Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]
Jedziemy na Mierzeję Kurońską | Spacer wzdłuż plaży | Polowanie na cepeliny
Wczesna pobudka. Czyli jak zawsze. Objuczeni plecakami maszerujemy opracowaną wcześniej trasę na dworzec. Zaledwie kilka osób wsiada wraz z nami do pociągu o 6:40. Mamy teraz dwie i pół godziny na spanko. Pociąg jedzie, nie spiesząc się nigdzie, zatrzymuje się na każdym podmiejskim i wiejskim przystanku. W Kłajpedzie jesteśmy o 9:00. Mam dylemat: iść do hostelu przy Juras 9, czy szukać czegoś tańszego. Za pierwszą opcją przemawia położenie: Kłajpeda Traveller’s Guesthouse jest 100 metrów od dworca autobusowego. W planach mamy przejazd na Mierzeję Kurońską, lepiej nie tracić czasu. W hostelu dostajemy karty do bramy i dormu, zostawiamy plecaki w pokoju, starając się nie budzić śpiących jeszcze ludzi.
[opis]
W porcie okazuje się, że prom odjeżdża dopiero za 40 minut. Szybko się wyjaśnia, że jest i drugi prom, ale odpływa z innej przystani promowej zlokalizowanej ponoć w odległości trzech kilometrów. Chcąc nie chcąc siadamy na ławce i gapimy się na kolorowe dźwigi w porcie i statki pływające po zalewie. Przejażdżka na Mierzeję Kurońską trwa 10 minut, prom nie zabiera samochodów. Jak łatwo się domyślić, tutejsza mierzeja, podobnie jak Mierzeja Wiślana, to ciąg kurortów i plaż. Ale, trzeba dodać, znajduje się tu również park narodowy (Nacionalnyj Park “Kurszskaja kosa”). Te kurorty są na litewską skalę – na tyle małe, że z pięciu zrobiono jedno miasto – Neryngę.
Początkowo, widząc, że najbliższa marszrutka jest za dwie godziny, optowałem za tym, by się ograniczyć do kilkukilometrowego spaceru po okolicy. Są tu ścieżki rowerowe, plaże. Dałoby nam to jakieś wyobrażenie, czym jest Mierzeja Kurońska. Ostatecznie jedziemy "prywatnym" busem do Nidy, czyli na koniec litewskiej kosy. Kierowcy tych busów cierpliwie czekają przy porcie, aż uzbiera się kilku pasażerów. Przejazd do Nidy kosztuje nas po 10 litów. Widoki na razie nie są oszałamiające. Droga prowadzi głównie przez las, rzadko widać skrawki zalewu i plażę. Mijamy kolejne osady liczące po kilkadziesiąt domów. Nida leży tuż przed granicą rosyjską. Drewniana zabudowa złożona z niewielkich domków podoba mi się, zwłaszcza drewniane ozdoby dachów. Śparogi – dwie wydłużone, wystające poza linię dachu rzeźbione deski spinające konstrukcję kalenicy – kojarzą się zwykle z architekturą Podhala. Tu jednak również są stosowane i często zawierają motyw końskiej głowy. Tego rodzaju ozdoby są zresztą spotykane w Niemczech i Europie Północnej. Ale też i na Podlasiu. Na dachach innych chałup widoczne są również pazdury – pionowe ozdoby osadzane na zakończeniu kalenicy. Te z kolei elementy – podobnie jak na Kurpiach i Mazowszu – przybierają z reguły bardziej zgeometryzowane formy*/.
Naszym celem są wydmy na południe od miejscowości. Jeden rzut oka na olbrzymie, wznoszące się na 50 metrów, wydmy sięgające od zatoki po morze i już widziałem, że warto tu było przyjechać. Wspinamy się teraz powoli na piaszczystą górę schodami zbudowanymi dla wygody turystów tuż przy granicy lasu. Z miejsca przy słonecznym zegarze widać dokładnie topografię okolicy. Tam, na południu, może 1,5 kilometra dalej, zaczyna się należący do Rosji obwód kaliningradzki. Zastanawiamy się, czy jest tam przejście graniczne; jak się przekonam po powrocie do domu – jest. Wąski pasek lądu z wydmami i lasem niknie na horyzoncie. Tam też, ale jeszcze po stronie litewskiej znajduje się tzw. Dolina Śmierci – rzekome miejsce, gdzie znajdował się obóz jeniecki dla francuskich jeńców z okresu wojny francusko-pruskiej (1870). W rzeczywistości, miejsce to w przedwojennej prasie nosiło nazwę Dolina Ciszy, a dokładna lokalizacja obozu nigdy nie została określona… Gdy spoglądam na północ, widzę pofałdowany teren pokryty lasami.
Zastanawiamy się, co dalej: może wrócić do Nidy, by na jej północnym końcu zobaczyć dom Tomasza Manna? Zapada decyzja, że nie – i tak nie chcemy go zwiedzać. Wolimy się przejść po bałtyckiej plaży. Leśna droga wyprowadza nas na brzeg, gdzie spotykamy dwa leżące na piasku kaszaloty. Plaża jest praktycznie pusta, szeroka, z dziesiątkami tablic wskazującymi sektory dla tekstylnych i dla wyzwolonych. Przechodzimy przez pas wydm i lasek i ustawiamy się na krzyżówce przy głównej drodze. 15 minut później jedziemy furgonem. Chłopak jest dostawcą towaru, co chwilę odbiera komórkę lub przegląda faktury. Po drodze spotykamy wyścig kolarski – są wśród nich zawodnicy z Polski, jak wnosimy po rejestracji jednego z wozów pędzących za peletonem.
– Smotrite tam! Na dieriewach! – mówi w chwili, gdy mijamy Górę Kormoranów.
Fakt. Nawet tu, w lesie przy drodze, widać na wpół uschnięte drzewa z gniazdami w koronie. Samych kormoranów nie zdążyłem zauważyć. Tym razem korzystamy z promu pływającego do Starego Terminalu (Senoji perkėla, Šiaurinis ragas). Uprzejmy chłopak podrzuca nas na główną ulicę w Kłajpedzie. Tyle kurońskiej przygody.
Pada pomysł skorzystania skosztowania cepelinów. To popularna tutaj potrawa – jest obok czegoś tam kulinarną wizytówką Litwy. Są to pyzy nadziewane mielonym mięsem, ziemniakami lub serem. Siadamy w restauracji przy ulicy... Długo studiujemy menu, szukając znajomej nazwy. Cepeliny są po 12 litów. Nie dość, że drogo, to nie możemy zamówić. Obsługa nas najwyraźniej lekceważy. Po 15 minutach wychodzimy. W starym mieście pilnie wypatrujemy knajpy. Prześladuje nas pech. Albo nie poddają cepelinów, albo się skończyły. Nawet w restauracji... polecanej w przewodniku Bezdroży ich nie ma. Miał tu być “duży wybór i przystępne ceny". Podobno zmienili profil. A zatem nici z polowania na cepeliny! Teraz ważniejsze są bilety na następny dzień do Lipawy, gdzie mamy już załatwiony nocleg. Połączeń z Łotwą jest kilka, zaopatrujemy się w bilety na najwcześniejszy autobus o 7:00. Jakoś umyka mi możliwość pojechania o 7:00 do Kuldygi. A przecież jest ona w naszych planach. Płakać z tego powodu nie będę, w końcu i tak ten tramping odbywa się bardzo sprawnie. A do Kuldygi i tak jutro dotrzemy. Jak później sprawdzałem, bezpośrednie połączenie jest znacznie droższe niż przesiadką w Lipawie. No i nie będziemy targać bambetli po mieście…
Odświeżamy się w hostelu i idziemy na wieczorny spacer, wybierając te ulice, których jeszcze nie poznaliśmy. Przy... występujemy do knajpy. Cepeliny podają, a jakże! Jedyny problem, że została ostatnia, jedna porcja. Mnie pozostaje zamówić litewskiego kołduna. Cepelinami dzielimy się po bratersku. Są do przełknięcia.
– Babcia robiła lepsze pyzy – podsumowuję.
______________________________________
*/ Interesujące dla mnie jest, że tego typu ozdoby dachów są (lub były) powszechnie stosowane na całym świecie, także w innych kulturach. Z tym, że często są bardziej wyrafinowane, bardziej dekoracyjne. W Japonii przykładowo będzie to morski potwór shachihoko (鯱・鯱鉾) lub ogr onigawara (鬼瓦) – umieszczane na końcu kalenicy. Natomiast bestia zhenshou (镇兽) i smok-ryba chiwen (鸱吻) są umieszczane na kalenicy lub jej końcach i stanowią charakterystyczną dekorację pałacową w Chinach.