Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Agra - (Jhansi) - Khajuraho

sobota, 10 III 2007


Ruszamy do Taj Mahal! |Podziwiamy sławne pietra dura |W niezwykłym mauzoleum |Roślinki, ptaszki iinne zwierzątka... |Użerania się nigdy za mało :-( |Hanka chce czystej pościeli


Agra: Taj Mahal

Wyobrażałem sobie, że zobaczę Taj Mahal o wschodzie słońca, cały spowity mgłą. Mało tego: uznałem, że ten widok będzie dla mnie tak zachwycający, że nic później nie będzie się z nim równać. Dlatego, między innymi, rozpoczęliśmy tramping od wschodniego Radżastanu, by móc później w pełni docenić uroki mauzoleum w Agrze.

Wstajemy o 5.30, mimo że jest jeszcze noc. Na ulicy panuje ożywienie, a stoiska i garkuchnie z ciepłymi ciasteczkami pracują pełną parą. W kasie Taj Mahal płacimy po 5 USD i 500 INR, będzie to nasz najdroższy wstęp w Indiach (w sumie po 720 INR). Zwiedzających o szóstej rano jest już sporo, prawdziwe tłumy zjawią się później. Przystajemy przed znaną nam wszystkim długą sadzawką. Mauzoleum rysuje się w oddali w szaro-białych kolorach. Dopiero słońce, które wyłoni się zza chmur o 8.00 pokaże całe jego piękno. Tymczasem wolnym krokiem zbliżamy się do budynku. Agra: Taj Mahal

To, na co zwykle zwraca się uwagę to idealna symetria mauzoleum umieszczonego między parą bliźniaczych czerwonych budowli: meczetu po lewej stronie i fałszywego meczetu - po prawej. Jeśli jednak zastanowić się głębiej, to nie ma w tej symetrii niczego nadzwyczajnego: przecież w architekturze jest ona wszechobecna, znana od starożytności (vide: Akropol). Zatem to nie kompozycja obiektu musi stanowić o urodzie tego miejsca! Dla mnie na pierwszym miejscu pozostaje śnieżna biel mauzoleum podkreślona przez kolory otoczenia: czerwony piaskowiec, zieleń parku i błękit nieba. Oczywiście, podobają mi się te wszystkie białe 40-metrowe minarety, i wieżyczki, i schody prowadzące na platformę, i wsparta na bębnie kopuła zakończona brązowym czubkiem łączącym muzułmańskie i hinduskie symbole. Ale także spokój i dostojność tego miejsca. Przynajmniej o tej porze!
W długiej sadzawce rozdzielającej zielony trawnik odbija się sylwetka Taj, lekki wiaterek delikatnie marszczy powierzchnię wody, odbicie lekko się zniekształca. Rychło zdajemy sobie sprawę, że te wszystkie zdjęcia trzeba będzie powtórzyć przy lepszym oświetleniu. Wchodząc po marmurowych schodkach zdejmujemy buty i podchodzimy do głównej bramy. Dopiero teraz widać, że mauzoleum nie jest jednobarwne! Wokół budynku biegnie pas paneli (dado) z motywami roślinnymi wykonanymi techniką pietra dura. Kwiaty są zestawione z półszlachetnych kamieni - tybetańskich turkusów, chińskich jadeitów i kryształów górskich, cejlońskich szafirów, afgańskiego lazurytu, pendżabskiego jaspisu i saudyjskiego karneolu - zostały osadzone w radżastańskim marmurze przetransportowanym tu na grzbietach tysiąca słoni. Szczególnie ładne są okolice bram (spandrele) i przedsionki. Później odkryjemy, że wzory te są najbardziej popularnym indyjskim motywem obecnym i w innych zabytkach oraz - nader często - w pamiątkach dla turystów. Ale to nie koniec zewnętrznych ozdób. Wokół budynku biegnie fryz z wyrzeźbionymi kwiatami i winoroślą. Próbuję rozpoznać gatunek tych sześciopłatkowych kwiatów - nie umiem. Ponad fryzem, co kilka metrów umieszczono kwiatowy medalion wykuty w marmurze.
Agra: pietra dura

Wchodzimy do mauzoleum. Wewnątrz, od 360 lat spoczywa Arjumand Banu Begum znana bardziej pod imieniem Mumtaz Mahal - ukochana małżonka szacha Jahana. To dla niej i przez nią to wszystko! Wystarczyło ledwie 16 lat, by zbudować ten wspaniały kompleks. No cóż - trzeba mieć sporo kasy i dużo miłości w sercu, by zaangażować się w budowę takiego mauzoleum. Trudno oczywiście powiedzieć, czy Arjumand była równie piękna, jak Taj Mahal, i w jakiej była formie po urodzeniu trzynastego dziecka. W każdym razie przy czternastym porodzie miała dość i przeniosła się na łono Abrahama. Zestresowany szach osiwiał ponoć w ciągu tamtej bezsennej nocy, ale przynajmniej postanowił uczcić pamięć matki swych dzieci. Cenotaf jej poświęcony umieszczony jest w centralnej części pomieszczenia, i otoczony jest przez jali - ażurowe przepierzenie, również wykonane techniką pietra dura, lecz ze znacznie większą starannością i drobiazgowością niż panele na zewnątrz. Sam grób znajduje się parę metrów niżej pod posadzką. W mauzoleum złożono również doczesne szczątki szacha, rzecz jasna dwie z dziewięciu innych żon, które przeżyły Jahana nie były zainteresowane budową osobnego mauzoleum ;-p. Dziś cenotaf szacha jest jedynym elementem psującym symetrię tego szczególnego miejsca - uważanego niekiedy za siódmy cud świata. Niestety, wnętrze mauzoleum jest ciemne, ledwie trochę światła wpada przez otwory umieszczone pod 35-metrową kopułą. Obchodzimy wnętrze wokół, rzucamy jeszcze raz okiem na urzekające swym pięknem dekoracje w przedsionku i idziemy oglądać pozostałe budynki. Agra: Taj Mahal

Do sąsiadującego z mauzoleum meczetu wchodzić nie-muzułmanom nie wolno - nie to nie! Oglądamy kopię mauzoleum po przeciwnej stronie. Jak wspomniałem, oba budynki wykonane są z czerwonego piaskowca. Są skromniej dekorowane, a reliefy powtarzają podobne motywy roślinne. Odpoczywamy chwilę w parku, Hanka karmi pręgowce hasające między ławkami, ja czytam sobie tabliczki na drzewach - park jest właściwie ogrodem botanicznym! Trzeba dodać, że w tutejszych ogrodach sporo jest również ptaszków: poczynając od majn, których jest najwięcej, przez biało-czarne ptaki z czerwonymi dziobami, a kończąc na myszołowach. Wracamy teraz pod bramę wejściową i ostatni raz spoglądamy na "Koronę Wśród Pałaców". Robi się późno, niewiele czasu zostało do odjazdu pociągu. Szybkim krokiem wracamy do hotelu, błyskawiczna pijemy kawę i herbatę, bierzemy rikszę i pędzimy na dworzec. Agra: Taj Mahal

W pociągu dość dużo miejsca, wyciągamy się na kuszetkach. Obsługa pociągu roznosi ciepłe posiłki w styropianowych pojemnikach, przypominają mi się chińskie wojaże. Hanka bierze ryż z warzywami, mi wystarczą poranne herbatniki. Zastanawiamy się, jak to będzie z przesiadką do Khajuraho, podobno po 13.00 nie ma już połączenia. Mamy oczywiście plan B - wyjazd do tajemniczej Orći, pełnej uroku miejscowości leżącej w odległości kilkunastu kilometrów od Jhansi. W dwie godziny później jesteśmy w Jhansi. Jak zazwyczaj to bywa, mamy trochę stresów spowodowanych kolejnym spóźnieniem "ekspresu", na miejscu zostajemy przejęci przez mafię taksówkową (pre-paid, 40 INR) i w szaleńczym tempie zasuwamy na dworzec autobusowy. Podobno za dziesięć minut odjeżdża ostatni autobus do Khajuraho. Jakiś miejscowy taksówkarz, który wcisnął się z nami do rikszy próbuje nas zachęcić do skorzystania z jego taryfy. Coś tam plecie o stu dolarach, pokazuje jakąś zafoliowaną licencję. Dziesięć razy mu powtarzam, że nie chcemy z nim jechać. Nie mam już sił mówić, boli mnie przeziębione gardło, namolny facet nie ustępuje. Agra: Taj Mahal Chwytam więc jego licencję i próbuję podrzeć na kawałki. Dopiero to go uspokaja: "Okay, okay, sir!". Na dworcu ciąg dalszy stresów, taksówkarze utrzymują, że "no bus today", ciągną mnie za rękaw do siebie, muszę zdrowo przyłożyć jednemu i drugiemu. Mówię przecież, że boli mnie gardło! Jestem tak poirytowany, że odpycham nawet bogu ducha winnego Indusa, który chce nas zaprowadzić do gotowego do odjazdu autobusu. Ach te Indie, miłości moja!

W naszym autobusie jedzie ze sto osób, to lokalny autobus z Jhansi do Khajuraho. Na dworcu dałem jakiemuś Indusowi 300 rupii za dwa bilety, nigdy nie zobaczyłem na oczy. Teraz zastanawiam się, czy był to jakiś przypadkowy gość, czy facet, który rzeczywiście sprzedaje bilety. W autobusie podróżują dwie Francuzki, mówią po angielsku równie dobrze, jak ja w hindi... Podobno mamy być na miejscu dopiero o ósmej wieczorem. W każdym razie nie jest źle. Jedziemy w autobusie dla krajowców, co prawda ściśnięci jak sardynki w puszce, jednak wszystko wskazuje na to, że jeszcze dziś będziemy w Khajuraho. I to całkiem tanio (267 +300 INR)! Agra: Taj Mahal

Niepostrzeżenie przekroczyliśmy granicę Radżastanu, teraz jesteśmy w stanie Madhja Pradesh. Krajobrazy, hm... takie zwyczajne: pola, lasy, wioski... Mój boże, przecież trudno spodziewać się czegoś nadzwyczajnego. Droga dłuży się, przystajemy w miasteczkach, by zabrać kolejnych pasażerów i szybko dokupić owoce lub somosy. W końcu jesteśmy na miejscu. Jak zwykle na dworcu tłum naganiaczy z nazwami hoteli, kilkanaście dżipów stoi na parkingu. Nas dopadli jeszcze w autobusie, skusiliśmy się hotel "Green House". Dowóz dżipem jest gratisowy, co oczywiście ma umiarkowane znaczenie, zważywszy, że do przejechania mamy 150 metrów. Pokoik jest na parterze, łazienka - olbrzymia, spokojnie zmieściłyby się tam dwa łóżka. Tylko ta pościel! Hanka z niesmakiem odwraca poduszkę na drugą stronę, lecz tamta po prostu lepi się od brudu. Hm, ja swojej nie będę sprawdzać, bo i po co? I tak śpię w swoim pościelowym śpiworze. Hanka nie daje jednak za wygraną: "Jak oni nas tu traktują!? Czy my nie mamy prawa mieć czystej pościeli?". No niby tak. Interweniuję u hotelarza i po chwili chłopak przynosi nam czystą wykrochmaloną pościel. OK.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej