Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
W świętym Kairuanie - podoba mi się! | Cel zastępczy | Czy Sousse jest ładniesze od Monastyru?
Dziś jedziemy do świętego "świętego" Kairuanu, a w powrotnej drodze planujemy zahaczyć o pobliską Sousse. Linia kolejowa prowadząca do Kairuanu i dalej na zachód została parę lat temu zlikwidowana, pojedziemy więc autobusem. Bilety kupujemy po 6,35 TUN. Na miejscu jesteśmy przed 10:00.
Z dworca ruszamy w kierunku najstarszej części miasta otoczonej murami. Miejskie mury zwieńczone są blankami i nieco przypominają mi miasta marokańskie. Miasteczko od pierwszej chwili sprawia przyjemne wrażenie, wbrew temu, czego się spodziewałem. Niewielu tu turystów, przynajmniej dzisiaj o tej porze. Przechodzimy obok stoiska z pachnącymi świeżymi chlebkami. Mam wielką ochotę kupić, ale przecież nie tak dawno jedliśmy śniadanie. Zagłębiamy się w wąskie uliczki mediny, zaglądamy do hotelu Cafe du souk. Wygląda na to, że jest przeznaczony dla miejscowych. Tych bogatszych, bo wnętrze – hol i recepcja – są luksusowo urządzone. Na dziedzińcu odkrywamy spory basen.
– Wolałabyś ten hotel od naszego?
– Nie. Tu nie ma plaży w pobliżu.
Fakt. Plaża to podstawa dla Joli.
Zaglądamy na targ. Sporo tutaj glinianej i finansowej ceramiki, skromnie ozdobionych talerzy i mis. Jak się zdaje, to artykuły pierwszej potrzeby dla miejscowych. Nie wydają mi się na tyle atrakcyjne, by je jednak kupować. Wędrujemy uliczkami mediny, zaglądając na podwórka i zmieniając co chwilę kierunek spaceru. Większość domów jest wytynkowana i pomalowana na biały kolor. Podobnie jak w Sidi Ben Saidzie, wiele domów ma drewniane i metalowe elementy pomalowane na błękitny kolor. Rzuca się w oczy względna czystość ulic i ogólne zadbanie o miasto. Oczywiście, zdarzają się odrapane budynki z odpadającym tynkiem, ale jak na standardy arabskie lub afrykańskie, jest całkiem znośnie. Ja się zachwycam podkowiastymi bramami do ogrodów i na podwórka, Jola przystaje przy każdym kocie siedzącym w oknie lub na progu domu.
Dochodzimy w końcu do najważniejszego miejsca w Kairuanie, czyli słynnego meczetu Sidi Ukba (مسجد سيدي عقبة) z VII wieku. To dość duży kompleks otoczony murami fortyfikacyjnymi i składający się z meczetu z czworościennym minaretem oraz medres. Wstęp do meczetu po 10 dinarów, płacę dodatkowo dinara za możliwość fotografowania. Jola zakłada chustę. Dziedziniec otoczony jest podcieniami z podwójnymi marmurowymi kolumnami. Ich głowice są stylu akantowym. Na posadzce w podcieniach leżą słomiane maty i dywany, ze sklepień zwisają ozdobne żyrandole. Generalnie mi się tutaj podoba. Pośrodku dziedzińca znajduje się mimbar, na którym co chwilę jakaś turystka się fotografuje. Po chwili Jola dołącza do nich. Niestety, do samego meczetu wejść nie możemy, pozostaje oglądać słabo oświetlone wnętrze „zza sznurka”. Szkoda. Meczet powstał z inicjatywy arabskiego generała o imieniu Ukba ibn Nafi, który wojował ze wszystkimi, gdzie tylko się dało: od Półwyspu Arabskiego po wybrzeże atlantyckie. Na szczęście znalazł wolną chwilę i założył miasto Kairuan. A przy okazji ów meczet, który ze względu na swój prestiżę poniekąd zastępuje hadżdż. Siedmiokrotne odwiedziny Kairuanu rekompensuje obowiązkową dla każdego muzułmanina pielgrzymkę do Mekki
Wracamy do mediny, znów wędrujemy uliczkami. Podobają mi się metalowe kołatki w kształcie dłoni oraz drewniane lub kościane gałki przy drzwiach. Zataczamy jeszcze jedno koło wokół meczetu. I znów przychodzi mi do głowy myśl, jak mało tu turystów. Generalnie ulice są wyludnione. Być może to nie czas na spacery lub zakupy. Dziś normalny dzień pracy. W pobliskim zakładzie tkackim produkującym wełniane kilimy i chodniki młody mężczyzna stoi przy warsztacie tkackim i, używając nóg i rąk, wyplata kolejny kilim. Dziesiątki ich leżą na półkach.