Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]
Poszukiwanie klucza | Zwiedzamy | W podwodnym świecie | Wieczór
„Ja się chyba nigdy nie wyśpię na trampingach" – mruczę wyłączając budzik nastawiony na 5:00 rano.
– Zdążymy? – niepokoi się Jola.
– Spokojnie. Zdążymy wypić kawę i biegniemy na lotnisko.
Samolot mamy o 7:10, tym razem lecimy do Lizbony. Wtedy, gdy to jest możliwe i sensowne, staram się urozmaicić trasą trampingu. Bilety do Lizbony były w tej samej cenie co do Porto, korzystamy więc z możliwości odwiedzenia stolicy Portugalii.
O 10:25 jesteśmy na miejscu. Lizbona należy do tych nielicznych dużych miast europejskich, w których lotnisko usytuowane jest blisko centrum. Tu do centrum jest około 4 kilometrów, natomiast ja szukając noclegu starałem się wybrać maksymalnie blisko lotniska tak, aby uniknąć niepotrzebnego przemieszczania się dzisiaj i jutro. Nocleg mamy w 4U Lisbon III Guest House przy rua Alferes Malheiro, zaledwie 1400 metrów od terminalu. Nocleg nie będzie najtańszy, płacimy prawie 40 euro za pokój dwuosobowy. O ile się tam dostaniemy, bo zaczyna się od nietypowego problemu. Nie możemy dostać się do pokoju, gdyż lokatorzy z ostatniej nocy zamknęli pokój na klucz i, wyjeżdżając, zapomnieli go oddać. Trwają nerwowe poszukiwania rozwiązania. Szefowa dzwoni do klientów, klucze są gdzieś już daleko w Europie. Ostatecznie dostaniemy nocleg w innym budynku należącym do tego samego właściciela. Portugalka podwozi nas samochodem, to kilka przecznic dalej, przy skrzyżowaniu Av. dos Estados Unidos da América i Av. de Roma. Nasz apartament znajduje się na pierwszym piętrze. Muszę powiedzieć, że miejsce jest naprawdę super: pokój jest olbrzymi, mamy dostęp do kuchni i tak dalej. Wszystko liść lśni bielą i czystością. Nocleg standardowo kosztuje tutaj około 60 euro.
Jednym z motywów zachęcających nas do wizyty stolicy Portugalii jest wielkie oceanarium, które stało się najważniejszym punktem programu dla Joli. Mnie natomiast przyciągały tutejsze zabytki.