Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Taupo – Craters of the Moon – Rotorua

czwartek, 10 IX 2015


Kłócimy się | Jak w Parku Jurajskim... | Przy wodospadzie Huka | Kąpiel w gorącym strumieniu | Sergiusz odnajduje się | W śmierdzącym Rotorua | Nocny spacer po mieście


Czwartek zapowiada się dość ciężko. Nie dość, że noc była ciężka a sen krótki, że czeka nas przejście z plecakami kilka kilometrów w kierunku „księżycowych kraterów” to jeszcze pogoda jest nieszczególna – właśnie zaczął padać deszcz. Robimy sobie herbatę i kawę i ruszamy bladym świtem. Mijamy „Countdown”, jest jeszcze zamknięty – tam pewno zrobimy zakupy po powrocie.
– Może tutaj będziemy łapać stopa? – proponuję.
Stajemy przed zakrętem, naciągamy pokrowce na plecaki. Po kilku minutach bezskutecznego machania podejmujemy decyzję:
– Wychodzimy za miasto!
Niestety, po przejściu kilometra stwierdzamy, że zwykła ulica zamieniła się w drogę szybkiego ruchu. Idziemy dalej – nikt tu, przed górką, się nie zatrzyma – dochodzimy do wniosku. Ale i na szczycie wzgórza jest niezbyt dobre miejsce; musimy podejść aż do skrzyżowania dróg. Deszcz jakby słabnie a my stoimy jak sierotki, zakapturzeni, mokrzy. Po kolejnych dwóch kwadransach mamy dość.
– Idziemy dalej, na piechotę?
Sergiusz rusza bez słowa. Wiem, że nie ma zbyt dużej ochoty na przejście kolejnych czterech kilometrów z plecakiem. Mruczy coś i ja mruczę. Opór w nim narasta, zaczynamy się kłócić czy iść, czy czekać na okazję. Ostatecznie – mamy dużo czasu: rezerwat jest otwarty dopiero od 8:00. W kulminacyjnym momencie stwierdzam, że jest mięczakiem. Sergiusz się obraża i rzuca się biegiem wzdłuż drogi. Nie mam siły go gonić, idę w swoim tempie. Pół godziny później dochodzę do skrzyżowania z drogowskazem „Craters of the Moon 1,7 km”. Zgrzytam zębami.

Do zabudowań, w których znajduje się kasa i wejście do rezerwatu, dochodzę zezłoszczony. Sergiusz jest już w środku, zostawił plecak na zapleczu. Kupuję bilet (8 NZD) i z mapką w ręku wchodzę na rozległy teren zasnuty dymem i parą wydobywającą się z wielu szczelin. Ciekawy, ale jednocześnie posępny widok – niebo spowite białymi chmurami sprawia, że krajobraz jest nijaki a zdjęcia wychodzą kiepskie. Być może to miejsce byłoby bardziej atrakcyjne podczas słonecznej pogody. Jedynymi barwnymi plamami są różowo kwitnące krzewy porozrzucane tu i ówdzie. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest to mānuka (Leptospermum scoparium), krzew, który uwielbiają odwiedzać nowozelandzkie pszczoły. Ale nie! Mānuka kwitnie dopiero w kwietniu – maju, zresztą i pszczoły o tej porze jeszcze nie obudziły się ze snu zimowego… Chodzę więc wytyczonymi ścieżkami od szczeliny do szczeliny, od małego krateru do większego krateru. Wyszukuję kolorowych skał, nalotów i różnych ciepłolubnych roślinek. Gdzieś w oddali dostrzegam spacerującego Sergiusza. Pewnie i on mnie widzi, ale nie czeka na mnie. O tej porze praktycznie nie ma tu turystów, ledwie kilka osób, które weszły tuż przed nami lub zaraz po nas. Dopiero za pół godziny wysypie się z dwóch minibusów grupa nowozelandzkich nastolatków. Będą szybko i hałaśliwie przemierzać tutejsze zakątki. Przyspieszam więc i ja kroku, by szybciej znaleźć się przy dużym, bo kilkumetrowej średnicy, kraterze błotnym. Do takich miejsc zawsze mnie ciągnęło, tutejsze wulkany błotne nie są wiec dla mnie pierwszyzną: widziałem je wcześniej w Azerbejdżanie i w Boliwii.
Sergiusz gdzieś mi zniknął, trudno. Ścieżka, którą się poruszam, opuściła dolinę, wchodzę na zbocze wzgórza porośniętego coraz gęstszym lasem. Dominują w nim drzewa liściaste, ale tu i ówdzie pojawiają się paprocie drzewiaste. Wśród koron drzew uwijają się ptaki. Chwilę pokwilą, poszczebioczą i błyskawicznie przenoszą się na inne miejsce. Przypomina mi się polowanie na kolibry z aparatem fotograficznym w lesie deszczowym w Kostaryce. Sądząc po głosach i upierzeniu, żyje tu co najmniej kilka gatunków ptaków. Wypatruję papugi kea. Tak bardzo chciałbym ja ujrzeć! Niestety… Udaje mi się natomiast zidentyfikować tui (Prosthemadera novaeseelandiae), ciemno upierzonego ptaka wielkości sroki. Kędziornik – bo tak się ten ptak po polsku nazywa – ma charakterystyczną białą kępką puchu na podgardlu i ponoć lubi naśladować głosy ludzi.
Słońce nie może przedrzeć się przez chmury a w powietrzu unoszą się kropelki mżawki. Z okolicznych wzgórz spływają kłęby mgły. Właśnie wyszedłem na otwartą przestrzeń z widokiem na sąsiednią dolinę. Krajobraz jest zachwycający – zbocza gęsto porośnięte są gigantycznymi paprociami drzewiastymi mamaku i ponga, całość nieodparcie nasuwa skojarzenia z Jurassic Park. Tylko czekać, aż przez tę masę zieleni zacznie się przeciskać tyranozaur… W rzeczywistości tutejsze paprocie są względnie młode – pojawiły się w Nowej Zelandii zaledwie kilka milionów lat temu, dawno po wymarciu ostatnich dinozaurów, których tu zresztą nigdy nie było (w każdym razie skamieliny lądowych dinozaurów są wielce wątpliwe).

Zawracam do budynku kasy, uzupełniam zapas wody. Sergiusza i jego plecaka już nie ma. Ruszam szybko drogą do krzyżówki z myślą, że może za chwilę go spotkam. Chociaż nie mógł ruszyć wcześniej niż 10 minut przede mną, to nie jestem w stanie go dogonić. Dziwne. Zatrzymuję nadjeżdżający z przeciwka samochód i pytam, czy nie widzieli kogoś w żółtej pelerynie. Nie widzieli. Zaczynam mieć wątpliwości, czy aby Sergiusz nie został gdzieś koło kasy. Dochodzę do krzyżówki. Nie ma go. Rozsądek podpowiada, że powinien tu poczekać na mnie lub ja na niego. Więc czekam. Zagotowuję sobie wodę na kawę i zjadam czekoladę. Po 30 minutach zatrzymuję samochód jadący od strony kraterów. Znów to samo. Nikt go nie widział. Denerwuję się. Chcę zadzwonić do niego. „Abonent obecnie niedostępny”. Oczywiście, przecież zmienił kartę SIM na lokalną – a numeru jej mi nie podał. Dzwonię do Beaty, chociaż w Krakowie jest środek nocy, i proszę, by wysłała do syna e-mail, by ten skontaktował się ze mną. Po kolejnych 20 minutach ruszam w kierunku wodospadu Huka. To niedaleko – po drugiej stronie głównej szosy. Już z daleka dobiega do moich uszu szum wodospadu. Ujrzę go najpierw z platformy widokowej położonej wysoko nad doliną Waikato River. Później, po zejściu na jej dno i przekroczeniu mostka na rwącej, spienionej rzece zobaczę go ponownie z bliska. Cóż! Wodospad Huka w niczym nie przypomina spektakularnych wodospadów Iguazu, którymi zachwycałem się rok wcześniej w Ameryce Południowej. A jednak widok 220 ton biało-błękitnej wody spadającej w ciągu sekundy piętnaście metrów w dół jest wart obejrzenia. Oglądać to miejsce można zresztą z innej perspektywy. Za 209 dolarów można wsiąść na jet-boat i wśród okrzyków zachwytów i przestrachu rzucić się na spienione fale Waikato, notabene, najdłuższej rzeki w Nowej Zelandii. Albo – to już zajęcie dla wyczynowców – przepłynąć wodospad kajakiem…

Ruszam teraz drogą w górę rzeki – w kierunku Taupo. Pogoda w dalszym ciągu byle jaka, siąpi deszcz. Zimno. „To w końcu wrzesień!” – myślę sobie. Przyroda wokół zachwyca w dalszym ciągu. Trafiają się kępy kordyliny, którą już widzieliśmy w Alpach Południowych, ale zdaje się innej – nizinnej odmiany. Trafiają się też paprocie drzewiaste. I wiele innych gatunków, których nie rozpoznaję. Rzeka zmieniła nieco swój charakter, uspokoiła się, miejscami tworzy rozlewiska. Po przeciwnej stronie dostrzegam eleganckie domu z wypielęgnowanymi trawnikami schodzącymi do brzegu. Przyjemnie byłoby tu mieszkać. A ten szmaragdowy kolor trawy… paluszki lizać!
Z niecierpliwością czekam na wspomniane w folderze i zaznaczone na otrzymanej mapce miejsce, w którym znajdują się gorące źródła. Ich istotna cecha jest to, że są za darmo :). Zamierzam z nich skorzystać! Po trampingu po Peru i Boliwii obiecałem sobie, że następnej okazji już nie przepuszczę. W pewnym momencie zauważam chłopka robiącego sobie selfie smartfonem. Niby nic nadzwyczajnego. Tyle że chłopak jest w kąpielówkach i siedzi w potoku. – Hi! Jaka woda? – pytam uprzejmie.
– Dobra, super jest – uśmiecha się Nowozelandczyk.
Muszę sobie poszukać „swojego kawałka” potoku. 20 metrów w górę strumienia odnajduję mini-wodospad, woda spada metr w dół do niewielkiej niecki. Rozbieram się szybko do slipów i wskakuję ostrożnie do wody. Ostrożnie, bo woda jest gorąca, więc muszę się przyzwyczaić. Jest naprawdę bosko! Muszę jeszcze uwiecznić siebie na zdjęciu a jest to dość trudne, gdyż obiektyw aparatu momentalnie zaparowuje. Cieszę się, że w końcu zrobiłem sobie taka przyjemność a jednocześnie jestem zły, że nie ma tu Sergiusza ze mną.
Chętnie posiedziałbym tu dłużej, ale popaduje deszcz i moczy moje rzeczy przykryte plecakiem. Wycieram się byle jak i, nie ściągając slipów, ubieram spodnie. Liczę na to, że wyschną po drodze. Ścieżka opuszcza teraz dolinę rzeki i wiedzie przez tereny rekreacyjne koło Taupo. Przechodzę jeszcze nad wysokim brzegiem rzeki i skręcam w stronę centrum miasteczka. Wkrótce dostrzegam znajomy przystanek autobusowy.


– Cześć – rzucam do Sergiusza.

– Cześć. Wróciłeś.
– Czekałem na ciebie na skrzyżowaniu. – mówię z wyrzutem w głosie – I dzwoniłem do ciebie i do mamy.
– A po co?
– Bo się denerwowałem, gdzie jesteś i co się z tobą dzieje.
– Wróciłem stopem do miasta.
Niepotrzebnie się martwiłem…
– Ja poszedłem do wodospadu Huka… Szkoda, że nie widziałeś!
– Widziałem. Byłem tam.
Aha. Dobrze. Widzę, że trochę się boczy na mnie.
– Zrobię zupkę. Zagrzejesz się.
– Nie chcę!
– A herbatę wypijesz?
– Tak.
Wygląda na zziębniętego, pokasłuje.
– Masz jeszcze polopirynę?
– Skończyła się.
– To może kupimy?
– Nie. Tu nienormalne ceny. W aptece chcą 20 zł za opakowanie.
– Dobra. Przejdę się do sklepu naprzeciw.
Sporo tu różnych pamiątek, upatruję coś sobie i wracam do syna.
– Może kupimy sobie po kubku? Trzy w komplecie wychodzi taniej…
– Nie chcę, może coś innego…
– Ok. Jeszcze się przejdę.
Zaglądam do kilku sklepów a następnie ruszam w poszukiwaniu aspiryny. Bez przesady. Sergiusz musi być zdrowy!
Do hipermarketów jest kawałek, kupuję aspirynę w drogerii za 8 NZD i szybkim krokiem wracam na przystanek.
– Masz, popij wodą – podaję tabletki.
– Dzięki, tato.
Okazuje się, że Sergiusz „w międzyczasie” poszukał sobie noclegu w Rotorua. Rozumiem go. W tej sytuacji i ja wolę spać w hostelu. Dokupuję nocleg w tym samym miejscu i wtedy okazuje się, że Sergiusz jeszcze za swój nie zapłacił. Ech! Więc jeszcze raz logujemy się do sieci i płacę kartą. No dobrze, wygląda na to, że jeden problem z głowy.

Manabus przyjeżdża nieco spóźniony, podróż zajmuje tylko godzinę; ale jesteśmy rozczarowani komfortem jazdy: nie ma ani WC ani wi-fi.
– Zbliżamy się do Rotorua – zapowiada kierowca – z pewnością wasze nosy już to czują.
Faktycznie, powietrze ma charakterystyczną woń dwutlenku siarki i siarkowodoru. A przecież jesteśmy w pewnej odległości od źródeł… Gdy zajeżdżamy na przystanek jest już ciemno. Zdążyliśmy jedynie zobaczyć, że wzdłuż głównej drogi znajdują się dwa hipermarkety: Countdown i Pak'nSave. W informacji turystycznej zaopatrujemy się w duże ilości mapek i folderów i ruszamy do naszego hotelu. Jest, co prawda, przy Fenton St., głównej ulicy, ale prawie na jej końcu.
Meldujemy się w hotelu – bo raczej nie można go nazwać hostelem i tu czeka na nas niespodzianka.
– Mam dla was propozycję na jutro. – mówi recepcjonistka – Jeśli weźmiecie udział w zabawie organizowanej przez Whakarewarewa and the NZ Maori Arts & Crafts Institute i wypełnicie potem krótką ankietę, to dostaniecie gratisowe wejście do gejzerów.
– A na czym ta zabawa będzie polegać? – wietrzę jakiś podstęp.
– Będziecie mieć zadania do wykonania. Nic trudnego – zapewnia nas dziewczyna – To jak? Zapisać was? Muszę mieć listę dzisiaj.
– Ok, zastanowimy się.
Na razie bierzemy klucz od pokoju i rozkładamy się w przytulnym 4-osobowym pokoiku.
– Mam nadzieję, że nikogo nam nie dokwaterują – zastanawiam się zaglądając na balkon.
– Raczej nie, zobacz jakie pustki tu – stwierdza Sergiusz – Zamknij, tato, balkon, strasznie śmierdzi!
No, cóż, musimy się przyzwyczaić.
– To jak? Jest decyzja? Bierzemy udział w tej imprezie?
– No, pewnie! Wstęp kosztuje na pewno bardzo dużo.
Fakt. Wejście na teren rezerwatu to 51 NZD od osoby. Bylibyśmy więc 250 złotych do przodu…

Wpisujemy się na listę i idziemy na nocny spacer po Rotorua. Wstępujemy do Pak'nSave z uroczym sloganem przy wejściu „Savings starts here. I’ve even saved you opening the door”. Zakupy tradycyjne – pepsi, ciastka. 60-tysięczne miasto wygląda na uśpione – chociaż nie jest zbyt późno – dopiero 22:00. Sklepy mają pospuszczane rolety, kawiarnie i restauracje pozamykane. Za to hoteli i pensjonatów – bez liku. Skręcamy z głównej ulicy w Queen St. Do parku. Altanki, ogrodzenia i inne budynki są podświetlone kolorowymi światłami. Próbujemy swych sił w fotografii „artystycznej”. Mijamy pomnik sierżanta Frediego Wylie'a, wysłanego z 1478 regimentem na II wojnę burską. "Był odważny jak lew" czytamy na pomniku. Cóż, kiedy poległ w potyczce pod Klipfontein w 1901 roku… Oglądamy w nocnej scenerii „rządowe” pawilony. Zabudowa kojarzy mi się ze Szklarską Porębą lub Świeradowem. I nie bez powodu: w budynku z murem pruskim, w którym obecnie mieści się muzeum, kiedyś znajdował się zakład kąpielowy. Wszędzie czuć nieprzyjemny zapach.
– My się stąd wyniesiemy pojutrze a oni muszą tu mieszkać cały rok – mówię o mieszkańcach Rotorua – Zapewne łatwo rozpoznać przybysza z tych stron – wszystko ma przesiąknięte tą wonią.
Zaglądamy do Whangapipiro, czyli źródła Racheli. Temperatura 212 oF co oznacza wrzątek. Wierzę na słowo, bo widać tylko buchające kłęby pary.
– Zobacz, tato, jakie drzewa! – woła Sergiusz i fotografuje pnie owinięte kolorowymi szmatkami.
Zaczął padać deszcz, i gdy robimy fotografujemy z fleszem, pojawia się na zdjęciach ciekawy efekt – rozgwieżdżonego nieba. Wracamy szybko do hotelu.
Dzień, mimo kłótni i późniejszych stresów, zaliczam jednak do udanych. A piątek zapowiada się jeszcze ciekawiej!


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej