha!
[opis świątyni]
Wracam główną aleją. Z trudem przyciskam się przez tłum tarasujący przejście przez bramę Królów Niebiańskich. Dżizas, jakie to musi być okropne chodzenie w takiej gromadzie. Na koniec czeka mnie jeszcze jedno urocze miejsce: staw z mostkami i starannie skomponowanym otoczeniem w postaci różnokolorowych drzew i krzewów. Na przystanku 90 ustawiam się karnie w kolejce utworzonej przez grupę Japończyków. Próbuję się zorientować, czy 90 jedzie na terminal autobusowy, czy tylko do metra Automatyczny tłumacz Japończyka mówi, że na dworzec, ale po zjeździe do metra, okazuje się, że autobus kończy tu trasę. O tyle dziwne, że podczas dalszej drogi, którą odbywam pieszo na dworzec autobusowy, mija mnie właśnie autobus nr 90. Nieważne. Tutejszy dworzec autobusowy jest to połączony z dworcem kolejowym.