Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]
Registration! | Spacer po niesamowitych tarasach ryżowych | Kąpiel pod wodospadem
Dojeżdżamy rankiem do Banaue. Zatrzymujemy się w jakimś dziwnym miejscu, które z trudem nazwalibyśmy dworcem. Jacyś naganiacze otaczają nas, jeden z nich krzyczy, pokazując stolik, przy którym siedzi Filipińczyk.
– Registration!
– E tam, nie potrzebuję żadnej rejestracji.
Wyjaśnia się, że tu pobierana jest opłata za wstęp do miasteczka. Spotkałem się z tym procederem już w Wietnamie, ale tam udawało mi się uniknąć haraczu. Tu jesteśmy widoczni, jak na dłoni i nie mamy szans wycofać. Płacimy po 20 PHP. Na niektórych turystów czekają jeepy, rozwożą ich do zabukowanych hoteli.
– No dobrze, idziemy szukać noclegu – chwytam za plecak.
W dwóch czy trzech miejscach ceny są nie do przyjęcia, w końcu trafiamy do obleganego przez turystów hostelu (Querencia Hotel). Zamieszanie jest spore, turyści tłoczą się w sali, która jest jednocześnie pubem i recepcją. Trwa tu jednocześnie organizacja wyjazdów na jednodniowe toury. Oglądamy zaproponowany pokój. Jak dla mnie, może być, ale Cecile krzywi się.
– Za dużo tu ludzi i hałasu.
– Dobrze, idziemy dalej.
Zanim opuścimy to miejsce, zapoznajemy się z ofertą tourów do Sagady i na pola ryżowe. Schodzimy w dół wioski, przekraczając rzekę Alimit i upatrzywszy sobie jakiś dom na rogu, postanawiamy sprawdzić, czy nie ma tam noclegów.
Nocleg jest, a jakże. Pokój całkiem dobry, trochę staroświecki, ale urządzony w stylu europejskim. Z balkonu rozpościera się widok na dno doliny i domy uczepione przeciwległego zbocza. U naszych stóp ciągnie się droga wylotowa ze wsi. Widać mieszkańców urzędujących na ulicy, sprzedających tu swoje towary. Paru mężczyzn zgromadziło się przed jednym z domów i zażarcie dyskutuje. Rozmowie towarzyszy niesamowity kwik prosięcia czy raczej dwumetrowej świni, którą właśnie przeprowadzono. Zwierzę kwiczy wniebogłosy, pewnie wie, co je czeka.
– Jest 11:00 – mówię – może pojedziemy teraz na tarasy ryżowe?
– To dobry pomysł. A jak daleko stąd to jest?
Z mapki zabranej z hostelu niewiele wynika. Jest obrazkowa i pozbawiona skali. Przynajmniej wiemy, jak się nazywają miejscowości, do których chcemy się udać.
Ruszamy na piechotę. Trudno powiedzieć, ile kilometrów dzieli nas od tarasów, na razie przechodzimy przez kolejną wieś, oglądając miejscowe obrazki. Za wsią zwalniamy, droga idzie pod górę.
– Może jednak czymś podjedziemy? – pyta Cecile.
Właśnie nadjeżdża tuk-tuk. Lekko macham na kierowcę ręką. Nie ma problemu, zawiezie nas. Ustalamy cenę i ruszamy. Silnik wyje, gdy pojazd wjeżdża pod górę, a potem z hurgotem zjeżdża w dół. Pędem mijamy kolejne miejscowości, ledwo mogę zrobić jakieś zdjęcia po drodze. Dojeżdżamy w końcu do krzyżówki, tu boczna droga idzie ostro pod górę. Kierowca ma problem z wjechaniem. Daję znać Filipińczykowi, że poradzimy sobie dalej sami. Płacę 200 peso i ruszamy w górę.
Krajobrazy są tu bardziej zielone, wokół ciągną się wzgórza a właściwie góry pokryte tropikalnym lasem. Pól ryżowych nie widać, ale kierowca uprzedził, że pola ryżowe będą za górą, na którą wchodzimy.
Jest bardzo przyjemnie. Przyroda wokół bujna, długo tęskniłem za takimi widokami. Gdy idziemy dróżką przez gęstwinę, ptaszki i motylki uganiają się wśród drzew. Po 20 minutach osiągamy przełęcz. Teraz strzałki wskazują dojście do wioski i tarasów ryżowych. Dalej zresztą tuk-tuki nie jeżdżą, tu kończy się droga. Leśną ścieżką schodzimy nieco w dół na drugą stronę wzgórza. W pewnym zdziwieniem odnotowujemy, jak bardzo komercyjne jest to miejsce: przy dróżce co chwilę spotykamy reklamy noclegów na tablicach. Okazuje się, że i tutaj wstęp do wioski jest płatny (niby po 50 PHP). Tablica informuje, że pieniądze będą przeznaczone na podtrzymanie tradycji w wiosce. Jak wspomniałem, z podobnym rozwiązaniem miałem do czynienia w północnym Wietnamie, tyle że wtedy byłem o tym uprzedzony i tam, gdzie mogłem, unikałem opłaty.
Muszę przyznać, że widok jest fantastyczny: zbocza kilku najbliższych wzgórz pokryte są tarasami ryżowymi układającymi się piętrami. Tych pięter jest ze 20. Tarasy są zaokrąglone wiją się wzdłuż profilu wzgórz. Teraz, w lutym, jest tu właściwie początek wegetacji. Ryż jest jeszcze niski, a na niektórych polach wieśniacy dopiero go sadzą. W dolinie przycupnęła wioska; właściwie powinienem powiedzieć sitio, czyli wiejska osada (w przeciwieństwie do miejskiego puroku) stanowiąca część barangaju (barangay), najmniejszej jednostki administracyjnej na Filipinach. Inne, skryte wśród drzew sitio, wpełzło na zbocza. Jest i trzecie sitio w oddali, a za nim kolejne. Wszystko wygląda bardzo malowniczo. Ruszamy ku tarasom, chcemy się po nich przespacerować. Ich, krawędzie, "miedze", mają czasem zaledwie 30 centymetrów szerokości, a czasem są metrowej szerokości ścieżką, po której wygodniej się poruszać. Aby przejść z niższego tarasu na wyższy, można skorzystać z oryginalnych schodków, które są kamieniami wystającymi z pionowego kamiennego muru podtrzymującego wyższy poziom. Po terenie pól ryżowych poruszamy się swobodnie, nikt nas się nie czepia ani niczego nie chce. Kręcąc się tak po tarasach ryżowych, przechodząc z piętra na piętro, spędzamy ze dwie godziny. W końcu uznajemy, że wystarczy.
– Może zaglądniemy do tej doliny – mówię, wskazując ręką ścieżkę prowadzącą przez niewielki lasek i wyprowadzającą w dolinę po lewej.
– A co tam będzie?
– Nie mam pojęcia, sprawdzimy.
Szybkim krokiem schodzimy ku dolnym tarasom ryżowym, przechodzimy przez wspomniany zagajnik i mijamy kilka zabudowań. Dalsza droga prowadzi do niewielkiej kotlinki kończącej dolinę. I tu zaskoczenie, gdyż przed naszymi oczami pojawia się sporych rozmiarów wodospad. Szeroka na kilka metrów struga wody spada z wysokości 10 pięter. U stóp wodospadu otworzyło się niewielkie jeziorko. Widzę dwójkę czy trójką turystów na brzegu. W jeziorku pływa dziewczyna, a gdy wynurza się z wody, widzę, że jest 20-latką o bujnych kształtach. Wymieniamy pozdrowienia. Patrzę pytająco na Cecile.
– Teraz na ciebie kolej! – zachęcam.
– Jak chcesz, to ty się kąp – odpowiada nieco obrażonym tonem.
– A żebyś wiedziała! - mówię i zrzucam koszulkę i spodnie.
Woda jest chłodna, ale do wytrzymania. Podpływam w stronę wodospadu, zanurzam się parę razy. Wystarczy. Wracam nieco zmarznięty, próbując utrzymać równowagę na nierównym dnie.
– I jak? Zdecydowałaś się?
– Nie, dziękuję.
– Okej, zatem idziemy dalej.
Najkrótsza droga prowadzi przez sitio, domy tutaj są drewniane, podwórka otoczone niskim płotem z glinianym klepiskiem i kurami grzebiącymi w poszukiwaniu ziarna lub robaków. Wszędzie porozrzucane są sprzęty domowe i narzędzia rolnicze. Z sąsiedniego domu unosi się smuga dymu, mieszkanka gotuje obiad. Starszy mężczyzna siedzi na stołku i dłubie w desce. Dzieciaki uśmiechają się do nas, pozują do zdjęć, a potem z krzykiem uciekają. Cecile upatrzyła sobie psa, nakarmiła go i pies teraz podąża za nami. Do domu wracamy na piechotę.
Przed jednym z domów wystawione – zapewne do sprzedaży – metrowe i dwumetrowe rzeźby przedstawiające różne postaci: modlącą się kobietę, brzemienną kobietę, mężczyznę z owieczką na ramionach, jakiegoś starca. Co ciekawe, rzeźby te wykonane są z pociętej, wysuszonej trawy.