Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16-17]


Przysłowie rosyjskie

Petersburg

piątek, 25 VII 2003


Nasz hotel |Idę zwiedzać Ermitaż |Impresjoniści |Zachwytów ciąg dalszy |Królewskie apartamenty |Obrazy, obrazy | Oh Rembrandt! See Rembrandt! | Spas na Krowi |


Ermitaż

O godzinie 8.00 rano na dworcu Moskiewskim kończymy naszą przygodę z Karelią. Teraz czas na Sankt Petersburg zwany pieszczotliwie Piterem. Zaopatrujemy się w karnety na 10 przejazdów i podjeżdżamy metrem na stację Czernyszewską. Tu czekamy na rosyjskiego łącznika, który ma nas zaprowadzić do naszego hotelu. To tylko kilka kroków stąd ale musi być ktoś, kto nas przekona, że miejsce do którego idziemy jest tym właściwym. A wierzcie, że wchodząc przez zapuszczone podwórko do tego budynku nikt by nie przypuścił, że to hotel. A nawet po kilku dniach można by mieć wątpliwości, gdzie się było: odrapana, zasprejowana klatka schodowa, szereg stalowych drzwi mających utrudnić dostęp z zewnątrz, tynk odpadający ze ścian i sufitów, jakieś rury i przewody wystające ze ścian. Hm... nie tego się nie da opisać, to trzeba było przeżyć. Później Przemek, w tak zwanej umywalni z ledwie kapiącą zimną wodą, pyta mnie o wrażenia. "Spałem w gorszych miejscach" - pocieszam go. Takie niewinne kłamstwo... Ermitaż: sla Leonarda da Vinci

Trafiam do pokoju z Agnieszką, Maćkiem, Kasią i Agatą. Krótki odpoczynek i alternatywa: iść od razu z grupą warszawską do Ermitażu, czy zdecydować się na spacer po mieście z resztą grupy, a potem dwugodzinne zwiedzanie Ermitażu? Nie mam wątpliwości, że tylko pierwszy wariant jest sensowny - na muzeum potrzeba co najmniej 5 godzin a przychodzenie drugi raz na "ciąg dalszy" w poniedziałek - odpada: nie mam legitymacji studenckiej uprawniającej do bezpłatnego wstępu.
Bierzemy ze sobą Justynę i Przemka i idziemy. Pierwsze zetknięcie z miastem - budynek FSB, Newa i mosty... Ładnie... W Ermitażu ustawiamy się karnie w 500-osobowej kolejce. W godzinę później zaciskając zęby wyjmuję 320 rubli i idę zwiedzać. Ermitaż: schody Jordana

Zaczynam od III etaża czyli malarstwa zachodnioeuropejskiego i od razu trafiam na Paula Cezanne'a (Sala 318): Pine near Aix i Autoportret w kaszkiecie. Most St. Victoire wydaje mi się jakby niedokończony, na płótnie w wielu miejscach białe plamy, czyżby artyście się tak spieszyło? Obok dorożki Pizzarra na Bulwarze Montmartre w Paryżu. W następnej sali (S 319) Claude Monet - prawie pusta, błękitnie cętkowana płaszczyzna Waterloo Bridge; dopiero z innej perspektywy dostrzega się zamglone kształty mostu i odległego miasta. Jest i Pole makowe - bezkształtna masa falujących kwiatów z pogiętymi cyprysami w tle. Na kolejnych obrazach urocze ogrody i parki ze stawami. Jakże przyjemnie jest na to wszystko spoglądać, jakże cieszę się, że tu jestem! Przecież tyle razy widziałem te maki i nenufary w albumach i telewizji! Ale widzieć TAM i stać TUTAJ, obok nich - to jest różnica!
O! kolejny znany obraz, tym razem Dama w sadzie Saint Adresse z głębokimi cieniami popołudnia.
Renoir (S320) obecny jest w muzeum pod postacią Portretu aktorki Jeanne Samary ale dla mnie bez porównania ciekawsza jest pastelowa Dziewczynka z wachlarzem. Kolejne obrazy to pejzaże Carola Doubigny i Dupre - są zbyt ciemne, by przyciągnęły moją uwagę. Ermitaż: Sala Malachitowa Horace Vernet (S323) - o, tego gościa nie znam: trochę takich sobie portretów. Ale już wiszący obok obraz Eugene Delacroix Polowanie na lwy w Maroku jest mi dobrze znany - to miłe. Dalej Marokańczyk siodłający konia. Sala 331 - duże płótna: Morfeusz i Iris Pierre'a Guerina. Czy ja wiem, czy ona mi się podoba? Taka jakaś lalkowata....:-/ Obok w podobnym stylu Safona i Phaon J. L. Davida. Na obu obrazach obecność tłustych aniołków mi przeszkadza...

Teraz czas na Gauguina (S316) - dziewięć kolorowych obrazów w słonecznej sali - rewelacja! Rave te hiti aamu (Idol) i lekko zdeformowane postacie Tahitańczyków na Vea. Sceny odpoczywających kobiet, Rozmowa i Kobieta z owocami oraz Cudowna wiosna. Ech, on to miał życie!

Dwa kroki dalej (S317) spotkanie z Henri Rousseau. Tropikalny las. Walka lwa z dzikiem... Hm, czy aby ten obraz nie zostałe namalowany przez licealistę? Ja też bym tak potrafił! I tak malowałem... Że też nikt się na mnie nie poznał....

Van Gogh - grubymi liniami zaznaczone ludzkie kontury (Arena w Arles i Wspomnienie o ogrodzie w Eften ). Po drugiej stronie korytarza ciąg dalszy jego obrazów - wszędzie brązy, żółcie i czerwienie - gorąco tu (tam...).

Henri Matisse! Coraz lepiej... Na początku mniej znane kawałki łącznie z "przedszkolnym" Widokiem na Coillieure. Czuję, że za chwilę zobaczę Czerwonych Tancerzy... Oto i jest Taniec, tak jak trzeba wyeksponowany w dużej sali. I tu czeka mnie niespodzianka: vis-a-vis sławnego obrazu ta sama piątka czerwonych mężczyzn - ale grających i śpiewających (Muzyka). Na deser Hiszpańska martwa natura i Czerwony pokój.
Nasyciłem się Matissem i jego wcześniejsze prace w kolejnej sali - po prostu olałem. Zwłaszcza, że sprawiały wrażenie etiud, wprawek, a nie dojrzałych dzieł!

W kolejnych salach mniej znani malarze: Puy, Derain, Manguin i inni. Sala 337 z obrazami Deraina i Vlamica z niby kubistycznymi pejzażami. Czyżbym się zbliżał do Picassa? A oto i on - kilkanaście płócien z porąbanymi kobietami - to mi się zawsze podobało (a w chwili przepisywania dziennika po podróży do Rumunii nie mogłem się nie uśmiechnąć do owego sformułowania ;-)

...O! widzę, że można zwiedzić Ermitaż w 1 godzinę..... Hiszpański pilot wraz z grupą przelatuje przez sale rzucając w przestrzeń: "Tu Picasso, tu Matisse".....

Nieoczekiwanie na korytarzu trafiam na rzeźby Bourdella. Zastanawiam się, czy nie ma gdzieś tu mojego ukochanego marmurowego chłopczyka (Amor proszący o datek Prospera d'Epinay). A dalej znów to co uwielbiam - Kandinsky, Kompozycje V, VI .Sobór Spas na krowi

Wtoroj etaż, czyli powrót do przeszłości. Zwiedzam pięknie ozdobione wnętrza Ermitażu. Najpierw Hubert Pudant w Biełym Zale- takie sobie pejzaże: musiały tu trafić ze względu na swój format w myśl zasady "duże przyciąga duże" - wszak sala jest olbrzymia. Później złoty Pokój Gościnny Aleksandra Briulowa ozdobiony monogramami Marii Aleksandrowny. Dalej Malinowy Gabinet przeznaczony na pokój do muzykowania. W witrynach mnóstwo porcelany - lecz jej piękno nie dociera do mnie - czuję narastające zmęczenie i tylko rejestruję zmieniające się kolory tych olśniewających sal.
"Mały" czerwony przedpokój, dużo krzeseł i kanap.... czyżby poczekalnia przed audiencją? Kolejna sala (307) - skromniejsza, ale jakie eksponaty! Srebrne patery, kielichy, dzbany z pięknymi reliefami - Te srebra mogą śmiało konkurować z królewskimi skarbami w Madrycie. W kolejnej sali dostrzegam znane mi pastelowe Pastorałki Francoisa Bouchera - ot, nastolatki próbują zakazanego owocu - ale jakie sympatyczne...
Teraz Aleksandrowski Zał - piękny ale zapaskudzony współczesnym malarstwem Nikoły De Stala - czyżby jakiemuś krewnemu kacyka udało się wprowadzić swe obrazy w tak wysokie progi?

Cofamy się w czasie - malarstwo holenderskie XVI wieku. Wiem, że będzie ciemno, ponuro i dostojnie. A jeśli nawet frywolnie - to tłusto ;-) Na razie portret Jakobsza, "kochaniutki" Peter Brueghel (Młodszy) z Jarmarkiem a dalej Uzdrowienie ślepca z Jerycha - tryptyk L. v Leydena.

A teraz, proszę państwa, coś specjalnego: Zegar Pawlin Jamesa Coxa z XVIII wieku w kształcie olbrzymiego i ruchomego, jak się można domyślić, pawia. To prawdziwy majstersztyk zegarmistrzowskiej i jubilerskiej zarazem roboty: eksponat lśni złotem i kamieniami szlachetnymi. Zegar ten to chyba punkt kontaktowy dla wszystkich wycieczek - przewodniczki przekrzykują się wzajemnie, ludzie gniotą się i przepychają. Staję nieco z boku i rozglądam się. Pawlinnyj Zał jest wyjątkowo ładnie zaprojektowany: z dwupiętrowymi arkadami idącymi w poprzek sali i będącymi jednocześnie przełączką dla tych, którzy chcą z góry spojrzeć na mozaikę ze scenami morskimi.

...No! takiego kawałka malachitu to ja jeszcze w życiu nie widziałem! Dwumetrowa waza z 1842 roku... Jaką władzę mieli ci carowie, jakim bogactwem dysponowali, że na ich skinienie powstawały takie cuda....!

Kraty Petersburga Długi ciąg małych sal tworzących interesującą perspektywę ozdobnych portali..... A w salach włoskie malarstwo renesansowe - obrazy nie wzbudzają mojego zachwytu - wszak i w zeszłym roku nie zdecydowałem się na Akademię ale - oglądam. Sebastian i św. Hieronim Botticellego.

Heh! Dobrze, że usunąłem się z drogi... Przez galerię przeleciały ekspresowe grupy lecące za parasolkami i chorągiewkami przewodniczek... Gdzie oni tak pędzą? Aaa... tu są! Cisną się teraz przed dwoma miniaturami Leonarda da Vinci ( Madonna Benois i Madonna Litta ). Ciekawe, gdyby były niepodpisane.... też by tak się wpatrywali?

P. Veronese - czy my się nie znamy z Prado, proszę Pana? A oto św. Sebastaian - jedna z najbardziej obok Jezusa męczonych postaci przez malarzy - tym razem przez Tycjana ;-) No proszę, proszę... jest i Danae - tłusta sztuka.

Judyta Giorgone. O ty niedobra! I jeszcze się uśmiechasz?!...

Rembrandt - Ofiarowanie Abrahama i ostatni obraz na wpółślepego malarza Powrót syna marnotrawnego. Co za wstrętni Amerykanie, tak się pchać i przepychać! "Oh, Rebrandt!", "See, Rembrandt!" - mam przynajmniej satysfakcję, że tak niewielu malarzy wyprodukowali.
Ciąg dalszy Rembrandta ale bez tłumów: Stary Żyd i Stara kobieta. O, nie! tu więcej portretów niderlandzkiego mistrza. Swoją drogą dużo tych dzieł Rosjanie... zakupili ;-) Przypomina mi się w tym momencie wizyta w jednym z zachodnich muzeów Antwerpii czy Brukseli, nie pamiętam dokładnie, ale tamtejsze zatrzęsienie Remrandtów i Rubensów nie wzbudzało żadnego entuzjazmu zwiedzających. Dalej Dawid i Uriah a także remrandtopodobne obrazy w tym Zdjęcie z krzyża. I wszystkim znana spoczywająca Danae z parą bucików na pierwszym planie. Do tej pory widać ślady akcji szaleńca, który w 1995 roku oblał kwasem ten piękny obraz Remrandta van Rijna. Zauważam u siebie pewną zmianę nastawienia do tych ciemnych płócien. Zmianę pozytywną...

Kolejny kryzys a raczej znużenie ilością zbiorów... Murillo, Goya... będzie El Greco? Zanim się przekonam oglądam obrazy Velazqueza. Obrazów hiszpańskich niewele jest wystawionych - tak po kilka sztuk. Cóż, inne widziałem w Prado. Chwila odpoczynku w długim zale - rzeźby Thorwaldsena. A potem znów powrót do malarstwa hiszpańskiego - Veronese i El Greco ( Sw. Piotr i Paweł Apostołowie).

A teraz Chrystus ukrzyżowany Rubensa i Głowa starego człowieka z 1640 roku. O....! tak... witajcie tłuścioszki! Perseusz i Andromeda tyle razy to oglądałem na zdjęciach a teraz - proszę - oryginał. Jest i Bachus - jakże sympatyczny pan.
Louis Le Nain - Rodzina mleczarza - tak... wciąż pamiętam ten obraz z albumu, który jest od 20 lat u mojej mamy...
Łukasz Cranach Starszy - Portret kobiecy. Coś jednak jest w tych obrazach, które znane mi są z albumów, że chodząc po tych salach wyłuskuję je spośród tysięcy innych. Tu nie może chodzić tylko o pamięć fotograficzną - może rzeczywiście one są "lepsze" = "bardziej wartościowe" od innych ?... A może moje poczucie, hm... estetyki - nie najgorsze?
Sobór Isaakijewskij I znów coś znajomego - Bartolomeusz Bruyn (St.) - portret Damy z córką. Dobrze, że współczesne dzieci ubierają się po dziecięcemu...
Na koniec tej części muzeum Antonio Holbein - Portret młodzieńca. Oglądam teraz Malachitowy Zał - trochę rozczarowany - płytkami malachitowymi pokryte są tylko kolumny stoły i kilka innych elementów sali. Naiwnie sobie wyobrażałem, że będzie tu zielono jak w lesie ;-)
A dalej paradnaja gostinica, znów muzykalnyj salon, buduary, kabinety, ile tu tego wszystkiego... Nawet stołowaja... O! biblioteka... Wszystko w drewnie, ze schodkami na pięterko - zawsze o czymś takim marzyłem.
Piękne sanie - ze świętym Jerzym zabijającym smoka. Swoją drogą trzeba mieć niezłą wyobraźnię, by tak ślicznie wpleść tę rzeźbę w zwykły przedmiot użytkowy...

I tak powoli dobiega końca moje zwiedzanie Ermitażu. Zszedłem na parter rozczarowany ubóstwem zbiorów na II piętrze w części poświęconej Chinom i Bizancjum - większość sal była pozamykana, numizmaty również mnie nie zaciekawiły. Na parterze pooglądałem trochę zbiorów archeologicznych, skonstatowałem, że prehistoryczni mieszkańcy ziem należących później do Rosji nieźle sobie radzili z produkcją wyrobów z brązu i żelaza. Zerknąłem jeszcze na skorupy i kości, i poszedłem do importowanej, w mniej lub bardziej uczciwy sposób, Starożytności.
A tu: mumie egipskie, rzymskie rzeźby; muzy podpisane - radziecki człowiek nie miał wątpliwości w przciwieństwie do uczonych hiszpańskich ;-)

Gdy spoglądam na swoje notatki pisane w Ermitażu zastanawiam się, jak ja odczytam te wszystkie na gorąco spisywane bazgroły. I czy komuś będzie się chciało je czytać. Ale cóż - wolę zanotować choćby dla siebie to, co tu widziałem bo wiem, że i moja pamięć jest zawodna. Po 5 godzinanch zwiedzania wychodzę z muzeum usatysfakcjonowany.

Na Placu Pałacowym pod Kolumną Aleksandrowską spotykamy się z resztą grupy. Idziemy teraz pod cerkiew "Spas na Krowi". Barwne kopuły kościoła widziane znad kanału są jednym z bardziej sympatycznych widoków, które zapamiętuję z Pitera. Do cerkwi nie wchodzimy porażeni zaporową ceną dla turystów zagranicznych. Robimy krótkie zgrupowanie na pobliskim Polu Marsowym i rozchodzimy się - każdy w swoją stronę. Z kilkoma osobami idę kupić brakującą walutę - pechowo trafiamy na same pozamykane lub bezrublowe kantory. Jeszcze spacer nad kanałami i powrót do naszego "Excelsiora". Pranie i mycie.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej