Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Kazbegi-(Tbilisi)-Achalciche

niedziela, 10 IV 2011


Mgła nad górami | Bieda, aż serce ściska... | Cminda Sameba - jak tu cudnie! | Próbujemy czurczciele | Jak jest dżem po rosyjsku!? | W drodze do Achalciche | Czy tu wytrzymamy?


Budzimy się około 7:00. Pakujemy się i cichutko, żeby nie zbudzić zmęczonej nocnymi zmaganiami pary francusko-holenderskiej, przemykamy się do kuchni. Zjadamy śniadanie (ja dodatkowo wzmacniam się rosołem Knorra).
Za oknem mgła i kapie deszcz. Cmida Sameba ledwo ledwo jest widoczna w chmurach.
- Pogoda nie choroszaja - mówi gospodyni.
- Tuman opadnie? - pytam, licząc na słowa pocieszenia.
Może tak, może nie. Gruzinka mówi, że w marcu była ładna pogoda. No, fajnie! W każdym razie, z naszym "atakiem szczytowym" musimy się powstrzymać. Na razie idziemy do Kazbegów, na drugą stronę rzeki. Spacer po miejscowości zaczynamy od muzeum A. Kazbegiego. Przed budynkiem obelisk z tablicą pamiątkową, obok kościółek. Gdzieś pod płotem leży sam pisarz. W muzeum typowe zbiory etnograficzne i pamiątki po sławnym pisarzu. To jedno z niewielu muzeów zwizytowanych przeze mnie z zewnątrz. Przez okna! W kościółku - cieplutko. Przy rozgrzanym do czerwoności piecyku grzeje się młody zakonnik, drugi stoi przed pulpitem i głośno się modli. Sam kościółek, jak można się było spodziewać, jest skromny, z nagimi ścianami.

Idąc uliczkami wciąż w górę fotografuję puszczone samopas świnie. Mijamy zaniedbane bloki, zniszczone budynki jakiegoś urzędu. Obok - średniowieczna wieża obronna. Ma ze dwa piętra wysokości, zbudowana na planie kwadratu z poczerniałych kamieni. Takich przydomowych wież sporo jest w Swanetii i Tuszetii. Jadąc na tak krótko do Gruzji wiedzieliśmy, że nie wszędzie dotrzemy. Zwłaszcza o tej porze roku, kiedy Tuszetia w ogóle jest niedostępna. Tak więc, każdą z tych "prywatnych" wież widzianych po drodze staraliśmy się obfotografować. Przystajemy na moment. Naprzeciw nas, na wzgórzu wznosi się Cminda Sameba. Wydaje się, że jest w zasięgu ręki, leży na wysokości ledwie 2170 m n.p.m. Wokół prawdziwe kaukaskie szczyty. Na lewo, bardziej na południe przyprószony śniegiem Karszisz (3431 m n.p.m.). Na jego zboczach mieszkańcy ułożyli z kamieni olbrzymi napis witający gości. Za kościołem św. Trójcy, bardziej na północ, rozciąga się mur granicznych szczytów. Wśród nich wyróżnia się Kazbek (5034 m n.p.m.). Co chwilę wyłania się spośród chmur, by za moment skryć się w szarych kłębach. Patrząc na te niebosiężne góry zastanawiamy się, czy pogoda się poprawi. Wzrok kierujemy teraz w prawo, wprost na północ. Mgła zalega dolinę układając się w malownicze pasemka. Tam już ostatni odcinek gruzińskiej Drogi Wojennej. Dalej już Rosja i Władykawkaz. Drogą z rzadka jadą tiry, po wojnie z 2007 roku kontakty handlowe zostały pewnie ograniczone.

Dróżką prowadzącą do wsi idzie dwójka chłopaków, rozmawiają o czymś z zapałem. Jeden z nich prowadzi na długiej smyczy psa pasterskiego. Niby zwykły obrazek, ale jakże uroczy. A ponad nami piętrzą się kaukaskie granie. Pokryte śniegiem skaliste zbocza zachwycają swym ogromem. U podnóża przycupnęła mała kapliczka. Przed nią - pola pogrodzone kamiennymi murkami. Dawno tu nic nie uprawiano, ani śladu pługa. Trawsko zarosło kamienistą glebę. Starsza Gruzinka goni właśnie dwie chude krowy na pastwisko. Z pewnością ciężko żyło się tu ludziom przez wieki. I nie lepiej jest dzisiaj. Połowa domów w tej części Kazbegów to ruiny lub zdewastowane gospodarstwa. W kamiennej oborze trzymają świniaki, uczą ich samodzielnego życia wypędzając na ulicę, by same znalazły sobie coś do żarcia. Wałęsają się więc tak po wsi niczym krowy-czyścicielki w indyjskich miastach. Podwórka niemiłosiernie zawalone złomem i śmieciami. O lepszych czasach przypominają ozdobne rzygacze i zakończenia rynien. To nic, że często zardzewiałe, pokazują kunszt niegdysiejszego rzemiosła kowalskiego. Schodzimy do centrum i robimy zakupy śniadaniowe: masło, chleb, szynka. Wystarczy. W drodze do naszej "turbazy" doganiamy dwie nastolatki. Idą i śpiewają po gruzińsku. Zerkają na nas, śmieją się i śpiewają dalej. Miło się ich słucha. Teraz szybkie śniadanie i w góry!

Pogoda się poprawiła, mżawka dawno ustała. Nad górami szybko płyną białe obłoki. Droga do monastyru prowadzi znów przez wieś. I znów zabiedzone gospodarstwa, rozlatujące się chałupy. Po prostu ruiny. Nie wiem, czy wszystkie zamieszkałe, ale często widzę w obejściu jakiegoś zwierzaka lub schnące na sznurku pranie. W górze, w bocznej dolinie, ukazuje się na moment kolejna samotna kamienna wieża. Na ścieżce przed nami znów widzimy śpiewające dziewuszki. Pewnie i one wybrały się do Cmindy Sameby. Mijamy cmentarzyk z "kojcami" i skręcamy w lewo ostro pod górę. Dalej zakosami po wygodnej drodze. Doganiamy dziewczyny, one wybierają stromą ścieżką pokrytą śniegiem, my trawersujemy zbocze. Wkrótce zaczyna się i na naszej drodze śnieg, skręcamy w lewo i mozolnie wspinamy się ku klasztorowi. Po 15 minutach wychodzimy z chłodnego lasu na łąki skąpane w słońcu. Widoki są oszałamiające. Na prawo potężny Kazbek w otoczeniu majestatycznych gór. Wiatr zwiewa z jego zboczy śnieg tworząc biały welon. Po lewej również ośnieżone szczyty a na wprost nas, może kilkaset metrów dalej - monastyr. Gdzie niegdzie na łąkach płaty śniegu a całości dopełnia błękitne niebo z szybko płynącymi obłokami. O, jakże się cieszę, że tu dotarłem! Jeszcze kilka zasp przy podejściu i jesteśmy na dużym tarasie widokowym przed wieżą bramną w murach otaczających kościół.
- Gdie twoja jubka? - pytam Agę widząc napisy nakazujące wchodzącym do środka nosić odpowiedni ubiór.
No, tak. Specjalnie zabrana długa spódnica została w plecaku. Ale mój polar bez trudu ją zastąpi ;-) Wewnątrz mrok, tylko słońce wpadające przez wąskie okna oświetla malowane postacie na ścianach. Zapalone nieliczne świece chyboczą się w podmuchach powietrza. Aga jest po raz pierwszy w cerki, rozgląda się z zainteresowaniem. Jednorzędowy ikonostas jest skromny, ledwie po 2-3 obrazy świętych o obu stronach carskich wrot.

Obchodzimy jeszcze kościół wokół fotografując kamienne reliefy i zdobione okna. Tyle zwiedzania.

Marszrutkę do Tbilisi mamy o 14 a dochodzi 13:00. Zbiegamy do wsi, jeszcze szybka kawa, zmiana obuwia i jesteśmy gotowi. Uprzejmy kierowca podjeżdża pod nasz "hotel", pojedziemy razem z parą mieszaną. W drodze na Przełęcz Krzyżową znów zachwycamy się zimową scenerią. Przed Gudauri chwila postoju, kupuję czurczciele - gruziński przysmak rodem z Kachetii. Wyrabia się je z orzechów włoskich zwanych tu greckimi lub z winogron nanizując je na grubą nić i pokrywając je przez wielokrotne zanurzenie warstwą soku winogronowego zmieszanego z mąką. Straganiarki zachęcają mnie do skosztowania cieniutkich plasterków wysuszonego musu owocowego: jabłkowego, winogronowego lub brzoskwiniowego - najbardziej smakuje mi ten z jabłek. Przysmak można żuć oddzierając z arkusza kwaskowate kawałki. Na południowych stokach śniegu coraz mniej, wkrótce zjeżdżamy do doliny Aragwi. Co kilka kilometrów miejscowi postawili stragany ze swoimi wyrobami rzemieślniczymi. Najbardziej zwracają uwagę białe czapy nadziane na żerdzie. Muszę przyznać, że ten krótki wypad do Kazbegów i wycieczką do Cmindy Sameby były bardzo udane i dały przedsmak tego, czym jest Kaukaz. I tak jak wiem, że już nigdy nie wejdę na Demawend (chociaż byłem tak blisko niego), tak nie powtórzy się już okazja zdobywania Kazbeka. Po prostu - pcha mnie wciąż w nowe miejsca, nie wracam w regiony, w których już byłem. Owszem, mam ochotę i ambicję zdobyć jakiś 5-tysięcznik. Ale może nadarzy się kiedyś okazja w Andach?

Zajeżdżamy do stolicy. Na Didube odszukuję marszrutkę do Achałciche. Odjeżdża za 10 minut. Aga zajmuje miejsca, ja biegnę do sklepu. Biorę chleb, serki topione (Hochland, droższe niż w Polsce). Psiakrew, jak jest dżem po rosyjsku?
- Ja choczu jeszczo takoje c fruktow... - usiłuję wytłumaczyć.
- Wino?
- Niet, niet! Takoje do kuszania, z chlebom...
- A! Wy choczete dżem?
Aaaaaa! :))
Kobieta pyta mnie, skąd jestem, jak mam na imię. Tym razem nie mam czasu na pogawędki, pędem wracam do busa.
- A wodę kupiłeś? - Aga spogląda na mnie z wyrzutem.
No, tak. Sporo drogi przed nami, znów sprint do sklepu.
- Jeszczo mineralnuju wodu. Gazirowanoj.
- A skol'ko tiebe liet?
- dopytuje sprzedawczyni.
Chyba jej wpadłem w oko ;-)
- Nie tiepier, nie tiepier! - łapię butelkę i lecę. Uff! Zdążyłem.
Uśmiecham się do Agi. Tak to jest na trampingu - ciągle w drodze, ciągle w pośpiechu. Jeśli chce się coś zobaczyć a urlop krótki, to nie ma chwili do stracenia...

Jedziemy główną drogą M1 na zachód. Za miastem mijamy nowe osiedle domków jednorodzinnych. Tysiące jednakowych prostych domów z płaskimi dachami.
-To przesiedleńcy z Cchinwali - mówi Gruzinka - drugie takie miejsce jest przed Gori.
To pierwsze i jak na razie jedyny konkretny ślad wojny z 2007 roku. Gruzini, z którymi rozmawiałem nigdy nie używali określenia Osetia Południowa. Przypadek? Czy słowo-tabu?

Mijamy Gori z boku. Miasto Stalina odwiedzimy w drodze powrotnej znad Morza Czarnego. Daleko na południu widać pokryte śniegiem szczuty Małego Kaukazu. Tam właśnie zmierzamy. Właściwy Kaukaz też jest widoczny, a jakże! Zabawne to uczucie, że z jednego miejsca widać dwa krańce państwa ;-) Krótki postój, kierowca coś przekąsza i jedziemy dalej skręcając na Achalciche. Marszrutka jest napakowana, ciągle ktoś wsiada i wysiada. A to ciężarna kobieta, a to podpity mężczyzna. Gruzinka siedząca za nami założyła sobie maseczkę na twarz. Zapewne względy bezpieczeństwa ;-) O, coś się dzieje! Kierowca rozmawia przez komórkę podniesionym głoem, później zaczyna wrzeszczeć i wyklinać na rozmówcę. Nie wiem, o co chodzi, ale awantura, którą komuś sprawił przypomina, że Gruzini mają gwałtowną naturę. To, z pewnością był potomek dżygita.

Jedziemy cały czas wzdłuż rzeki Mkwari, czyli po prostu Kury. Tak, tej samej Kury, która przepływa przez stolicę Gruzji. Swoją drogą... bardzo międzynarodowa rzeka: Ma źródła w Turcji a ujście w Morzu Kaspijskim, w Azerbejdżanie. W mijanych wioskach płoty pomalowane są na jednakowo, co sprawia miłe wrażenie. Przejeżdżamy przez Bordżomi - jeden z ulubionych kurortów w Rosji carskiej i w ZSRR. Podpytuję sąsiada o nocleg w Achałciche. Dziadek poleca jakiś hotel, ale przyznaje, że choć tam się urodził, to od kilkudziesięciu lat mieszka gdzie indziej. W porządku, poradzimy sobie.

Do celu dojeżdżamy około 19:00. Taksówkarze na dworcu pokazują tani hotelik mieszczący się w skrajnej kamienicy 20 metrów dalej.. Obskurna klatka schodowa, przedpokój z blaszanym piecem na węgiel. Nieszczególne miejsce, ale napis "Hotel" nad drzwiami upewnił mnie, że dobrze trafiłem. Hotelarka pokazuje mi pokój ze zdewastowaną łazienką,
- 20 lari za komnatu. możet byt'?
O’kay, biorę - nie będziemy już szukać niczego innego. Aga jest chyba załamana tym widokiem, ale nie daje nic po sobie poznać. Z uśmiechem przyjmuje, że pokój jest nieogrzewany, że nie ma ciepłej wody. Zimnej zresztą też. To znaczy jest - w beczce wstawionej do łazienki. Na szczęście dostajemy wrzątek i wiadro z gorącą wodą. Starając się zbyt nie wybrudzić jemy kolację i wskakujemy do śpiworów. Mój termometr wskaże nad ranem 13oC

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej