Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]


Przysłowie marokanskie


Erfoud

sobota, 17 VIII 2002


"Jak się czujesz?" czyli zemsta sułtana | Atlas zachwyca |Dolina Ziz|Turkusowe wody Barrage de-'Hassan-Addakhil|Szpital polowy w Erfoud


Atlas Średni

Dziś kilkaset kilometrów do przejechania - w kierunku Erfoud. Tam już prawie Sahara. Pobudka o 6.00, wyjazd przewidziany na 8.00. "Czy tobie też jest niedobrze?" - to najczęstsze powitanie dzisiejszego poranka. No, minki ludzie mają nie najszczególniejsze... Pocztą pantoflową docierają do mnie wiadomości o kolejnych ofiarach. W kibelku, którego dokonałem inspekcji, fekalia na ścianach na wysokości 0.5m dają świadectwo potęgi mikroorganizmów.

Opuszczamy Meknes. Droga prowadzi początkowo przez bardziej urodzajne tereny, widać dużo wsi i miasteczek, wysuszone pola kukurydzy, gaje oliwne i plantacje dębu korkowego. Od czasu do czasu mijamy zmagazynowane pod gołym niebem sterty zdartego z drzew korka. Wkrótce docieramy na skraj Atlasu Średniego. Wjeżdżamy w bezwodny obszar płaskowyżu w okolicy Timahdit. Wokół nic tylko góry, góry, góry... Jednego drzewa, domostwa, zwierzęcia. Przełęcz Col du Zad 2178m - to najwyższy punkt na dzisiejszej trasie. Jest tu po prostu pięknie. Tak odmienne krajobrazy od tych, do których przyzwyczailiśmy się w Tatrach czy innych równie młodych górach... Atlas jest kolorowy: brak tu co prawda zieleni lasów i hal lecz ilość odcieni brązu, pomarańczu, czerwieni, różu, wrzosu, szarości, bieli, żółci i czerni wprost zachwyca. I do tego bogactwo form geologicznych widocznych jak na dłoni dzięki brakowi roślinności: tarasy osuwiskowe, liczne uskoki, kuesty z kolorowymi warstwowaniami czasem zabawnie pofałdowanymi i szczeliny z ciemniejszymi obszarami mineralizacji hydrotermalnej. A wszystko to w otoczeniu szerokich dolin rozciętymi uedami. Raj dla geologów.

Atlas ŚredniZa Midelt autobus zaczyna się wspinać na północno-zachodnie zbocza Atlasu Wysokiego. To przedsmak tego co zobaczymy za trzy dni. Wokół 2-3 tysięczniki. Tylko jak po nich chodzić w tym upale...? Przed nami fantastyczna dolina rzeki Ziz. W miarę jak zjeżdżamy z przełęczy Tiz-n-Talrhemt (1907m) pojawia się coraz więcej osad czasem w postaci glinianego miasteczka, czasem domów ukrytych między palmami. Ten ożywczy kontrast między zielenią a brązem skał jest balsamem na zmęczone oczy. Widać głównie palmy daktylowe ale przecież nie znam się na wszystkich gatunkach tu występujących drzew. Wszędzie widać walkę o wodę - gdy kończy się osada w dolinie, znika i woda w korycie rzeki czy strumyka, znika zieleń palm i najmniejsza trawka. Wygląda to tak, jakby ludzie do ostatniej kropli wysysali wodę z naturalnych źródeł. Poletka między palmami podzielone są niskimi groblami. To na wypadek opadów: "Mój deszcz należy mojego pola" ;-) Są godziny południowe i nigdzie nie widać żywej duszy.

Te piękne widoki pojawiające się raz z prawej raz z lewej strony autobusu wywołują zachwyty u żywszej i bardziej rozbudzonej estetycznie części trampingowców. Szczególnie aktywna jest Ewa, która jest gotowa każdemu wskoczyć na kolana by zająć dobrą pozycję do zrobienia zdjęć. Agnieszka pyta mnie, czy mam specjalny aparat do robienia zdjęć przez szybę. No jasne. A swoją drogą - z pożyczonym od żony kompaktem wypadam tu bardzo skromnie na tle pozostałych wyposażonych w długie rury obiektywów. Niejednokrotnie wysłuchuję fachowych uwag obu Adamów. Jest niemal pewne, że moje zdjęcia będą do niczego.

Atlas ŚredniAutobus dopiero teraz się rozpędza. Droga na wielu odcinkach ciągnie się aż po horyzont. Przypominają mi się filmowe krajobrazy z Gór Skalistych... Pamiętacie to: rozgrzane, drgające powietrze nad asfaltem, bezleśne, nagie i dzikie góry... Czasem wolałbym by kierowca zwolnił jednak na zakrętach. Ruchu samochodowego tu nie ma wcale, ale samotny lot w dół doliny bez zwiedzenia reszty Maroka byłby co najmniej nie na miejscu.

Pojawia się coś nowego: olbrzymi zbiornik wodny z niewidoczną na razie zaporą. Jego turkusowe wody są tak nierealne... Można się domyślać jak bardzo budowa zapory i elektrowni zmieniła życie mieszkańców tej strony Atlasu. W Er-Rachidia widać setki, tysiące nowych domów, budynków publicznych. Wszystko w różnych odcieniach ciepłego brązu i wrzosu. Detale architektoniczne murów, ścian itd. mimo współczesnego wykonania utrzymane są w tradycyjnym duchu arabskim czy muzułmańskim. A propos, przyszła mi teraz do głowy myśl, że zbyt często mylimy lub utożsamiamy islamizm z arabskością: "architektura muzułmańska", "architektura arabska", "zwyczaje arabskie" i "muzułmańskie". A przecież islam ma dużo większy zasięg niż pas lądów od Mauretanii do Iranu. Dominuje w Indonezji i okolicach, w Afryce Wschodniej itd... Czuję, że będę musiał po powrocie doczytać parę rzeczy.

Okolice Er-Rachidii Widzę sporo różnic miedzy miastami marokańskimi i syryjskimi. Przede wszystkim w Syrii, podobnie jak w Turcji zdecydowanie więcej jest niewykończonych domów. Tu wyjątkowo spotyka się budynki o żelbetowej, odpornej na wstrząsy sejsmiczne konstrukcji a już zupełnie nie obserwuje się sterczących w niebo prętów zbrojeniowych pozostawionych na znak nie zakończonej inwestycji ergo pozwalających uniknąć płacenia podatków od nieruchomości. Dalej: zupełnie nieznane są tu zbiorniki na wodę na dachach; na kempingach ciepła woda dostarczana jest z elektrycznych bojlerów. Dużo mniej na ulicach portretów przywódców (nawet w porównaniu z innym królestwem - Jordanią). Zdjęcia króla Hassana II i nowego - Mohammeda V są co najwyżej w lokalach (restauracja w Fezie) lub urzędach (bank w Azrou). Mniej oczywiście napisów angielskich - są za to francuskie; tablice rejestracyjne oraz ceny w sklepach i na wystawach są pisane "naszymi" arabskimi cyframi. To niestety odbiera nieco egzotyki Marokowi.

Dojeżdżamy do Erfoud. Nie wiadomo skąd pojawia się przewodnik pod postacią niebieskiego Tuarega na motocyklu i pilotuje nas aż do kempingu. Kolejny szok termiczny - ludzie padają z obolałymi minami trzymając się za brzuch lub uskarżając się na ból głowy. Okolice ErfoudPo szybkiej herbatce próbuję namówić kogoś na spacer po mieście - ale ostatecznie idę sam. Na początek obowiązkowy internet (10 DH/0.5h). Zwiedzam potem lokalny bazar - nic nadzwyczajnego, w sklepiku z miejscowymi wyrobami spędzam dostatecznie dużo czasu by dostać herbatkę i dywanik ułatwiający na siedząco negocjacje cenowe. Kupuję ozdobne metalowe pudełeczko z emaliowanymi ornamentami oraz równie ładny mini-czajniczek (razem 50 DH). Dostaję gratisowego żółwia z agatu ("welcome my friend, take your wife and mother to my house (and shop)" ). Wieczorem kemping przypomina szpital polowy. Ciągle ktoś kaszle, kicha, lata do kibelka... Mimo to wyciągam Adama, Ewę i Agnieszkę na krótki nocny spacer. Rozmawiamy trochę z Marokańczykami i obserwujemy przechadzki karaluchów po rynku. "E to jeszcze nic, jak płynąłem z Kuby na Jamajkę to dopiero były duże bydlaki" stwierdza tonem wilka morskiego Adam. Być może. Ale te i tak są duże...
Jutro Sahara.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej