Dzień: [0] [1] [2] [3] [4]


Larnaka - Pafos - Polis - Łaźnie Afrodyty

czwartek, 3 X 2013


Świt na cypryjskim salarze | Stare miasto w Larnace | Oszukańczy akwedukt | Pafos: godzina z historią | Czy to miejsce dla Afrodyty? | Nocleg na klifie


Budzą mnie głosy ludzi spacerujących po ścieżce biegnącej wzdłuż jeziora. Jest jeszcze półmrok, słońce tkwi za horyzontem. Powierzchnia Słonego Jeziora jest szara, skryta w cieniu. Zjadam szybko śniadanie, pakuję namiot. Czas na spacer po jeziorze. Solna powierzchnia rozjaśniła się, zaróżowiła promieniami słonecznymi. Podobnie jak na Salar de Uyuni, jego powierzchnia nie jest idealnie gładka. Sól tworzy geometryczne wzory w postaci wieloboków otoczonych kilkucentymetrowej wysokości wałkami. Cypryjski salar jest trochę rozmiękły po nocnych opadach, nie na tyle jednak, abym się głęboko zapadał. Rozglądam się uważnie w poszukiwaniu ptaków wędrownych, które tu odpoczywają. Najwyraźniej jednak nie jest to ta pora roku. Widok pustej, białej przestrzeni zachwyca. Wybiegam na środek jeziora. Mój cień ma kilkadziesiąt metrów długości.
Co za fantastyczne miejsce! Czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nie trzeba daleko wyjeżdżać z Europy lub w ogóle ruszać się z Polski, by zobaczyć coś, co kojarzy się nam z odległymi krajami. I tak, aby wstąpić do meczetu, wystarczy pojechać na Białostocczyznę – zamiast do Turcji; by pospacerować wśród błotnych wulkanów wystarczy wypad do Rumunii zamiast wyprawy do Azerbejdżanu; zamiast boliwijskiego salaru – może wystarczyć ten bliższy – unijny.

Około 7:00 ruszam do centrum Larnaki. Tym razem droga nie dłuży mi się. Zabudowa w tej części miasta jest niezbyt ciekawa, ot, parterowe domki lub piętrowe kamieniczki, lokalne sklepiki i warsztaty. Dochodzę do nabrzeża i tu zaznajamiam się z twierdzą arabską z początku XVII wieku. Wewnątrz znajduje się skromne muzeum, ograniczam się do zerknięcia na dziedziniec i kilku pomieszczeń. Obok meczet Buyuk – niestety zamknięty o tej porze, prostą drogą zmierzam więc do kościoła św. Łazarza, który wczoraj mijałem podczas nocnej wycieczki. Tym razem mogę mu się lepiej przyjrzeć. Jest jednak dopiero 8:00 rano i brama jest jeszcze zamknięta.
Siadam grzecznie na ławeczce i dopiero teraz dokładniej studiuję mój mini przewodnik po Cyprze. Wynika z niego, że powinienem zobaczyć jeszcze w Larnace aiki Geitonia, starą dzielnicę z ciekawymi kamieniczkami oraz akwedukt leżący na przedmieściach Kamares. W drodze do Laiki Geitonia trafiam przy Nikolaou Rossou 27 na schronisko młodzieżowe IYHF. Znajduje się w sąsiedztwie zabytkowego meczetu Zuhuri przykrytego dwoma kopułami. Ha! Gdybym wiedział o jego istnieniu i lokalizacji, może bym się wczoraj skusił. Ale z drugiej strony przepadłby mi poranek nas Słonym Jeziorem.
Jeśli chodzi o noclegi na Cyprze, to z trampingowego punktu widzenia jest fatalnie. Nie ma tu na wyspie tanich hosteli, wyszukiwarki hostelworld i hostelbookers podają brak ofert z dormami, a najtańsze jedynki kosztują ponad 100 złotych. A na to schronisko w Larnace po prostu nie trafiłem. Teraz to jest już nieważne.
Przede mną sławna dzielnica Laiki Geitonia Niewysokie, zniszczone kamienice z warsztatami na parterach. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to ani zachęcająco ani ładnie. To już bardziej podobały mi się
pekińskie hutongi nie mówiąc o kaszgarskim Gucheng. Albo o wypacykowanych na potrzeby turystów kwartałach miast hanzeatyckich. Ale, gdy lepiej się przyjrzeć tym uliczkom, gdy się zaglądnie tu i ówdzie, to miejsce nabiera kolorytu. W warsztatach – głównie pracowniach stolarskich – panuje nieopisany bałagan, zgromadzone meble i ich elementy wypełniają całą przestrzeń aż po sufit. Niektóre z tych rzeczy wyglądają na stare, z pewnością kolekcjoner antyków znalazłby tu niejedno cacko! Przed wejściem siedzą na rattanowych fotelach właściciele, popijają poranna kawkę.
Zataczam koło i wracam pod św. Łazarza. Już wiem, po rozmowie z listonoszem, jak dojść do akweduktu. Czeka mnie niemal godzinny spacer prostą jak drut drogą Leoforos Faneromenis. Na rondzie w dzielnicy Kamares skręcam w lewo i dalej, rekreacyjną ścieżką wijącą się wśród 4-metrowych trzcin, docieram do akweduktu.

Starożytna budowla przekracza w tym miejscu dolinę niewielkiej rzeczki i liczy sobie może 30 przęseł. Obfotografowuję to miejsce i siadam w cieniu filarów. Chociaż jest dopiero 10:00, to żar leje się z nieba. Przemoczoną koszulkę rozkładam na słońcu, sam wertuję przewodnik. Hm... z rozbawieniem patrzę znów na akwedukt. Ależ się nabrałem! Akwedukt wcale nie jest starożytny. Liczy sobie niecałe 300 wiosen. Zbudowali go Turkowie w 1747 roku za pieniądze Abu Bekira Paszy, który sprawował władzę w imieniu państwa Otomanów nie tylko na Cyprze ale i w Egipcie, Arabii i Bośni. No dobrze, ale co to za pomysł, by w czasach nowożytnych budować 10-kilometrowy akwedukt w rzymskim stylu?! No cóż... myślę, że wali Pasza zbyt się zapatrzył w stare, choć sprawdzone rozwiązania techniczne. Plan na dziś jest taki: dostać się – może stopem – do Pafos i od razu przejechać na Półwysep Akamas.
O 11:30 zaczynam stopować na drodze przebiegającej równolegle do akweduktu. Nie jest to chyba dobre miejsce do łapania okazji, na prostym odcinku samochody pędzą jak szalone. Akurat jedzie autobus dalekobieżny do Pafos, macham. Bilet kosztuje aż 7 euro, ale będę na miejscu za dwie godziny.
Jedziemy autostradą, krajobrazy są w miarę atrakcyjne. Górki, skały wapienne, gaje cytrusowe, domy otoczone kępami sosen. Po 60 kilometrach zjeżdżamy z autostrady do Limassol. Przez dwadzieścia minut towarzyszą nam za oknem widoki hoteli i apartamentowców.

w limassol pokoje z widokiem
w limassol na wino na jazz na parasole
pachy pachną słońcem
w mieście limassol
i aerozolem pachnie świata tło
pachnie świata tło

Krótki postój w porcie i po kolejnej godzinie zatrzymujemy się na dworcu w Pafos. Najbliższy autobus do Polis jest za 1.5 godziny. Przydałoby się rozejrzeć po okolicy. Nie wiem dokładnie, w której części miasta jestem, ale po konsultacji z sympatycznym 50-latkiem czytającym gazetę przy stoliku w kafejce, idę na spacer we wskazanym kierunku. Zachęcony drogowskazem trafiam do muzeum etnograficznego mieszczącego się w okazałej piętrowej willi.
Od razu czuje się prywatny charakter tego muzeum. Starsza, nobliwa pani od razu przystępuje do namawiania:
- To wyjątkowe muzeum, mówią o nich w przewodnikach. Mój nieżyjący mąż gromadził te zbiory.
- Aha – kiwam głową.
- Wstęp trzy euro a z tym pięknym przewodnikiem opisującym eksponaty i historię muzeum – tylko 7 euro.
Studzę zapędy marketingowe pani, płacę za wstęp.
- Plecak zostaw tutaj. Nikt go nie ruszy, jest bezpieczny.
Zaczynam od parteru, do którego schodzi się zewnętrznymi schodkami. Widzę ciekawe rozwiązanie architektoniczne budynku, gdyż przez całą jego długość jest poprowadzone są na przestrzał korytarze tworzące literę T. W kolejnych pomieszczeniach, do których wchodzi się z korytarza, zgromadzono zbiory etnograficzne i archeologiczne. Niby typowe rozwiązania muzealne z urządzonymi "izbami tematycznymi", ale z ciekawością je oglądam. Oto typowy XIX-wieczny pokój: łoże z baldachimem, drewniana komódka i takież, dość proste w konstrukcji fotele, na ścianach porozwieszana odzież; kilka bibelotów przed lustrem dopełnia całości. Obok – kuchnia. Jeszcze prostsze meble, ławy, piec węglowy, kuchenne utensylia i sporo szklanych butli i butelek. Zapewne jakiś amator wina tu mieszkał... W sąsiednim pokoju urządzono warsztat z wszelkimi możliwymi sprzętami gospodarczymi. Czegóż tu nie ma? Sieczkarnie, wielkie śruby z prasy do tłoczenia winogron, kosze dla osiołków, dzieże, narzędzia rolnicze i stolarskie... W kolejnych pomieszczeniach trochę archeologii: naczynia i amfory gliniane, talerze z majoliki, obok kamienne żarna, wszystko to wykopane pod Famagustą.. Na podwórku arba i wielkie żarna, do których zaprzęgano osła, a po przeciwnej stronie w grocie znajduje się zrekonstruowana piekarnia. Najciekawsze są długie łopaty z w głębieniami do przenoszenia bułek. Równie ciekaw są sąsiednie groty – opisane jako grobowce z III w p.n.e. Pomieszczenia są niskie, po bokach jakby leżanki do złożenia zwłok. Kilka porozrzucanych amfor nadaje niby "naturalny charakter" miejscu. Jest tu jeszcze wykute pomieszczenie obwieszone ikonami, ale ich tandetność sugeruje, że właściciele muzeum nie mieli pomysłu na jego wykorzystanie. Wracam do budynku, na piętro. Tu, w części udostępnionej dla zwiedzających jest kilka pokojów, jak gdyby zakonserwowanych przez czas po śmierci właściciela. Podoba mi się biblioteka z półkami wznoszącymi się pod sufit, z biurkiem zastawionym akcesoriami piśmienniczymi w tym głowami Nefretete służącymi zapewne jako przyciski. W sąsiednim pokoju – jadalnia z zastawą stołową poustawianą w kredensach. Ach, gdyby jeszcze te pomieszczenia były normalnie użytkowane! Poczułbym się jak w guest-house’ach w
Gruzji... Najpiękniejsze eksponaty zgromadzono w gablotkach na korytarzu. Oprócz licznych bibelotów znajduje się tu sporo biżuterii i innych precjozów. To różnego rodzaju brosze, bransolety, naszyjniki. Srebrne, wysadzane kolorowymi kamieniami, zapewne półszlachetnymi. Ta robota mistrzów jubilerskich jest doprawdy niesamowicie misterna! I bardzo podobają mi się różne solniczki i dzbanuszki na oliwę lub ocet. Żegnam się ze starą Cypryjką, akurat przyszła do niej przyjaciółka i palą cygara. No cóż. Gdybym miał podsumować to miejsce – warto było.

Na sąsiedniej uliczce dostrzegam biały kościół a obok zabudowania kościelne. Pewnie pałac biskupi, sądząc po wyglądzie i zaparkowanych brykach.
Kościół jest zamknięty dla zwiedzających, ale korzystam z obecności księdza, który akurat wchodzi do środka ze swym znajomym. Wślizguję się wraz z nimi. Wnętrze malowane i bogato zdobione, ale widać, że wszystko nowe, sterylnie czyste i świeże. Ale zerknąć tu warto.
Idę dalej uliczkami na zachód i dochodzę na taras widokowy usytuowany przy knajpie pełnej klientów. Pora obiadowa, ech! Ja zadowalam się panoramą miasta, które z tej perspektywy nie sprawia jakiegoś szczególnego wrażenia. Nie widać morza czerwonych dachów kamieniczek, widoku, którym tak się zachwycałem w Sighisoarze, w Weronie i innych miastach europejskich, nie ma tu lasu minaretów, widoku tak miłego mojemu oku, który utkwił mi w pamięci przy zwiedzaniu Kairu czy Esfahanu, nie ma tu porozrzucanych pałaców na wzgórzach - tak charakterystycznych dla pejzażu radżastańskich miast... Ale widok rezydencji otoczonych palmami, kilku reprezentacyjnych budynków publicznych oraz morza w tle – jest całkiem przyjemny.

W drodze powrotnej trafiam jeszcze na Muzeum Bizantyjskie. Sprawdzam czas: mam jeszcze 40 minut, więc zdążę je obejrzeć. Starszy mężczyzna sprzedający bilety (2 euro) jest wyjątkowo uparty, każe mi zostawić aparat przed wejściem na salę wystawową. Poddaję się.
Ikony pochodzą z Pafos i okolic, najstarsze są z XII wieku. Jest na co popatrzeć. Oto z mroków ciemnego wnętrza wyłania się, delikatnie poświetlony, święty Jan Ewangelista, XVI-wieczna ikona z Pałacu Biskupiego, obok święty Paweł zabrany z kościółka w Kendea. A dalej piękny obraz przedstawiający Matkę Boską z Dzieciątkiem z Eleousa i Jan Chrzciciel a właściwie tylko jego głowa na tacy ze św. Epitaurusem. W sali znajduje się kilka drewnianych krzyży z symbolicznymi przedstawieniami ewangelistów: na lewym ramieniu namalowany jest anioł – to uosobienie św. Mateusza, po przeciwnej stronie św. Marek pod postacią lwa. Na górze orzeł symbolizujący św. Jana a pod nim – byk czyli św. Łukasz. Jakoś nigdy nie potrafiłem zapamiętać tej symboliki, może tym razem się uda? W kolejnej mrocznej sali - piętnastowieczna ikona z kościoła św. Jerzego z monastyru w Agios Georgios a na niej święty Mamas na lwie. Nie znacie świętego Mamasa? Ha ha! Też o nim nie słyszałem ;-) Podróże jednak kształcą... Obok - święty Michał, a jaki śliczny! Cały upierzony... ani chybi archanioł! W dalszych salach również ciekawe eksponaty. Mamy tu kolekcję opalonych ikon – zapewne zabranych ze spalonej cerkwi, mamy przepięknej urody krucyfiks z Tsada, krzyż Minty oraz cały ikonostas zabrany z monastyru Stavros. W gablocie leży też inkrustowany pastorał biskupi. Ależ to misterna robota! A pośrodku sali stoi proskynetarion. Czyli - po naszemu - analogion, pulpit do umieszczania ikon lub ksiąg cerkiewnych. Cypryjskie proskynetariony są przykryte kopułką wspartą na kolumnach. Teraz przynajmniej wiem, co widziałem w kościele w Bellapais... ;-) Potrafię teraz nazwać wiszącą lampę oliwną umieszczaną przed ikonostasem – to κανδηλα (kandla). Czyż słowo nie przypomina swojskiego kandelabru?

Wystarczy tej nieplanowanej kultury na dzisiaj! Wracam na dworzec, płacę 1.5 euro i jadę do Polis (linia 645). Dzięki informacjom z sieci i książeczce z rozkładem jazdy, który otrzymałem na dworcu, wiem, że autobusy z Polis są skomunikowane z autobusami jadącymi dalej do Łaźni Afrodyty. Droga za miastem wznosi się w górę, by potem opaść ku nadmorskiej nizinie. W mijanych wioskach zwracają uwagę ozdobione mury i ogrodzenia. Dominującym motywem są winogrona. Wszak cypryjskie są znane w całej Europie. Należą do nich czerwone wina wyrabiane z winogron Mavro ("czarny") i białe wina z soku Xynisteri. Ich mieszanka tworzy znane i w Polsce wino deserowe Commandaria.
W Polis mam 15-minutową przerwę w oczekiwaniu na autobusik linii 622. Płacę kolejne 1.5 euro i w towarzystwie zaledwie pięciu osób jadę na końcowy przystanek o nazwie Łaźnie Afrodyty (Lutra Afroditis). Po drodze mijamy kurortowe miejscowości. Gdy patrzę na parasole ustawione przy plaży, przypomina mi się
Olympic Beach i przejścia z okrytym niesławą Intertourem. A teraz chciałbym wyskoczyć z autobusu i rzucić się do morza niosącego ku brzegowi białe grzywacze. Pod koniec trasy droga nieco się wznosi, ląd na Półwyspie Akamas zakończony jest wysokim skalistym klifem.
Teren zwany Ogrodami Afrodyty jest ogrodzony i obejmuje swym zasięgiem wiele hektarów poprzecinanych alejkami. Znajduje się tu coś na kształt ogrodu botanicznego czy arboretum. Może bym i chciał przyjrzeć się dokładniej tym roślinkom, ale wolę zacząć od pieczary romantycznie zwanej Łaźniami Afrodyty. Po kilkuset metrach wijącej się wśród kwiatków i krzewów ścieżki jestem na miejscu. Hm. Jak by to powiedzieć? Miejsce prezentuje się nader skromnie. Grota wielkości średniego pokoju wypełniona jest wodą ściekającą ze zbocza. Roślinność tu gęsta, pnącza zwisają ku tafli wody, jest więc mroczno i ponuro. Czy piękna Afrodyta chciałaby zażywać tu kąpieli? Wątpię. Gdyby to jeszcze było ciepłe źródło...? Wtedy i ja bym skorzystał, zwłaszcza że ostatnio przepuściłem okazje kąpieli w armeńskich termach przy Diabelskim Moście i w Andach, w pobliżu Doliny Gejzerów. Myślę, że bardziej pasowałaby do tego miejsca nazwa ***. Ale skoro już tu dotarłem, robię sobie zdjęcia cierpliwie przeczekawszy aż tłum Rosjan, Cypryjczyków i Włochów zrobi mi miejsce. Zamieniam też kilka słów z Polkami, którzy rodzinnie zwiedzają wyspę. Tabliczki informują o zakazie kąpieli(!) i zniechęcają do picia wody. Także ze źródełka obok – na co już nie zważam. Nie wiem, czy będę miał wieczorem dostęp do wody, więc na wszelki wypadek biorę wodę do butelki i robię w strumyku przepierkę.
Niedaleko od Łaźni, znajduje się druga bramka, wychodzę nią z Ogrodów w stronę morza. Z tej wysokości, na której się znajduję, widzę całe wybrzeże, hen! po skalisty przylądek dziesięć kilometrów dalej na wschód.
Poniżej miejsca, w którym stoję, znajduje się kemping z kilkudziesięcioma kamperami i przyczepami kempingowymi. Wygląda na opuszczony, nie widzę ani jednego człowieka, zero aktywności, dziwne. Może turyści pojechali sobie gdzieś i wrócą dopiero wieczorem? Chętnie rozbiłbym sobie tam namiot, ale na razie chcę sprawdzić teren w głębi lądu. Zresztą, jest jeszcze jasno, mam czas na decyzję. Droga w górę zwana jest Szlakiem Adonisa (lub coś w tym guście). Wspina się zakosami odsłaniając coraz to ładniejsze widoki. Woda w okolonej skalistym klifem zatoczce jest szmaragdowa, paluszki lizać! Roślinność wokół też wygląda apetycznie: agawy, opuncje, akacje, kwitnące krzewy i drobne roślinki zakorzenione w skalistym gruncie. Główna ścieżka idzie w głąb doliny, ja podchodzę nieco wyżej, siadam i sycę oczy widokami. Drugi rekonesans robię startując znów ze ścieżki nad opuszczonym kempingiem. Tym razem ruszam ścieżką prowadzącą przez las, w górę. Obfotografowuję mniejsze i większe roślinki – zawsze lubiłem to robić. Dwukrotnie zapuszczam się na boki w prawo od głównego szlaku zmierzającego ku nieodległemu szczytowi. Zauważam liczne zużyte naboje, podobnie jak w górach Liban. Wychodzi na to, że i tu, na Cyprze, myślistwo jest popularnym hobby. Nie udaje mi się odszukać zejścia na brzeg morza, wracam więc drogą, którą przyszedłem.

Na kempingu wciąż pusto, żywej duszy. Zaczynam podejrzewać, że te przyczepy kempingowe stoją tu cały rok, utwierdza mnie w tym panienka ze sklepiku przy wejściu do Ogrodów Afrodyty. Na razie idę się kąpać. Chwytając się krzaków i starając się nie zjechać po osuwającej się ziemi schodzę stromą ścieżką na kamienistą mini-plażę. Miejsce bardzo kameralne: oprócz mnie jest tu tylko rosyjska rodzina z dzieciakami i dwie panie w średnim wieku. Woda jest ciepła, w każdym razie na tyle, że mogę popływać. Niestety zmarzluch jestem i potrzebuję wody tak gorącej jak w Zatoce Perskiej ;-)
Półgodzinne moczenie się i plażowanie jest dla mnie wystarczające, ubieram się i wracam na górę. Akurat wjechał na teren kempingu młody Cypryjczyk. Wyładowuje z samochodu dostawczego meble do swojej budy kempingowej. Pytam, czy można się tu rozbić.
- Nie ma problemu – stwierdza – Na jedną noc? Nie ma sprawy!
- Pomóc ci z tymi meblami? - pytam uprzejmie.
Nie trzeba. Żegnam się więc i idę poszukać dobrego miejsca. Kemping, jak wspomniałem, znajduje się, na wysokim skalistym klifie. Jedna jego część wychodzi dalej w morze i to miejsce szczególnie mi się podoba. Rozbijam namiot o metr od urwiska. Jest dobrze. Słońce pochyliło się nad górami i oświetla na pomarańczowo piętrowe cumulusy. Po morzu płyną łodzie wycieczkowe i jachty. Bardzo się cieszę, że tu dotarłem!
Już po zmierzchu wtacza się na kemping samochód. Dwójka młodych ludzi krąży wokół szukając miejsca dla siebie.
- Hi! - wołają do mnie, gdy wychylam głowę namiotu.
- Hi! Dzień dobry! – odpowiadam. Oczywiście – Polacy.
Magda, dwudziestokilkulatka, przyleciała z Warszawy na parę tygodni do kolegi, który mieszka tu od kilku ładnych lat. Rozpalają ognisko przy swoim namiocie, coś tam pichcą. Daję im czas na zjedzenie posiłku i idę pogadać. Opowiadają trochę o sobie, Radek częstuje mnie miejscową wódką, ale nie mam specjalnej ochoty.
Noc jest ciepła i bezchmurna. Tysiące gwiazd na niebie i szum fal rozbijających się pode mną są nader miłą oprawą tego noclegu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej