Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
| W pałacu maharadży | Święto, święto, święto! |
Dalej jedziemy autobusem do Mysore, odnajdujemy jakiś hostel. Nasz hotelik, jak się okazuje, jest muzułmański. W każdym razie takie mamy podejrzenia, patrząc na miniaturowe pomieszczenie o wymiarach metr na metr w kącie pokoju służące do modlitw. Umieszczona na suficie kibla (strzałka) wskazująca kierunek do Kaaby rozwiewa nasze wątpliwości.
Od hotelarza dowiadujemy się, że dzisiaj wieczorem pałac będzie udostępniony dla publiczności, że w mieście jest święto, ponieważ – jak zrozumiałem – odbędzie się koronacja króla Mysore.
– Poważnie? Macie tu króla? – nie mogę w to uwierzyć, co słyszę.
– Tak – mówi Indus – zobaczycie sami wieczorem, będą tam tłumy. Przyjdźcie lepiej po południu, pałac będzie otwarty, to super okazja.
Ach, moje lenistwo! Oczywiście mogłem wcześniej poczytać w przewodniku Lonely Planet, że Mysore (Mysuru), do którego dotarliśmy, jest stolicą królestwa a właściwie sułtanatu Majsur powstałego w 1399 roku n.e.
Rządzeni przez maharadżów lub – jak kto woli – królów przetrwało cztery wojny z Brytyjską Kompanią Wschodnioindyjską, przetrwało okupację brytyjską i chociaż Indie od wieku niemal od 60 lat niemal są republiką związkową, to tradycje królewskie są kultywowane przez mieszkańców. Kingdom of Mysore w minionych wiekach zajmowało nie tylko Dekan, ale w czasach sułtana Tipu dochodziło do zachodnich wybrzeży Półwyspu Indyjskiego, obejmując dzisiejsze stany: Karnataka i większość stanów: Andra Pradesh i Tamil Nandu. Faktycznie pałac jest otwarty i są tłumy.
Siedziba maharadżów jest olbrzymia, lecz niezbyt stara, pałac powstał 100 lat temu, w 1912 roku Został zbudowany na polecenie ówczesnego władcy noszącego imię Krishna Raja Wadiyar IV. Potrzeba była pilna, gdyż przy ostatniej większej imprezie to jest koronacji króla Jaya Chamaraj Wadiyar poprzedni pałac spłonął całkowicie. Ale zapewne fajerwerki były, jak się patrzy! Obecnie w pałacu mieszka maharadża z rodziną, a właściwie maharani, Pramoda Devi, żona niedawno zmarłego władcy noszącego imię Srikantadatta Narasimharaja Wadiyar. Niestety nie doczekała się męskiego potomka (dokładniej: w ogóle nie mieli dzieci), dziś losy królestwa zostaną poniekąd zmienione. Bo oto, by zapewnić ciągłość panowania, maharani postanowiła adoptować syna. I ten akt przysposobienia dziecka będzie dziś okazją do świętowania. Mieszkańcy królestwa ujrzą dziś swojego nowego króla in spe. Z tej okazji udostępniony jest bez ograniczeń pałac dla poddanych. Główne uroczystości odbędą się po zmroku, ale wykorzystujemy popołudnie, by zobaczyć jak się tu mieszka miejscowym władcom. Wraz z tysiącami Hindusów wchodzimy przez główną bramę pałacu do środka. Od razu trafiamy na dziedziniec otoczony charakterystycznymi, niezwykłymi w kształcie kolumnami.
Spacerujemy pod arkadami, później przechodzimy do komnat królewskich. Przepych bogato zdobionej sali bankietowej, czy też audytoryjnej, jestem w stanie przyrównać ją jedynie do wnętrz pałacu Baudouina w Brukseli, który odwiedziłem pod nieobecność króla w 1992 roku.
Komnaty królewskie są pełne luster i innych świecidełek, meble zachwycają inkrustacją, podziwiamy kasetony w stropach, ciemne olejne obrazy przedstawiające przodków dzisiejszych maharani.
Wieczorem, gdy opuszczamy komnaty, na zewnątrz już jest zmierzch, a na wielkim placu przed budynkiem zebrały się niezliczone tłumy. Jest i scena, z której zapewne będzie ktoś przemawiać, są megafony, na które wspinają się chłopcy, by wykorzystać je jako dobry punkt widokowy; jest oczywiście dużo policji. Zgromadzeni są ożywieni, wnoszą jakieś okrzyki, wiwatują, spotykają swych sąsiadów i znajomych, plotkują w oczekiwaniu na rozpoczęcie ceremonii. Rzutcy sklepikarza zwęszyli dzisiaj interes i przenieśli swe ministragany pod pałac, a inni krążą wzdłuż wśród tłumu, roznosząc napoje i jakieś słodycze. W pewnym momencie wrzawa nasila się, oczy wszystkich kierują się ku balkonowi na wysokości drugiego piętra. Tam, wśród rządowych oficjeli i członków rodziny królewskiej, pojawia się władczyni Pramoda Devi, a na wystawionym tronie zasiada młody Indus w czerwonej szacie i czerwonym turbanie. Wygląda bardzo chłopaczkowato i w swych okularach przypomina bardziej studenta niż maharadżę. Przemówienia wygłaszane być może w hindi, a może w języku kannada trwają dość długo i zaczynamy się niecierpliwić. W międzyczasie przyglądamy się podświetlonemu pałacowi. Różne sposoby iluminowania dużych obiektów można spotkać, tu jednak oświetlenie jest niezwykłe, gdyż użyto 100 000 żarówek. Połączone ze sobą przewodami, umieszczono na krawędziach dachów i ścian, wokół framug okien przez co sylwetka pałacu jest doskonale widoczna. Tutaj, w Indiach, era LED-ów jeszcze nie nastała, zastosowane żarówki żarowe rozświetlają fasadą pałacu jasnym, żółto-pomarańczowym światłem. Ileż energii musi w tym momencie zużywać pałac, jak szybko muszą kręcić się teraz liczniki energii elektrycznej!
Yaduveer Krishnadatta Chamaraja Wadiyar, młody maharadża, wsiada do swojego pojazdu, a właściwie na słonia z umieszczonym na nim palankinem. Tłum wiwatuje, błyskają flesze smartfonów. Kornak daje znak ankusem swojemu wierzchowcowi i słoń majestatycznym krokiem rusza. Paradę poprzedzają motocykliści, Indusi na koniach i innych zwierzętach za nimi idzie reszta oficjeli i cała i reszta tłumu. To są naprawdę szybko niezapomniane chwile. Uwielbiam takie sytuacje, kiedy nieoczekiwanie dla samego siebie znajduję się nagle w środku jakiejś uroczystości. Tak było kiedyś w Nepalu, kiedy trafiliśmy w Kathmandu na święto Seto Machhendranath Jatra. Tak było kiedyś w Iranie w Maszchadzie, kiedy uczestniczyłem w modłach na dziedzińcu w sanktuarium Imama Rezy. Tego się nie da zaplanować. Po prostu trzeba jeździć na trampingi, ot co!