Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27]


Bangkok

środa, 1 II 2012


Na przejściu granicznym | Gdzie ja jestem?! | | | |


O świcie, gdy dojeżdżaliśmy do granicy tajlandzkiej, jestem już bardzo męczony. Może nie tyle z powodu ostatniej nocy w autobusie, ile wskutek trudów dotychczasowych dziesięciu dni trampingu. Poza tym, opadło już napięcie po emocjach związanych z wycieczką nad jezioro Tonle Sap a wcześniej ze zwiedzaniem Angkor Wat. Cieszę się, że jeden głównych celów podróży po Indochinach został zrealizowany.
Ponieważ przejście graniczne w Ban Klong Luk jest jeszcze zamknięte, spędzamy dwie godziny w jakimś hangarze pełniącym, zdaje się, funkcję poczekalni dla autobusów transportujących podróżnych między oboma krajami. Są tu jakieś stoły i rozłożone prycze, więc skwapliwie się rozkładam kładąc plecak pod głowę. Koło siódmej w hali rozlegają się krzyki i nawoływania. Podjeżdżają pickupy i busy, do których w pośpiechu się ładujemy. Pędzimy przez budzące się do życia miasteczko w kolumnie utworzonej przez kilka pojazdów. Wyrywam plecak spod innych bagaży w pickupie i kieruję się do błyskawicznie rosnącej kolejki do okienka imigrantom. Tu z przykrością stwierdzam, iż zgubiłem niedomkniętą kłódkę do plecaka. Dalej idzie już łatwo. Z tłumem turystów i miejscowymi idę długim korytarzem na stronę tajlandzką. Staram się nie stracić z oczu ludzi z mojego autobusu. Wizy dla Polaków są od zeszłego roku znów zniesione, dostaję tylko pieczątkę uprawniającą do wjazdu na dwa tygodnie. Tyle aż mi nie potrzeba, o królu złoty, obskoczę twój kraj w kilka dni.
Do stolicy jest 250 kilometrów. Droga początkowo wąska, później dwujezdniowa prowadzi przez tereny nizinne. Mijamy dziesiątki wsi i miasteczek. Wokół pola uprawne, stosunkowo mało pól ryżowych. Lasów prawie nie ma a te które widzę są często obsadzone drzewami jednego gatunku rosnącymi w równych rzędach. Pewno Tajowie za niepokoili się tym, że nie można bez końca wycinać dżungli. Dalszą część drogi przesypiam. Przebudzam się na dobre na przedmieściach Bangkoku. 8-milionowa stolica rozpościera się na 1500 kilometrach kwadratowych. To powierzchnia 5 razy większa od Malty! I to daje się odczuć podczas godzinnego przejazdu do centrum. Chociaż Bangkok nie wyznacza światowych trendów w urbanistyce, to architektura osiedli i kilkunastopiętrowych zespołów biurowców może zaskakiwać. Liczne ślimaki i estakady wijące się obok nas, nad nami i pod nami przypominają mi Kair z wielopoziomowymi arteriami.

W końcu docieramy do Khao San Road, znanej wszystkim dzielnicy backpackerskiej. Autobus zatrzymuje się przy Sip Sam Hang Road, która jest właściwie wydłużonym placem. Jestem chwilowo zdezorientowany: ustalam kierunki świata i orientuję mapkę z LP. Zatrzymuję jakiegoś białasa z idiotycznym pytaniem:
– Where am I?

[opis reszty dnia]

Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej