Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Mccheta-Tbilisi

piątek, 15 IV 2011


Katedra Swieticchoweli | Krzyże św. Nino | "Where are you from?" | Najświętsze dla Gruzinów... | Miejskie obserwacje | Wizyta w synagodze | Polityczne uwarunkowania | Mamy ochotę na coś słodkiego | Nerwy przed odlotem


Krótki tramping dobiega końca. Dziś o północy nieodwołalnie jedziemy na lotnisko i o czwartej rano odlatujemy. Ten ostatni dzień zaczniemy od wizyty w Mcchecie - starej gruzińskiej stolicy. Jak przystało na każdy kraj z burzliwą historią, Gruzja miała wiele stolic. Zresztą naszą podróż zaczęliśmy od Telawi - jeszcze starszej stolicy królestwa Kartli i Kachetii.
Jest 7:00, czas na wyjście z domu. Rozliczam się z gospodynią, umawiamy się, że rzeczy odbierzemy wieczorem. Jak zwykle wręczam drobny cepeliowski upominek.

Jedziemy marszrutką No. 150 na dobrze już nam znany dworzec Didube. Bus do Mcchety już czeka, to będzie krótka, ledwie półgodzinna podróż. Mijamy kościół Dźwari na wzgórzu przed miastem, przejeżdżamy przez rzekę i wysiadamy przed katedrą Swieticchoweli.
Niewątpliwą zaletą wczesnego zwiedzania jest całkowity brak turystów. Nawet na terenie kościoła kręci się niewiele osób, Gruzinka zamiata dziedziniec, jest cichy słoneczny ranek. Zanim wejdziemy do środka, rozkoszujemy się tym miejscem. Nie lubię nadużywać achów i ochów, ale to miejsce jest wyjątkowe. Olbrzymia bryła trójnawowego kościoła ma żółtą barwę piaskowca. Tłem jest błękitne niebo, ledwie kilka obłoków majestatycznie płynie w górze. Ale do tego zwykłego obrazka trzeba dodać pokryte śniegiem górskie łańcuchy, które otaczają ze wszystkich stron miasto. XIV-wieczny kościół ma zachwycające portale, to po prostu trzeba zobaczyć. A na wschodniej ścianie znajduje się kilka interesujących płaskorzeźb przedstawiających symbole, zwierzęta i motywy roślinne.

Idziemy brukowaną ulicą ku rzece mijając dopiero co otwarte stragany. Podobają mi się breloczki z imionami, białe futrzane czapy i charakterystyczne gruzińskie krzyże świętej Nino wykonane z gałązek winorośli. Poziome ramię jest wygięte w dół. Jest coś przygnębiającego dla mnie w tym symbolu... Nad rzeką znajduje się niewielki, pamiętający czasy świętej Nino, kościółek Antioki. Jest otoczony kamiennym murem i - niestety - zamknięty. Na pocieszenie mamy sławną świątynię Dźwari wznoszącą się na wzgórzu po drugiej stronie Kury. To jedno z najświętszych miejsc dla prawosławnych w Gruzji. Ale, aby się tam dostać, musimy najpierw odszukać kładkę przez rzekę. Na razie idziemy w stronę ruin twierdzy Bebris Ciche. Liczy kilkaset lat i pięknie prezentuje się na tle białych kaukaskich szczytów. Idąc przez park lub coś, co kiedyś było parkiem dochodzimy do amfiteatru zbudowanego na zboczach fortecznego wzgórza. Wchodzimy na scenę, tu kilka moich popisów dla nieobecnej publiczności i wspinamy się na widownię. Jeszcze rzut oka na twierdzę i zawracamy wybierając ścieżkę poprowadzoną na wale ziemnym wzdłuż Kury.

W oddali spostrzegamy dwójkę turystów również szukających kładki przez rzekę. Niosą duże plecaki, intuicyjnie czuję, że to polska para. Doganiamy ich po drugiej stronie kładki. Nie mogę się powstrzymać przed klasycznym żartem.
- Hi! Where are you from? - pytam z uśmiechem.
- From Poland.
- Holland? Oh, yes!
Amsterdam, I know....
- No, no...No Holland!
Śmiejemy się wszyscy. Studenci są na wymianie w programie Erasmus, mieszkają od kilku miesięcy w Stambule. A teraz wybrali się stopem do Gruzji na kilka dni. No, miło.

Zaczepiona przeze mnie staruszka wskazuje nam ścieżkę do kościoła Dźwari.
- Tol'ka iditie priamo, nie swiortywajties na prawo, tam ostryje kusty...
Zostawiamy polska parę daleko w tyle. Młodzi są, więc noszą ciężkie plecaki... wszędzie.

Po 20 minutach wychodzimy z lasu. Kościółek wzniesiony na wzgórzu otoczony jest niewysokim murem. Sam budynek nie jest wielki ani zbyt oryginalny: prosta bryła z kopułą. Wnętrze, jak zwykle w tym kraju, skromne, bez wielu dekoracji. A jednak dla Gruzinów to szczególne miejsce.

Stajemy przy balustradzie. W dole, u zbiegu Kury i Agrawi, rozłożyła się średniowieczna Mccheta. Naprawdę ładnie wygląda starówka z domami pokrytymi czerwoną dachówką. Na prawo resztki fortecy, którą oglądaliśmy wcześniej z bliska. Do zwiedzenia pozostał nam jeszcze kościół Samtawro. Żegnamy się z polską parą. Pół godziny później jesteśmy pod wspomnianym kościołem.

I to już wszystko, co chcieliśmy zobaczyć w Mcchecie. Aga jeszcze nakarmi psy orzeszkami ziemnymi i wsiadamy do zatłoczonej marszrutki.

Na Didube doładowujemy kartę na metro i jedziemy do centrum wysiadając na stacji Rustaveli. Wyciągam z plecaczka Lonely Planet, by ustalić trasę dzisiejszego spaceru i siadamy pod pomnikiem Rustawelego - narodowego barda. Tu, w pobliżu dworca, i jak później zauważymy, na wielu głównych ulicach stolicy, kręci się wielu Cyganów. Niektórzy zaczepiają przechodniów prosząc o pieniądze. Właściwie dopiero teraz dostrzegam, jak dużo żebraków jest tutaj. Do tej pory - jeżdżąc po kraju - spotykaliśmy, co najwyżej, przykościelne babcie. Traktowaliśmy je naturalnie, jak element krajobrazu. Czas spędzany na ławce wykorzystujemy na obserwację mieszkańców. Co ciekawsze "okazy" uwieczniamy na fotkach. Sporo dziewczyn i młodych kobiet ubiera się całkiem modnie.
- Takie kubraczki w tym roku są też modne w Polsce - powie później Aga.

Idziemy teraz główna ulicą w tej dzielnicy - Rustavelis gamziri. Mijamy kolejno operę, teatr, parlament. Nie są to dla mnie jakieś wspaniałości, ale gmachy te nadają określony klimat miastu. W gruncie rzeczy takich XIX-wiecznych ulic w europejskich miastach jest dużo. Tbilisi przypominać więc może zarówno Lwów jak i Bukareszt. Obiecałem sobie, że wstąpimy do Muzeum Gruzji, by poznać trochę gruzińską historię i sztukę. Niestety, muzeum wciąż (od kilku lat) jest w remoncie. Dobrze więc, że w Telawi i w Gori zobaczyliśmy tamtejsze zbiory. Pocieszamy się ciastkami w cukierni. Zaglądamy powtórnie do synagogi. "Dyżurna" Gruzinka urzędująca pod ogrodzeniem rozpoznaje nas z daleka i uśmiecha się.
- Siewodnia można, można - mówi i zaprasza gestem.
W bożnicy brodaty i pejsaty żyd prosi mnie o założenie mycki i pozostawienie plecaczków w przedsionku. W porządku, dziś nie będę synagogi wysadzać ;-) Aga jest pierwszy raz w takim miejscu.
- Możesz przebywać tylko w babińcu - żartuję wskazując jej ogrodzoną drewnianym płotkiem przestrzeń. Nasz "przewodnik", zapytany o liczbę wiernych, mówi, że żydowska diaspora liczy w Tbilisi 2500 osób. W całej Gruzji jest ich cztery tysiące. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę o Krakowie i żegnamy się.

Jesteśmy teraz na placu Tavisuplebis. Pośrodku skweru, na wysokiej kolumnie, lśni w słońcu złoty posąg świętego Jerzego zmagającego się ze smokiem. Stojąc w cieniu Mariotte'a widzę grupę amerykańskich żołnierzy wysiadających z busa. No, lokum mają niezłe - myślę sobie. Widok obcych wojsk w Gruzji musi nasuwać skojarzenia z przemianami, jakie dokonały się w wielu krajach po upadku ZSRR - także w Polsce, w której "zła armia okupacyjna" i "złe sojusze" zostały zastąpione udziałem w NATO i polityką zgodną z interesami innego supermocarstwa. Najwyraźniej trwająca latami zależność i podległość przekształciła się w potrzeba bycia zdominowanym i zależnym... Mamy więc w Gruzji amerykańskich "doradców" wojskowych, Gruzini kupują izraelski sprzęt wojskowy, walczą z Rosjanami strzelając do migów i su. A z drugiej strony, nie tylko chętnie rozmawiają po rosyjsku (wspominając "dobre czasy"), ale też chętnie słuchają rosyjskich piosenek w radiu i oglądają rosyjskojęzyczne programy telewizyjne. Jest zatem jakaś ambiwalencja w stosunkach Gruzinów do silniejszego sąsiada. Analogii można się doszukać w podejściu Polaków do sąsiada zza Odry lub stosunku Chińczyków do mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni.

No, dobrze, dość tych rozważań. Wstępujemy do informacji turystycznej, aby dowiedzieć się o dojazd w nocy pociągiem na lotnisko. Panienka dzwoni gdzieś i zapisuje na kartce godziny odjazdu. Pasuje nam kurs z Didube 10 minut po północy.

Wciąż mamy dużo czasu, zastanawiamy się, jak go wykorzystać. Wcześniej miałem taki pomysł, aby zakończenie trampingu uczcić degustacją jednego z tych fantastycznych tortów, które oglądaliśmy w Telawi. Niestety, równie pięknych, równie misternie skomponowanych delicji już nigdy nie zobaczyliśmy podczas naszych wojaży. Owszem, podobały mi się ciasteczka w kształcie chinkali, które widzieliśmy w cukierni przy ulicy Rustawelego, ale to nie to samo... Na razie więc siadamy w kawiarni "KGB" przy uroczej uliczce z kawiarnianymi ogródkami. Na miękkich sofach spędzamy najbliższe dwie godziny.

Zrobiła się piąta po południu. Wciąż mamy sporo czasu do transferu na lotnisko. Znajdujemy się teraz w dzielnicy wybitnie turystycznej. Przechodząc obok małej knajpki - jak się okaże z tureckim jedzonkiem - spostrzegamy reklamę jakichś łakoci. Nie umiem wytłumaczyć stojącemu za barem mężczyźnie, o co mi chodzi, wyciągam go więc na zewnątrz i pokazuję palcem obrazek. Po chwili dostajemy "na spróbowanie" dwa małe snacki. Dobre to było!

Wracamy do naszego hostelu i przeczekujemy do 22:00. Żegnamy się z gospodynią obiecując, że jej adres umieścimy w sieci. Makabrycznie zapchaną marszrutką podjeżdżamy na dworzec kolejowy Didube. Odszukujemy okienko kasowe. Pociąg na lotnisko? Jest, a jakże! Tyle, że dopiero o piątej rano. O mało mnie nie trafiło! To my specjalnie łazimy za informacją turystyczną, panienka dzwoni i zapisuje nam godziny odjazdów, a potem po prostu "pojezda niet"?
- Wam można pojechat' na awtobusie, nomier 50. On stoit wozle wokzała, około Mc Donalda - mówi kasjerka - jeszczio uspiejetie na posliednij...
Wybiegamy z budynku w czarną noc. Miotam się po placu pytając kierowców marszrutek o tę właściwą: - Marszrutki uże nie budiet siewodnia! - zgodnie stwierdzają.
A niech to! Złoszczę się.
- Uspokój się - mówi Aga - mamy jechać autobusem, nie marszrutką!
No tak. Autobus będzie przed północą, jak dowiadujemy się od starszej, lekko podchmielonej kobiety. Czekamy w tłumie chętnych na sąsiednim placu. Usłużny Gruzin pomaga nam uporać się z automatem sprzedającym w autobusie bilety. Po drodze wsiada piątka wyjątkowo głośno zachowujących się Polaków. Wracają z wyprawy na Kazbek do kraju. Milkną dopiero w momencie, gdy któryś z nich odkrywa, że i my jedziemy w autobusie.
Na lotnisku jesteśmy przed 1:00. Za ostatnie lari kupujemy kawę - dla Agi. Sączy ją ponad godzinę. Pakujemy plecaki w niebieskie worki i przed 4:00 odprawiamy się.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej