Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Tłumy na granicy | W poszukiwaniu pieniędzy | | | |
O godzinie 9:00 jesteśmy na przejściu granicznym. Żeby się zostać do budynku urzędników kirgiskich musimy przedrzeć się przez tłumy ludzi, którzy handlują tu najróżniejszymi rzeczami. Przy drodze setki sklepów, straganów i stoisk z towarami wyłożonymi wprost na ziemi. Tysiące mieszkańców chcą coś kupić, a inni sprzedać. Wzdłuż chodników i ulicą idą tłumy z wielkimi pakunkami. To ci, którzy działają w branży eksport-import. Tą samą drogą próbują przecisnąć się samochody dostawcze, a nawet ciężarówki z towarami. Przystają w nieoczekiwanych miejscach, by wyładować przed sklepem towar tworząc korek i wzbudzając tym samym agresję u innych kierowców. Ryk klaksonów, nawoływania sprzedawców i rozmowy z klientami. Jak ja lubię ten zgiełk! Zostało trochę kirgiskich sumów, kupujemy jeszcze jakąś wodę na drogę.
– Czarno to widzę – mówię, gdy dochodzimy do ogrodzonego terenu.
Tu, wzdłuż ogrodzenia stoi koło 1000 osób, które próbują się dostać do Uzbekistanu. Byłem już nieraz w takich sytuacjach i wiem, że potrzebne są tu działania niekonwencjonalne. Zdarzało się na granicy ukraińskiej, że pomagali mi polscy celnicy, którzy wyłuskiwali plecakowiczów z tłumu handlarzy i mrówek. Podobnie, na granicy turecko-irańskiej pogranicznicy również wyłapywali białasów i prowadzili "ekspresową" ścieżką na drugą stronę. Liczę na podobne rozwiązanie.
– Tu jest czekania na kilka godzin – mówi z przerażeniem Marzena. – Nie przejmuj się, tylko chodź.
Przyciskam się przez tłum, nie zważając na reakcje ludzi. Dostrzegam w tej masie miejscowych jakąś dziewczynę o dalekowschodnich rysach. Stoi sama z plecakiem, cierpliwie czeka nie wiadomo na co.
– Hi! – mówię do niej – Let’s go with us, together we will get through faster.
Japonka wygląda na trochę spłoszoną, pytająco patrzy na Marzenę.
– Don’t worry – uspokajamy ją.
Gdy jesteśmy już odpowiednio blisko drzwi, za którymi tłum jest chyba jeszcze większy, macham do umundurowanego strażnika. Zrozumiał sytuację i woła nas na bok. Szczęśliwy dzień dla niego, pomógł białasom. Okej. Dostajemy pieczątkę kirgiską, a po stronie uzbeckiej pokazujemy nasze wielokrotne wizy. Sierotka z Japonii gdzieś nam się zgubiła, musimy chwilę poczekać.
– Teraz najważniejsze to kupić uzbecką walutę – zwracam się do dziewczyn, gdy już jesteśmy w komplecie.
Jak się okazuje, jest to problem, bo – przynajmniej oficjalnie – waluty sprzedaje tylko bank. Kantorów tu, na przejściu granicznym, nie ma. Jestem totalnie zaskoczony tą sytuacją.
– Trzeba było kupić uzbeckie pieniądze w Kirgistanie... – wzdycham.
– Ale kto mógł przewidzieć, że to taki kraj – pociesza Marzena.
Oczywiście, dopóki człowiek ma dolary, to nic mu się złego nie dzieje, zawsze można wymienić u taksówkarza lub jakiegoś innego cichociemnego. Byłem w takiej sytuacji już kiedyś na Węgrzech: rzadko kiedy w małych miasteczkach o 7:00 rano w sobotę czynne są kantory. Musimy poszukać jakiejś marszrutki, jakoś tam będzie. Zarzucam plecak i ruszam drogą.
Marszrutek jakoś tu nie widzę, może odjechały przed chwilą. Ale zatrzymuje się przy nas czarna wołga.
– Kuda wam nużna? – pyta przez uchylone okienko kierowca.
– Zdrastie. W Andiżan.
– Choroszo. Sadities!
– A skol’ko eto stoit?
Uzbek wymienia jakąś sumę w somach, ale nie znam przelicznika. – U nas tol’ko dolary…
– Niczego, sadities.
– Ja wam jeszczo pokażu wam gorod.
Chce za przewodnicką usługę w przeliczeniu 40 zł na trzy osoby, a za kurs 50 zł. Rozmawiamy dalej po rosyjsku, japońskie dziewczę podsłuchuje, ale zapewne jednego słowa nie rozumie. Opowiadam kierowcy, co i jak.