Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Trenta-Triglav-Trenta

poniedziałek, 8 VII 2013


|


Brak relacji z tego dnia. Zajrzyj za jakiś czas...

Wstajemy po piątej. W głębokiej dolinie .... jeszcze ciemno. Do początku szlaku na Triglav jest około kilometra z kempingu w Trencie. Maszerujemy szybkim krokiem i z pewnym niepokojem odczytujemy na tabliczce umieszczonej na skrzyżowaniu dróg wysokość miejscowości: 650 m n.p.m.. Oznacza to, że musimy dziś pokonać 2200 metrów różnicy wysokości, by wejść na najwyższy szczyt Alp Julijskich. To sporo. Do tej pory raz tylko zbliżyłem się do przewyższenia 2000 metrów wchodząc z Litochoro do Refiuge A pod Mitikasem. Czy damy radę wejść i zejść(!) na szczyt w ciągu jednego dnia? Zobaczymy.

Na razie jest bez problemów. Wygodna droga wzdłuż potoku prowadzi nas ku wysokim wapiennym szczytom. Tu góry wydają się znaczeni wyższe niż nasze Tatry z Zakopanego. Po godzinie przekraczamy potok (w oddali wodospad i woda wypływająca spod śnieżnej połaci) i zaczynamy mozolną wędrówkę po zboczu. Zakosami prawo-lewo idziemy przez najbliższą godzinę, aż do rozwidlenia szlaków. W lewo odbija droga na ....., to trudny technicznie szlak a zważywszy na ostatnią śnieżną zimę mógłby okazać się dla nas zbyt uciążliwy. My idziemy w prawo, ku D.... Koca. Wciąż jeszcze jesteśmy poniżej hal i turni. Szlak jest dobrze oznakowany, trakt wygodny. Po prawej odsłaniają się coraz częściej widoki na szczyty po drugiej stronie doliny. Jest już ósma i wapienne skały błyszczą w promieniach wschodzącego słońca. Kopuła, zdaje się ..... zbudowana jest - podobnie jak sąsiednie góry z idealnie równoległych warstw wapiennych; w górnej części pokryta jest rachitycznymi krzewami. Ależ chciałbym mieć więcej czasu, by spróbować na nią wejść! Nieco dalej i wyżej wznosi się niemal pionowy biały filar. Wydaje się, że nie do zdobycia. Z pewnością jest atrakcją wśród alpinistów.

Jesteśmy już ponad granicą lasów. Stąd jeszcze nie widać przełęczy ... ku której zmierzamy. Urządzamy sobie sesję zdjęciową fotografując pojedynczy kwiat: Lilium carniolicum czyli lilię kraińską. Jest po prostu śliczny.
I taki samotny ;-)

Wznieśliśmy się o jakieś 1000 metrów ponad Trentę. Wykuta w zboczu dróżka wyprowadza nas ramię ..... i dalej do zwężającej się doliny zakończonej przełęczą. Widać już schronisko z dwoma wiatrowymi generatorami dającymi monotonny dźwięk. Być może ułatwia on orientację we mgle. Coraz częściej zdarzają się poletka ze śniegiem. Na szczęście szlak idzie po zboczu. Schronisko osiągamy po 5 godzinach marszu. Herbata tu ponad 2 euro, zjadamy tylko po kanapce i ruszamy dalej. Chłopak ze schroniska, widząc moje trampki odradza nam szlak bezpośrednio wiodący na szczyt: "Tam dużo śniegu, idźcie przez Dom Planika". Ano dobrze, pójdziemy.

Na początek po płaskim, po śniegu, później coraz bardziej stromo po skałkach. Sceneria już alpejska, jak okiem sięgnąć potężne szczyty poznaczone białymi plamami śniegu. Niebo znacznie zachmurzone, ale nie zanosi się na pogorszenie pogody. Jak do tej pory nikogo nie spotkaliśmy na szlaku. Dopiero za kolejnym ramieniem masywu Triglava mijamy się z parą turystów a potem kolejną. Idą z Domu Planika. Cały czas zastanawiamy się, czy nie zbyt pochopnie posłuchaliśmy rady Słoweńca: może dalibyśmy radę przejść tamtym bezpośrednim szlakiem? Mimo pól ze śniegiem? Droga przez Dom Planika jest dłuższa co najmniej o godzinę! Schodzimy teraz o kilkadziesiąt metrów niżej, ku malowniczej kotlince. Gdzieś zza mgły wyłania się na moment szczyt Triglava, ale naszą uwagę przyciągają napisy ułożone z kamieni w kotlince. Sympatyczne miejsce ;-)

Po pięciu godzinach wspinaczki nie odczuwamy zbyt dużego zmęczenia. Przed wyjazdem proponowałem synowi jakąś traskę górską po Beskidach, ale stwierdził, że ma kondycję. Skoro ma to ma. Ja nie wiem, czy mam. Okaże się ;-) No niby w maju śmigałem po Andach, ale to były krótkie odcinki i niezbyt wysoko ;-p Ostatni odcinek podejścia do schroniska. Wody do butelki nie dadzą, nie to nie, niech się wypchają. Idziemy dalej, na szczyt. Ale, ale! Szlak tu się rozdwaja, nie wiem, którą drogę wybrać. Zawracam do schroniska. "Przez Mały Triglav łatwiej" - stwierdza paniusia z bufetu. Ok, niech będzie. Cóż! Nie za bardzo chciało mi się przygotowywać do tego trampingu. Zero map i zero przewodników. No, jakieś foty map Alp w komórce ma Sergiusz, muszą wystarczyć, he he. Niestety, na szczyt jeszcze półtorej godziny. Najpierw strome podejście po śniegu. Właśnie z góry zjechał koziołkując jakiś turysta. No, nieźle się zapowiada :-/ Jak się okaże później, to jest jedyne miejsce w drodze od schroniska na szczyt pokryte śniegiem. A dalsza droga spoko: stromo w górę, ścieżka z naprężoną linką (lepsze to niż dyndające tatrzańskie łańcuchy), trochę błota, wąska, szczelina służąca za toaletę sądząc po zapachu i dalej po eksponowanym terenie na Mały Triglaw. Turystów tu jakby więcej, doganiamy kilka grupek i par. Dobrze idzie. Niestety, pogoda się pogarsza, niebo zasnute jest chmurami, główny wierzchołek tylko na moment wyłania się z mgły. Trzeba teraz zejść na wąską przełęcz, klimaty jak na Granatach, szkoda, że bez widoków. I jeszcze ze 100 czy 200 metrów w górę. W końcu szczyt z małym schronem i kilkunastoma zdobywcami ;-) Szybko się fotografujemy i zaczynamy odwrót. Zaczął przed momentem kropić deszcz. Spotkane tu małżeństwo polskie schodzi ferratą przez .... My wracamy do Domu Planika.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej