Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Bubaque

sobota, 31 XII 2016


Przeżyliśmy! | Bubaque w zasięgu wzroku | | | |


– Dzień dobry – mówi do mnie Oskar.

Otwieram oczy i próbuję przyzwyczaić je do panujących ciemności. Jest jeszcze przed wschodem słońca, ale niebo już poszarzało. Wokół bezkresne, ciemne wody Zatoki Gwinejskiej.

– Dzień dobry. Przeżyliśmy.

Na statku zaczął się ruch. Przeganiają nas z „górnego pokładu”. Zanim zejdę na pokład i usadowię się na „moim” kawałku burty, zdążę jeszcze zrobić parę zdjęć.

Wyciągam z plecaczka krakersy, częstuję Oskara.

– Pass to him! – mówię, wskazując na Stefana.

Niech chłopak zna polską gościnność.

Morze dziś bardziej wzburzone, nieźle huśta. Na dolnym pokładzie tłum już jest obudzony. Nastroje pasażerom się poprawiły, myślę, że nawet im nie zdarzają się na co dzień takie nocne przygody. Słychać coraz głośniejsze rozmowy, śmiechy. Pośrodku siedzi bardzo gruba Murzynka, uda ma jak dwie moje nogi. Jak ją wczoraj posadzili tutaj, na dole, tak siedzi do dziś nieruchomo pośrodku pokładu. Stanowi jakby balast i stabilizator tej łodzi. Obok siedzi ta, która się wczoraj tak łasiła się do mnie. Ubrała sobie na noc żółtą marynarkę, bardzo ładnie wygląda. Zresztą sympatyczna była i wczoraj. Jej braciszek w zielonej koszulce już się przebudził. Pasażerowie na tym statku nie mogą dokonać porannych ablucji, za toaletę służy duże plastikowe wiadro po farbie. Kobiety po prostu siadają na nim, rozkładając wokół swe szerokie spódnice. Sikają, potem wiadro z nieczystościami wędruje z rąk do rąk i jest opróżniane za burtę.

Silnik zaczął terkotać, szarpnęło kadłubem. Ruszamy. Jest 7:00, słońce już wychyliło się znad horyzontu i lekko grzeje w nasze twarze. Zakładam swój armeńską czapeczkę – upał dziś będzie nieznośny. Płyniemy równolegle do brzegu Ilha de Rubane, do naszej wyspy Bubaque zostało jeszcze jakieś 8 km. Myślę, że za godzinkę będziemy na miejscu.

W nocy nie było najgorzej. Poza tym, że Murzyni, obok których spałem na materacu, strasznie się kręcili. Nie dało się tego uniknąć, ponieważ nakryli się jednym kocem, a ja leżałem pomiędzy ich nogami. Stefan spał z głową na moim plecaku, a Oskar z jakąś Murzynką.

– Spałeś z Murzynką – ni to pytam, ni to stwierdzam.

– Tak, wiem o tym.

– Ok, ale czy ona wie o tym?

Nic to. Płyniemy. Widać już wyraźnie brzeg „naszej” wyspy. Jest gęsto porośnięty drzewami, roślinność zdaje się być nie do przebycia. W każdym razie nigdzie nie dostrzegam plaż. Na wpół uschniętych wierzchołkach wysokich baobabów dostrzegam duże białe ptaki. To prawdopodobnie czaple. Kilka innych ptaków krąży nad linią brzegową. Gdy zbliżymy się bardziej, zdaję sobie sprawę ze swej pomyłki. Siedzący na gałęziach ptak odwrócił się i wtedy widzę jego czarne skrzydła. A zatem to palmojad (Gypohierax angolensis) – jeden jastrzębiowatych występujący w Afryce Subsaharyjskiej. Ma biały łeb i białe sterówki, co upodabnia go do bielika amerykańskiego (Haliaeetus leucocephalus). Palmojad ma jednak białe upierzenie na brzuchu. Żywi się głównie owocami olejowca gwinejskiego (Elaeis guineensis) i palmy winnej (Raphia vinifera), która dostarcza podobnego do wina napoju i mocnych włókien na tkaniny.

Wyprzedzamy łódź żaglowo-wiosłową płynącą w tym samym kierunku. Załogę stanowi pięciu rybaków. Łódka ma raptem cztery metry długości, powiewa nad nią niewielki, kwadratowy żagiel ze zgrzebnego płótna umocowanego do dwóch masztów złączonych reją, z których jeden służy do ustawiania żagla (ożaglowanie melanezyjskie). W miarę jak zbliżamy się do portu przeznaczenia, roślinność na wyspie staje się coraz rzadsza i niższa. Brzeg wciąż jest porośnięty mangrowcami, ale pojawiają się odsłonięte miejsca pokryte czarnymi głazami a nawet łachami piasku. Widać też pierwsze zabudowania: kryte strzechą parterowe domy ustawione na palach. Ściany mają ażurową konstrukcję i ogólnie sprawiają wrażenie współczesnych domów zbudowanych pod turystów. Ale mogę się mylić.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej