Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16-17]


Przysłowie karelskie

Pietrozawodsk-Kiżi-Kondopoga

piątek, 18 VII 2003


Trudny początek |Czym by tu popłynąć? |Onega |Kiżi - to miejsce mnie fascynuje |"Hej ho kolejkę nalej!" |Powrót: czy utoniemy? |Inspekcja w zakładach papierniczych


Arktos - łajba na której połynęlismy na KIżi

Pobudka o 6.00. Mój biologiczny zegar został prawidłowo nastawiony, a dodatkowo wczesne wstawanie uprzejemnia mi hymn Rossiji płynący z niewyłączonego kołchoźnika.
Pierwszy raz dają się we znaki trudności wynikające z liczebności grupy. Nie udaje się wepchąć 25-osobowej grupy do 30-osobowego autobusu pełnego miejscowych. Jedziemy kolejnym o godzinie 8.00. Większość drogi przesypiam.

Wizyta w porcie kończy się fiaskiem. (mapka) Ruch wodolotów na Kiżi jest wstrzymany co ma ponoć związek z wizytą Putina w Karelii. Najbliższy kurs w poniedziałek. Szukamy innych możliwości. Po półgodzinnym marszu wzdłuż nabrzeży dochodzimy do portu jachtowego. Przemek udaje się na zwiad i negocjacje. Onega: kierunek Kiżi! Wychodzi na to, że będziemy płynąć 6 godzin w jedną stronę. Nikt tego nie przewidział. Część osób rezygnuje z wycieczki na Kiżi, zwłaszcza, że na początkowa kwota 200 rubli rośnie do 400, 500, a perspektywa powrotu z Pietrozawodska do Kondopogi o północy jest rzeczywiście zniechęcająca. Negocjacje się przeciągają, załatwiamy sobie prowiant na drogę. Żarcie mam teraz na cały dzień. Kupiłem 2 chleby (2 x 10 RUB) kilo pomidorów (40) kawał sera żółtego (25), mam herbatniki, kefir (13) i kawę. Ostatecznie ustalamy cenę na 170$ za kurs na Kiżi i z kursem powrotnym wprost do Kondopogi. "Arktos" to bardzo miła łajba: parusnomotornaja szchuna zbudowana 20 lat temu. Kapitanem jest sympatyczny, może 40-letni Rosjanin, Sasza; towarzyszy mu żona, Olga. Wypływamy na Onegę. Płynie 16 osób.
Tak, po dłuższej przerwie znów doszedłem do momentu, gdy czuję smak przygody. Ostatni raz było tak chyba na placu Jemaa el Fna w Marakeszu. Onega: kierunek Kiżi!

Po półgodzinie pogoda się psuje. Fala jest coraz większa, nieźle kołysze. Opuściliśmy Wyspy Iwanowskije i kierujemy się na Ostrow Kamień Monak. Co kilka minut podchodzi do mnie Justyna i pyta, czy się nam nic nie stanie. Widać, że nie chce zatonąć. Hm, dlaczego jej własny chłopak nie zadba o jej poczucie bezpieczeństwa? Uprzejmie odpowiadam jej, że widziałem tylko jedną błyskawicę, że burza jest za nami a wiatr mamy sprzyjający. Pani kapitanowa trzyma ster a wskazówki udzielane jej przez męża dają pewność, że się nie zgubimy. Nie mam ze sobą ani kurtki ani polara, na szczęście temperatury są dodatnie.
Onega to olbrzymi akwen. Już teraz w niektórych kierunkach nie widać brzegu. Jak by tak dobrze wycelować, to można by płynąć i sto kilkadziesiąt kilometrów... Po dwóch godzinach wpływamy między Ostrow Bolszyj Lelikowskij i Ostow Bolszyj Klimeckij. To ciekawe miejsce z wybrzeżem szkierowym: mnóstwo tu długich i wąskich zatoczek, Sasza musi często zmieniać kurs. Widać, że to miejsce w miarę turystyczne - częściej teraz machamy ręką do przepływających obok jachtów i łodzi. Na zalesionych brzegach czasem dostrzegam ukrytą daczę. To chyba najprzyjemniejsza część rejsu, nawet słonko wychyliło się spod chmur. Przy trzcinowych wysepkach pływają kaczki i jest tu naprawdę ładnie :-). Niepowtarzalny skansen w Kiżi

I wreszcie ten moment na który wszyscy czekaliśmy: na kolejnej wysepce widzimy zwieńczone krzyżami cebulki. To Kiżi. Nie mogę się doczekać aż wylądujemy. Przepływamy powoli obok zespołu cerkwi, w ruch idą aparaty fotograficzne. Z tej odległości cerkwie wyglądają jak zabawki, jak makiety. Trudno uwierzyć, że to prawdziwe kościoły...
Port. Jest stosunkowo późno, o 20.00 zamykają kasy. Grupy bogatych Finów i Francuzów zbierają się do odjazdu swoimi wodolotami oddając nam wyspę do swej dyspozycji...
Kasjerka widząc grupkę skonsternowanych i niezdecydowanych innostancow tłumaczy wchod dla studientow swobodnyj. "Da tak, dajtie nam biliety dla szesti studientow" - wyjaśniam sytuację. Dla mnie to 300 rubli do przodu.
Idziemy ku zespołowi cerkwi: obok siebie stoją Cerkiew Przemienienia Pańskiego i Cerkiew Pokrowskaja oraz dzwonnica (mapka). Wszystkie z XVIII w i stanowią istne cudo ciesielskiej roboty. Ponoć cieśle potopili swe topory w Onedze, by już nikt nie powtórzył ich dzieła... Dopiero z bliska widoczne są szczegóły kopuł cerkwi pokrytych drewnianymi listkami. Ich szara barwa z dużej odległości może wprowadzić w błąd - w pełnym słońcu kopuły wyglądają na metalowe... Wchodzimy do Cerkwi Pokrowskiej. W przedsionku i w przednawiu skromnie - tablice i rysunki dotyczące historii cerkwi. W nawie dużo barwnych ikon i ładny ikonostas.
Niepowtarzalny skansen w Kiżi Kiżi to rozległy teren - co 100 metrów spotyka się porozrzucane chaty, kaplice i wiatraki. Szkoda, że cała wioska jest taka wymarła - to problem wszystkich skansenów. Co prawda w kilku chatach spotykamy miejscowe dziewczyny ubrane w ludowe stroje ale ich dociekania, czy Justyna przechodziła przez kasę i zawieszone przy pasie krótkofalówki każą przypuszczać, że są to raczej pracownice FSB a nie element folkloru. À propos Justyny - wciąż czuje się niepewnie w różnych sytuacjach, a moja przekora i charakter powodują, że serwuję jej w odpowiedzi mieszankę opiekuńczości i straszenia wyimaginowanymi sytuacjami... Grunt, by się nie stała obiektem docinków, gdyż jest sympatyczną dziewczyną.
Wracam myślą do Kiżi. Podoba mi się to zestawienie barw: szarego drewna cerkwi, chat, wiatraków, drewna, które na mrozie i słońcu dawno już straciło swój naturalny sosnowy i olchowy kolor; oraz zieleń łąk je otaczających. Ciemne, zachmurzone niebo odbijające się w zatoczkach Onegi dodaje surowości krajobrazowi.
Jedno wam powiem: Kiżi to fenomenalne miejsce. Ktoś mógłby powiedzieć: jeszcze jeden skansen na wyspie. A jednak Kiżi mnie z miejsca zachwyciła: tak oryginalnością architektury jak i atmosferą. Niewiele ponad godzinę czasu, jaką nam dali właściciele luksusowego sriedstwa transporta zmuszają nas do niespiesznego powrotu na przystań. Chwila na szybki posiłek, wcinam kilka kromek ciastowatego chleba przy okazji obdarowując Magdę taką chlebową cegłą.
Niepowtarzalny skansen w Kiżi

Nasi przewoźnicy zacumowali w awanporcie, jakoś nie spieszy się im. Za chwilę miało się wyjaśnić dlaczego. W końcu odpływamy. Arek wytrwale macha do sexi-girl w obcisłym podkoszulku opinającym jej wdzięki, krasawica też macha do niego wygrywając na organkach pożegnalną pieśń.
Już teraz widać, że wycieczka jest udana, ale przed nami perspektywa wielogodzinnego powrotu do Kondopogi. Olga znika pod pokładem i przynosi nam w miskach ugotowany makaron z (nielicznymi) kawałkami mięsa. Ten przygotowany podczas postoju poczęstunek jest bardzo sympatyczny. Agnieszka usiłuje rozbawić i rozruszać towarzystwo intonując morskie piosenki. Reszta w odpowiedzi przyłącza się, ale w dziwaczny sposób - śpiewając jedynie końcówki słów. Widać, że cieniutko ze znajomością tekstów. Jaka szkoda, że nie ma tu Beaty. Razem to by sobie pośpiewały! Kiżi: cerkiew

Godziny mijają powoli. Większość osób schowała się do kajut. Na zewnątrz przenikliwe zimno. "Arktos" zmaga się z silnym wiatrem i rosnącą falą. Sasza w półmroku wypatruje charakterystycznych miejsc na brzegu. Widać, że rzadziej pływa po tej części Onegi - wpłynęliśmy do długiej, kilkudziesięciokilometrowej Zatoki Kondopożskiej. Gdy odnajduje właściwy kierunek, przyspieszamy. Silnik ryczy wtedy, jacht skacze po falach. W końcu zdarza się TO. Błąd w nawigacji, czy też niedokładność map sprawia, że wpadamy na mieliznę. Tłumaczę Justynie, że w przypadku rozdarcia dna mamy sporo szans na uratowanie się - lecz wcale ją to nie uspokaja. Długo, bardzo długo manewrujemy mijając podobne do siebie zatoczki. Gdzieś w dali majaczą kominy zakładów papierniczych w Kondopodze...

Około 5.00 przybijamy do nabrzeża kombinatu. Dokonujemy inspekcji zakładów. Tu praca wre na cztery zmiany, przechodzimy przez wielopiętrowe hale wypełnione pod sufit gigantycznymi belami papieru, robotnicy transportują je na barki lub do pociągu stojącego na bocznicy. Idziemy wzdłuż wielokilometrowych hulających w górze taśmociągów, gruzawiki wciąż zwożą drewno... W powietrzu unosi się lekka mgiełka. Wokół wszystko się rusza i dudni. A my idziemy i idziemy. Atmosfera tego miejsca jest niesamowita...
Po godzinie docieramy do hotelu. Trzy godziny snu. Jutro wyjazd o 12.00.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej