Dzień: [0] [1] [2] [3] [4]


Troodos - Nikozja - Kyrenia - Bellapais - Nikozja - Larnaka

środa, 2 X 2013


Z Polakami do stolicyi |Ufortyfikowane miasto |Szlakiem cerkwi |Wkraczam do Cypru Północnego |Muzułmańskie klimaty | Nadmorska perełka | Weź pan taxi! | Opactwo zakonu Norbertanów | Gdzie by tu przenocować? | Ewakuacja do Larnaki | Nocleg nad Słonym Jeziorem


Kościółw Limassol

Gdzieś koło pierwszej w nocy budzą mnie krople deszczu. Szybko przytomnieję. Deszcz wzmaga się i nie ma chwili do stracenia. Nie zapalając czołówki narzucam alumatę na puchowy śpiwór i wyszukuję obok mojego legowiska w miarę równe miejsce odrzucając na boki kamienie. Po trzech minutach namiot jest rozbity, prędko wrzucam bety do środka. Uff! Kokoszę się jeszcze przez moment i już spokojnie zasypiam nie zważając na słabnące opady, które potrwają niemal do rana.
Około 6:00 pobudka. Zjadam "śniadanie" i szybko się pakuje. Autobus odjeżdża o 7:30, na szczęście namiot jest już praktycznie suchy. Trzy kilometry dzielące mnie od Troödos pokonuję w niecałą godzinę. Na drodze ruch minimalny, stopowanie o tej porze nie działa. W wiosce, na przystanku, para backpackersów, ani chybi Polacy. Zaczynam
klasyczną gadką:
- Hello! Where are you come from?
- Poland.
- Holland? Oh, yes! I know, Amsterdam... big city!
- No, no! Poland!
Śmieję się. Para jest z Poznania, młodzi wybrali się na kilkanaście dni. Nie spieszą się.
- Byliśmy na Plaży Afrodyty, mogliśmy jechać dalej, ale spodobało się nam tam. Zostaliśmy na cały dzień...
W Troöditissie nie byli, ale zaliczyli Wodospady Kaledonii.
- Zostaniemy w Nikozji może dwa dni. Chcemy potem pojechać do Femagusty.
- Tam jest przejście graniczne? – pytam.
Chłopak mówi, że prawdopodobnie jest. Sprawdzą jeszcze.
Autobus pojawia się punktualnie (7:30), jedziemy... tylko we trójkę. Wygląda na to, że sezon jest nieturystyczny, a kto nie-turysta, to zaopatrzył się w samochód... Droga prowadzi na północny wschód, zjeżdżamy z gór coraz niżej. Krajobrazy są interesujące, ale nie oszałamiające. Mijamy po prawej kopalnię odkrywkową w Pano Amiantes, sławnych hałd azbestowych tu nie ma. Przy drodze znajduje się natomiast co najmniej jeden kemping, poza tym towarzyszy nam cały czas las.
Trochę rozmawiam z Polakami, trochę przysypiam. Jazda kończy się w jakiejś miejscowości. Nieco skonsternowani wysiadamy.
- No to wyjaśniło się, dlaczego płaciliśmy tylko 1,5 euro – mruczę.
Ale nie! To tylko punkt przesiadkowy. Po pięciu minutach wsiadamy do innego autobusu jadącego już bezpośrednio do Nikozji. Jest dobrze, wszystko idzie jak trzeba. Niepokoją mnie jedynie krople deszczu na szybach. Jestem trochę rozczarowany tą pogodą – miało nie padać przez cały tydzień. Gdy jednak, przedarłszy się przez plątaninę estakad, rond i zjazdów, dojeżdżamy do centrum stolicy – niebo jest już czyste. Żegnam się z polską parą życząc im powodzenia. Z rozkładu jazdy wynika, że autobusy dalekobieżne kursują stąd do Pafos, Limassol, Aqua Napios i do Larnaki, która mnie interesuje najbardziej. Popołudniowe kursy są co godzinę (mniej więcej) do godziny 20:00. Ale, póki co – stolica i Cypr Północny! Kościółw Limassol

Zaczynam od niespiesznego spaceru po Laiki Geitonia. To stara dzielnica z wąskimi uliczkami, sklepikami i knajpkami. Jest jeszcze dość wcześnie (10:00), jeśli się weźmie przyzwyczajenia ludów tej części świata. Tak więc ruchu dużego tu nie ma, przez co te miejsca tracą na atmosferze i kolorycie.

Wracam do głównej ulicy biegnącej wzdłuż masywnych murów miejskich otaczających całą Nikozję. Po drugiej ich stronie znajduje się szeroka fosa a liczne donżony świadczą o możliwościach obronnych miasta-twierdzy. Trzeba przyznać, że dzieło Giulio Savorgnano i Franscesco Barbaro, budowniczych z Wenecji jest imponujące. Inna rzecz, że ich koncepcja ochrony miasta prze tureckim atakiem wymagała oczyszczenia przedpola z wielu, często zabytkowych średniowiecznych obiektów. Niestety, Włosi zabrali się za swą pracę zbyt późno i zanim skończyli fortyfikować Nikozję, Piąty Wezyr, Bejlerbej Damaszku, Lala Kara Mustafa Pasza zdobył miasto...
Moim najbliższym celem jest Brama Femagusta, ale zanim do niej dojdę, trafiam przy bastionie Podocatoro na ciekawy pomnik Eleftheria upamiętniający walkę Cypryjczyków z brytyjskim kolonizatorem. Poniżej platformy z postacią symbolizującą Wolność (z jakąś ścierką w dłoni i wzniesionym ku górze małym palcem u drugiej dłoni) stoi dwóch powstańców z Ethniki Organosis Kiprijon Agoniston. A jeszcze niżej mamy fałszywe drzwi z uchyloną kratą, z których wybiega grupa uwolnionych ludzi.

Brama Femagusta, zaprojektowana w XVI wieku przez architektów z Wenecji znajduje się kilkaset metrów dalej. Z żalem stwierdzam, że nie przedstawia się zbyt ciekawie, przynajmniej od strony miasta. To właściwie duży, ceglany budynek z ponurym korytarzem bieganym na przestrzał. Notabene, korytarz jest zamknięty i nijak nie mogę się dostać na drugą stronę, by zrobić zdjęcia z lepszym oświetleniem. Po obu stronach korytarza znajdują się obszerne pomieszczenia, długie i z kolebkowym sklepieniem. Urządzono w nich sale wystawowe, tu odbywają się koncerty fortepianowe. Wychodzę z uczuciem niedosytu. Spodziewałem się czegoś w rodzaju Bab el Mansur w Meknes (Maroko) czy choćby Id Kah w Kaszgarze (Xinjiang, Chiny).
Skręcam teraz ku centrum, w nadziei odnalezienia kościoła św. Jana. Nieoczekiwanie trafiam na zasieki "Zielonej Linii" - wyznaczonej 50 lat temu przez generała Petera Younga linii demarkacyjnej dzielącej miasto (i całą wyspę) na pół. Zapytany przeze mnie żołnierz, który pełni tu nudną służbę w budce wartowniczej, mówi mi o dwóch kościołach w pobliżu i wskazuje drogę. Zapuszczam się w uliczki przylegające do strefy zdemilitaryzowanej i z zainteresowaniem się jej przyglądam. Wszystko tam zniszczone, nie remontowane od lat. Niczyje, więc popada w ruinę. Kościółw Limassol

Wędrując tymi niezbyt ciekawymi ulicami dochodzę do kościoła Panagia Chrysaliniotissa. Alternatywną nazwę: Aliniotissa zawdzięcza cudownemu odnalezieniu ikony Bogurodzicy w gęstych ciernistych krzakach (alinies). To najstarszy kościół prawosławny w obrębie murów miejskich. Kamienna, przysadzista bryła XV-wiecznej świątyni przywołuje wspomnienia gruzińskich kościołów, też w większości pozbawionych dekoracyjnych elementów na zewnątrz. Kościół nie ma wieży dzwonniczej, jednoarkadowa dzwonnica parawanowa przypomina stylem romańską espadaña. Zostawiam plecak na ławce i zagłębiam się w mrocznym wnętrzu. Podobnie jak w Troöditissie, wyposażenie jest bardzo bogate. Przed ikonostasem z obfitymi złoceniami wisi rząd lamp oliwnych – jak zwykle zachwycam się ich misternym wykonaniem. Na wprost wejścia (kościół jest przedziwnie krótki a szeroki) umieszczono duży obraz ze świętym. Korzystając z kościelnej toalety odświeżam się i golę.
Kieruję się teraz pod pałac Chryzostoma II. Muszę powiedzieć, że Wielce Błogosławionemu Arcybiskupowi Nowej Justyniany i Całego Cypru mieszka się wygodnie! Jego hawira jest, po prostu, olbrzymia. W narożniku ogrodu, w oszklonym pawilonie, ustawiono dwa mercedesy. Sprawiają wrażenie, jakby ich właściciel chciał powiedzieć: patrzcie, czym jeżdżę! Zupełnie niepotrzebnie, bo wiadomo powszechnie, że wszędzie na świecie duchowni mają słabość do wypasionych bryk.
Obok znajduje się Sobór św. Jana Teologa (z 1662 roku) i muzeum. To ostatnie odpuszczam (kosztuje coś koło 4 euro), natomiast z przyjemnością wchodzę do świątyni. Wnętrze w tym kościele jest bardzo bogate, jak przystało na najważniejszą katedrę Cypryjskiego Kościoła Prawosławnego. To tu, siedem lat temu intronizowano Hēródotosa Dēmētríou, który przyjął imię Chryzostoma II. Każdy metr ścian i sklepienia wymalowany jest portretami świętych i innymi scenami ze Starego Testamentu. Znajduje się tu obraz przedstawiający Sąd Ostateczny i Stworzenie Świata a także cykl malowideł opowiadających o odnalezieniu relikwii apostoła Barnaby. Posrebrzane i pozłacane lampy wiszą w rzędzie przed XVII-wiecznym ikonostasem. Piękna jest również rzeźbiona w drewnie ambona. Niestety, porządku pilnuje kościelny i nie pozwala robić zdjęć (co oczywiście nie przeszkadza mi fotografować z ukrycia).
Dalej, cokolwiek przypadkowo, trafiam na dom, w którym pod koniec XIX wieku mieszkał Hadjigeorgakis Kornesiou, dragoman, czyli wysoki urzędnik państwa otomańskiego służący jako tłumacz i poborca podatkowy w kontaktach z chrześcijanami. Ponad bramą wejściową znajduje się relief z lwem apostoła Marka i owocami granatu. Za bramą otwiera się widok na neogotycki dziedziniec otoczony z trzech stron ostrołukowym portykiem. Jeśli nawet wstęp tu był płatny, to nie zawracałem sobie tym głowy. Zobaczyłem, co chciałem – trochę połamanych kolumn i porozrzucanych kamieni pod murem, pstryknąłem parę fotek. Na piętrze muzeum z salami wyłożonymi dywanami i otomanami, hamman i inne pomieszczenia. Zapewne ciekawe, ale – odpuszczam sobie.
Później zerkam na kościół Ayios Antonios – zamknięty, ale za to z ładnymi ozdobami na wysokiej wieży z dzwonami na dwóch poziomach.
W południowej części Nikozji pozostało mi jeszcze parę kościołów do zwiedzenia. Mam zamiar je zobaczyć, ale mój zapał nieco już opadł. Jak to mówią, co za dużo to niezdrowo.
Kościółw Limassol

Kieruję się w stronę ulicy Ledra (Odos Lidras), na końcu której znajduje się przejście graniczne. Zaliczam po drodze olbrzymi kościół Faneromeni pod wezwaniem św. Marii – mieszanka stylów: bizantyjskiego, gotyckiego i neoklasycystycznego. Wewnątrz – znów! – pięknej urody ikonostas z wyjątkowo bogatymi ornamentami rzeźbionymi w drewnie. Wrota carskie zachwycają koronkową robotą, aniołkami wplecionymi w kiście winogron. W sąsiednich panelach dostrzegam dwugłowego orła – tego samego, który widnieje na bramie Pałacu Arcybiskupiego. Swoją drogą... ten ptasi symbol współcześnie kojarzący się z herbem Rosji (sławne kraty w Petersburgu!) i z nowym herbem Albanii, ma bardzo antyczne korzenie. Podobał się już Sumerom 6000 lat temu, używano go w Babilonii a później w państwie Seldżuków (przejętym później przez perskich szachów – patrz, na przykład, złocony talerz w muzeum w Tabriz). Używano go także w Bizancjum i królestwie Mysore. No cóż... co dwie głowy, to nie jedna! I taki orzeł jest bez wątpienia potężniejszy niż orzeł jednogłowy (podobnie z wielogłowymi bóstwami w lamaizmie...).
Po sąsiedzku znajduje się Marmurowe Mauzoleum, które zostało wzniesione ku pamięci czterech duchownych straconych przez osmańskiego gubernatora w 1821 roku. No cóż, Grecja zadeklarowała wojnę o niepodległość, to i Cypryjczycy poszli w ślad za nimi... Ta część miasta jest bardziej turystyczna, ulica Ledra zamieniona jest w promenadę, taką, jakich wiele spotykałem wcześniej: butiki, knajpki, stoiska z pamiątkami. Ale kiedyś w okresie walki narodowowyzwoleńczej ulica nosiła ponure miano Murder Mile z racji częstych ataków na żołnierzy brytyjskich. Rzucam jeszcze okiem na wąską w tym miejscu strefę buforową – pełen zasieków korytarz biegnący między zniszczonymi budynkami po obu stronach, i już widzę budki graniczne. Atmosfer tu pokojowa, by nie powiedzieć imprezowa. Żadnych uzbrojonych w karabiny posterunków wojskowych skrytych za workami z piaskiem. A tak pewnie musiało wyglądać to miejsce ileś lat wstecz (barykady usunięto dopiero w kwietniu 2008 roku!), gdy napięcie między obiema stronami konfliktu było większe. Wypełniam kartę imigracyjną, stempelek i już mogę przebywać w Republice Tureckiej Cypru Północnego przez 30 dni. Sprawdzam kurs liry tureckiej w licznych tu kantorach i wymieniam 10 euro. Powinno wystarczyć! Kościółw Limassol

Już na sąsiadujących z przejściem granicznym uliczkach wyczuwa się bardziej orientalny klimat. Sprzedawcy wyłożyli swoje towary przed sklepami, królują tu przyprawy, owoce i słodycze. Nie brakuje też tanich ciuchów, zapewne sprowadzanych z Turcji. Najbliższy obiekt do zwiedzania to Buyuk Han, duży budynek na planie kwadratu z dziedzińcem i małym meczetem w jego centralnym punkcie. Parter i piętro zajęte są przez sklepiki i pracownie artystyczne. Z pewną zazdrością patrzę na biesiadujących turystów w knajpkach na dziedzińcu. No, ale w końcu nie jestem głodny ;-) Krótki spacer po krużgankach na piętrze, kilka "artystycznych" fotek w bramie i już mogę iść dalej.
Obok znajduje się duży meczet Selimiye, zapewne piątkowy. Zaczynam od umycia nóg (i rąk), no cóż, trochę instrumentalnie wykorzystuję dziś świątynie... Wewnątrz – pustki. Może tylko dwóch muzułmanów się modli. Obchodzę wnętrze trójnawowej budowli dookoła, niewiele jest do oglądania, skromnie tu! Siadam na miękkim dywanie i delektuję się względną ciszą i chłodem. Najciekawszy dla mnie w całej budowli jest portal. Przypomina mi... wejście do gotyckich kościołów. No tak! Przecież to przerobiona na meczet katedra gotycka - świętej Zofii, zresztą... Z ambitem i pięcioma absydami! Jak mogłem dać się tak zmylić, sierotka ze mnie. Wszak to w tej bazylice koronowano królów cypryjskich... Dopiero po inwazji Turków w 1570 roku dodano minarety i mihrab starannie niszcząc ambonę i grobowce.
Z sąsiedniego budynku, który kiedyś był kościołem św. Mikołaja, później bedestanem, czyli sukiennicami a dziś jest zamieniony na salę koncertową, dobiega muzyka. Zaciekawiony podchodzę do stolika ustawionego przy wejściu. Pani daje mi ulotkę i zachęcana wieczorne występy.
- Taniec Wirujących Derwiszów, bardzo interesujące – namawia.
- Dziękuję, już byłem na takich występach, w
Kairze - odpowiadam uśmiechając się szeroko. Nie muszę dodawać, że tamten występ był darmowy i bardziej "naturalny". Bo chociaż bractwo pochodzi z Turcji i jestem w tureckiej części wyspy, to przecież jej "europejskość" sprawia, że to cepelia.
Kręcę się jeszcze między stoiskami, przechodzę koło Koumarjilar Khan, miejscowej karczmy, popularnej wśród XIX-wiecznych karciarzy a następnie już prosto kieruję się na plac Ataturka. Widać, że ta strona Nikozji jest skromniejsza, ale turyści i miejscowi, którzy o tej porze spacerują po ulicach lub rozsiedli się przy kawiarnianych stolikach obok Kolumny Weneckiej, nadają sympatyczną atmosferę miastu. Notabene, kolumnę przywleczono tu ze świątyni Zeusa w Salaminie a z Wenecjanami miała ona niewiele wspólnego – może poza lwem św. Marka na szczycie, którego Turcy zamienili na ordynarną kulę... Jakieś 200 metrów od placu Ataturka, gdzie znajduje się kolumna, widać już przysadzistą bramę z 1567, która strzec miała stolicę od północy. Swoją drogą, takie miasta z zachowanym układem murów obronnych – tu renesansowych - to dziś rzadkość (Carcassonne, Paczków, Ośno Lubuskie). Kościółw Limassol

Dolmusze do Kirenii odjeżdżają spod bramy co 20 minut, przejazd kosztuje 4,5 liry. Chcę zapłacić kierowcy przy wejściu, lecz ten kręci głową i coś mi po turecku tłumaczy. Nie to nie. Dopiero, gdy wyjeżdżamy na przedmieścia, wsiada bileter i kasuje od wszystkich opłatę. Do Kirenii jest zaledwie 25 kilometrów, ale droga jest interesująca, gdyż przekracza Pentadaktylos, zwane po turecku Beşparmaklar - jedyne pasmo górskie w Cyprze Północnym. Tam, gdzieś, na zboczach znajdują się ruiny średniowiecznych zamków w Buffavento, w Kantara i świętego Hilarego. Niestety, czas mi nie pozwoli do nich dotrzeć. Wygodną drogą dwujezdniową wjeżdżamy na przełęcz (na prawo od niej na zboczu widoczna jest gigantyczna flaga z muzułmańską gwiazdą) a następnie zjeżdżamy malowniczą, bo bardziej zalesioną i krętą, trasą ku morzu.
O Kirenii wiem tyle, że jest tu zamek i ładny port. Istotnie, już z drogi prowadzącej do miasta, widać twierdzę tuż nad brzegiem morza. Zaraz po zatrzymaniu się na dworcu czy raczej ulicy, przy której stają busy, pytam panów siedzących przy rozkładanym stoliczku funkcję okienka kasowego o komunikację z Bellapais. O tym, że mogę wziąć taksówkę, to wiem; chodzi mi o coś tańszego.
- Będzie bus do hotelu w Bellapais o 14:00 – mówi gość – Za pięć lir.
Mam więc prawie dwie godziny na zwiedzanie miasteczka. Idę najpierw przywitać się z morzem. W porcie mnóstwo pięknych jachtów, gdybym był żeglarzem, zapewne bym jęczał z zachwytu i zazdrości. Tak na marginesie, uświadomiłem sobie właśnie jak mało rzeczy ludziom zazdroszczę: ani samochodów, ani drogiego sprzętu audio-wideo, ani markowych ciuchów...
Na nabrzeżu gęsto ustawione stoliki są okupowane przez rozgadanych turystów. Zaglądam im przez ramię do talerzy – przynajmniej tak poznam cypryjską kuchnię ;-)

Obok portu znajduje się zamek. U podnóża potężnych 16-metrowych murów biegnie chodnik zapewne zbudowany dla wygody turystów. Od strony portu i miasta zamek oddziela głęboka fosa zaś przy wejściu na most znajduje się kasa. Wstęp, zdaje się 4 euro. Przechodzę przez most z dziwnym uczuciem, że czegoś zapomniałem. Za złamaną bramą, która przypomina mi rozwiązania obronne z fortu Mehrangarh w Jodhpurze (Indie), znajduje się mały dziedziniec ze sklepikami i schodami prowadzącymi na zewnętrzne mury. Z góry widać port jak na dłoni. Morze jest gładkie niczym stół, gdzieś tam na północy w odległości zaledwie sto kilometrów znajduje się Turcja. Nieco dalej jest do Libanu i Syrii, które tak miło wspominam. Po drewnianych mostkach przechodzę do resztek wieży, rzucam z góry okiem na niższe kondygnacje i schodzę na duży dziedziniec. Dziedziniec, jak to dziedziniec: pusty jest. Kiedyś zapewne ćwiczyły tu musztrę pułki piechoty. Dziś, trochę połamanych kolumn wala się pod popękanymi ścianami zewnętrznych murów. No cóż. Lata świetności zamek ma za sobą. Ale też swoje lata ma! Było Bizancjum – zamek stał. Nawiedzili Cypr Krzyżowcy z Ryszardem Lwie Serce na czele – zamek stał choć ucierpiał później przez Genueńczyków. Przybyli łagodni Wenecjanie – zamek stał a nawet nieco się rozbudował. Najechały wyspę wojska otomańskie – zamek nieco ucierpiał ale stał. Potem rządzili się tu Brytyjczycy i bojownicy z EOKA a w końcu urządzono tu kwaterę główną Cypryjskich Sił Zbrojnych. Zaglądam jeszcze do warsztatu-sklepiku artysty-prymitywisty lepiącego z gliny figurki zwierzątek. Ładne, ale nie potrzebuję. Jest tu również muzeum z resztkami statku kupieckiego z IV wieku p.n.e. Jego podobiznę można zobaczyć na cypryjskich monetach o nominale 1 i 2 euro. Niestety, czas goni, zależy mi na dotarciu jeszcze dziś do monastyru, zresztą łodzie Wikingów (Utrechcie) i statek Wasa (Sztokholm) już widziałem i oglądanie setek amfor i kamieni młyńskich dziś by mnie znudziło. Koniec zwiedzania, wychodzę na zewnątrz. Aaa! Już wiem, czego zapomniałem! Nie kupiłem biletu... ;-) Kościółw Limassol

Szybkim krokiem wracam na uliczkę z busami i tu rozczarowanie: nie ma busa do Bellapais!
- O której będzie bus do monastyru? – pytam ponownie panów przy stoliku.
- Nie ma autobusu, musisz wziąć taksówkę.
- Byłem tu godzinę temu i mówiliście, że będzie bus do hotelu w Bellapais.
Panowie rozmawiają między sobą, gdzieś tam dzwonią.
- Nie będzie busa – ponuro stwierdza Cypryjczyk.
W porządku, w końcu to niedaleko, poradzę sobie. Idę główną drogą na wschód, po 40 minutach dochodzę do skrzyżowania na Bellapais, które leży na zboczach Pentadaktylos biegnącego równolegle do wybrzeża. Ustawiam się do stopowania. Po 10 minutach machania jadę już z młodym mężczyzną. Jak przystało na hotelarza, chłopak jest gadatliwy. Droga w stronę gór szybko zlatuje, w końcu to tylko kilka kilometrów.
- Na pewno nie chcesz spać w hotelu?
- Nie, nie, dziękuję, wracam do Kirenii. - Do monastyru prosto, chcesz to cię podwiozę jeszcze.
- Nie, nie trzeba! Dziękuję!
Miły facet. Ale ja często spotykam sympatycznych ludzi na stopie. Ciepło wspominam zwłaszcza tych kierowców, którzy zbaczali z drogi, by podwieźć lub oferowali nocleg lub poczęstunek. Tak było z Thomasem z
Dusseldorfu, który zaprosił nas do domu i pokazał swoje miasto, tak było z irańskim taksówkarzem, który wziął mnie na obiad w krainie Alamut (Iran), tak było z uroczymi Kurdami, którzy obwieźli nas po parku narodowym Nemruth Dagi (Turcja) i z wieloma innymi. Zdarzały się wyjątkowo sytuacje stresujące i nieprzyjemne, jak na przykład z albańskim kierowcami, który życzyli sobie za podwiezienie wygórowane kwoty, ale to były rzadkie sytuacje.
Dopiero teraz uważniej rozglądam się po okolicy. Wyjechaliśmy z 10 kilometrów poza miasto, jestem w połowie wysokości zbocza Pentadaktylos. Poniżej, w oddali, nadmorska równina z osiedlami równomiernie ją pokrywającymi. A dalej już tylko szarobłękitne morze. Idę przez wioskę prostą ulicą, nie czuć tu turystycznej atmosfery. Tłoku też nie ma, od czasu do czasu mijam dyskretnie usytuowany hotelik lub pensjonat. Kościółw Limassol

Sympatyczna ulica z oknami ozdobionymi kwiatami i werandami z wiszącymi lampionami kończy się po 200 metrach i oto dochodzę do placu pełnego turystów i czekających na nich autokarów. Tu już widać cały monastyr a raczej to, co z niego pozostało. I od razu muszę powiedzieć, że to miejsce mi się podoba. Na wprost znajduje się XIII-wieczny kościół, po prawej zniszczone zabudowania opactwa norbertanów z charakterystycznymi uszkodzonymi gotyckimi łukami.
Moje zauroczenie tymi widokami ma fatalne skutki. Bezwiednie kieruję się do kasy i... kupuję bilet! Zostawiam plecak i wchodzę na nieogrodzony teren przykościelny. 9 lir do tyłu.
Przede mną wspomniany kościół z czteroarkadową dzwonnicą parawanową na szczycie ściany frontonu. Wchodzę ośrodka przez dobudowane przed frontonem podcienia. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to stojący pośrodku nawy, pięknie rzeźbiony... no właśnie! Jak to nazwać? Hm. No... drewniany orzeł siedzi na rzeźbionym postumencie, nad nim rzeźbiona kopuła wsparta na sześciu rzeźbionych kolumnach... ;-) Rzeźbione kwiatki i rzeźbione postaci świętych. Tylko co to i po co? Muszę doczytać ;-)
Trzyrzędowy ikonostas też ma ramę rzeźbioną w drewnie, na uwagę zwracają przede wszystkim Carskie Wrota z dwoma łabędziami(?). Ale mi bardziej się podoba tron biskupi, stojący po prawej stronie głównej nawy. Oparcia dla rąk są zakończone otwartymi paszczami smoków. Zupełnie jak w cesarskich pałacach
Zakazanego Miasta...
I właściwie tyle wyposażenia kościoła. Ściany są gołe, zbudowane z dużych szarych bloków kamienia. Wychodzę na światło dzienne.
Tuż obok – przylegający do północnej ściany kościoła - monastyr. Pośrodku znajduje się dziedziniec otoczony arkadą z ostrymi, gotyckimi łukami. Niewiele zachowało się maswerków rozpiętych w górnej części łuków. Wygląda to tak, jakby wandale systematycznie tłukli łomami arkadę po arkadzie. Dobrze, że oszczędzili rzeźbione nasady łuków... Z piętra, na które dostaję się wąskimi schodami, rozpościera się szeroko panorama: od nadmorskich miejscowości po skaliste zbocza gór. Po wschodniej stronie dziedzińca mieści się długie pomieszczenie – być może jadalnia – ze zniszczonym kolebkowym sklepieniem.
Następnie wizytuję salę północną z malutkim ażurowym balkonikiem. Pomieszczenie wysokie, z ławkami, pewnie odbywają się tu koncerty... Już ciekawszy jest marmurowy sarkofag wystawiony przed wejściem. Zaglądam jeszcze do piwnic z palmowym sklepieniem i... to byłoby na tyle.
A jednak nie! Jestem wściekły, bo w tym momencie odkryłem, że część zdjęć – począwszy od Nikozji robiłem, przy źle nastawionym parametrze ISO. Naprawiam swój błąd i obchodzę jeszcze raz monastyr fotografując jego zakamarki i gotyckie łuki. Ech! Kościółw Limassol

Czas się zbierać. Schodzę nieco w stronę Kyrenii. Zatrzymuje się landrover, wskakuję. Kierowca mówi, że dobre plaże są daleko za miastem, ale mi wystarczy jakakolwiek. Podrzuca mnie prawie do centrum udzielając wskazówek jak dostać się nad morze.
Istotnie, plaża jest, ale niedostępna dla plebsu, o czym informuje mnie strażnik w hotelowym uniformie. Nie szkodzi. Przechodzę przez osiedlowe chaszcze i idąc ulicą zabudowaną podniszczonymi blokami dochodzę do plaży ogólnodostępnej. Niestety, woń zgniłych piór i odchodów ptasich poraża. Nie mówiąc już o tym, że "plaża" ma 20 metrów szerokości. OK, dziś nie popływam, nieważne. Czas pomyśleć o noclegu. Zauważyłem na jednym z bloków napis "Apartaments", idę więc sprawdzić co i jak. Dzieciaki na schodach nic nie kumają, ale na pierwszym piętrze zaczepiam Murzynów wchodzących do mieszkania. Rozmowa jest dość chaotyczna, ale wygląda na to, że w całym budynku są mieszkania do wynajęcia. Tyle, że wszystkie są ponoć zajęte a bossa dziś nie będzie. Zaglądam jeszcze do sąsiedniego budynku – podobnie. W jednym z mieszkań trafiam na grupę kolorowych, też nic nie wiedzą. W przekonaniu, że są to po prostu cypryjskie akademiki, utwierdza mnie rozmowa z dwójką młodych ludzi. Czarnoskóry Ralf może by mnie przyjął, ale "nie ma miejsca". Oczami wyobraźni widzę kilkanaście osób koczujących w mieszkaniu... Rozmawiamy jeszcze trochę, chłopak zaczepia jeszcze swoich znajomych w mojej sprawie, ale wiem, że nic z tego nie będzie. Może to i dobrze, bo o ile ten Murzyn wzbudza zaufanie i sympatię, to nie wiadomo, na kogo bym trafił na chacie.
Nieco rozdrażniony sytuacją idę w kierunku centrum. Po drodze natykam się na cmentarz muzułmański. No i szok! Widziałem już naprawdę dużo
cmentarzy w krajach islamskich, ale tak brzydkiego – nigdy! Zwykle groby są równo poustawiane, jako tako przyozdobione, po prostu schludne. A tu? Grobowce bezładnie porozrzucane, każdy w innym kierunku. W płytach przykrywających grobowce straszą dziury przewidziane do wypełnienia ziemią i posadzenia kwiatów. Ech!

Siadam w parku sąsiadującym z parkingiem przy "dworcu" autobusowym. Zjadam coś, co umownie nazywam obiadem, a co w istocie jest kawałkiem kiełbasy, czekoladą i garścią herbatników. Muszę przemyśleć sytuację i podjąć decyzję. Jest 16:00, za dwie godziny będzie ciemno. Albo wyprowadzę się gdzieś na przedmieścia Kirenii i przenocuję w namiocie, albo wracam do Nikozji i łapię wieczorny autobus do Larnaki.
Drugie rozwiązanie bardziej mi się podoba. Zwiedzę Larnakę do południa, pojadę w stronę Pafos i może uda się dotrzeć na Półwysep Akamas, którego wcześniej nie brałem pod uwagę. A więc... postanowione!
Bus do Nikozji akurat stoi gotowy do odjazdu; zadowolony sadowię się w środku, ale cypryjskie dziewczę mówi, żebym sobie kupił bilet w kasie, czyli przy stoliku.
No, dobrze, jedziemy! Znów wjazd na pasmo Pentadaktylos i zjazd do stolicy. Niebo się zachmurzyło, oby tylko nie padało. Na miejscu, w tureckiej części miasta, próbuję jeszcze – a nuż się uda!? - znaleźć jakiś tani hostel. Wchodzę do dwóch gorszych hoteli, ale ceny są co najmniej trzykrotnie za wysokie. Nie szkodzi, poradzę sobie. Na przejściu granicznym inkasuję stempelek na kartce i już jestem w Unii Europejskiej. Tyle było zwiedzania Cypru Północnego.
Na dworcu autobusowym sprawdzam jeszcze opcję wyjazdu do jakiejś miejscowości pomiędzy Nikozją a Larnaką. Jak sądzę, tam łatwiej byłoby znaleźć miejsce na nocleg. Wygląda jednak na to, że przynajmniej z tego dworca odjeżdżają tylko autobusy dalekobieżne i to autostradą, bez zbaczania do małych miejscowości takich jak Lympia czy Kochi.
Czas oczekiwania na autobus o 18:00 dłuży mi się. Nie ma z kim pogadać. W końcu nadjeżdża, płacę 4 euro i wsiadam. Kościółw Limassol

Jest już noc. Wycieraczki odprowadzają na boki krople deszczu, trochę przysypiam. Wygląda na to, że dzień był udany, ale jeszcze muszę znaleźć miejsce na nocleg i przed tym nie ucieknę. Jakoś to będzie!
W Larnace zajeżdżam na końcowy przystanek, chociaż przymierzałem się, by wysiąść wcześniej, na przedmieściach. Ale w międzyczasie, podczas jazdy, doczytałem w przewodniku, że w mieście jest Słone Jezioro, położone kilka kilometrów w stronę lotniska. To będzie dobre miejsce na nocleg. Fotografuję plansze z planem miasta, teraz wiem, że muszę pójść ulicą Mehmet Ali aż do skrzyżowania z Okkoular. Zaczepiam kolejno kilka osób, ale oczywiście nie słyszały o takich ulicach.
- W porządku – mówię – chcę się dostać do Salt Lake Park.
- Ale to jest daleko! Bez samochodu nie dasz rady.
- Ale ja mam nogi! - protestuję – I czas!
Śmiejemy się, ale wciąż widzę zdziwienie na ich twarzach. Jak można nie mieć samochodu?! A propos: jak rozpoznać, że samochodem jedzie turysta? Tu na Cyprze – po tablicach rejestracyjnych! Te czerwone są dla wynajmowanych pojazdów. Notabene, inaczej jest w
Libanie: tam samochodów z czerwonymi tablicami (tło) należy się wystrzegać – kierowcy tych aut świadczą usługi podwiezienia za pieniądze.
No, dobrze. Docieram w końcu na straszliwie długą ulicę, przy której znajduje się park. Jest otoczony parkanem, alejki są oświetlone i choć otwarta brama zachęca do wejścia, to nie chcę tu nocować. Zbyt dobrze namiot byłby widoczny. Kilometr dalej jest już jezioro, między jego północnym brzegiem a jednostką wojskową graniczącą z parkiem biegnie ścieżka. Przechodzę nią ze sto metrów i rozbijam namiot tuż poniżej jej, łudząc się, że kilka krzaczków mnie zasłoni. O 23:00 jestem "zadomowiony", pojedzony i w śpiworze. Ogarniam wzrokiem jeszcze raz otoczenie: po lewej szosa na lotnisko, przede mną wyschnięte jezioro, za nim światła orientacyjne lotniska.
"O, jak to dobrze, że wziąłem ze sobą namiot!" - wzdycham słysząc pierwsze krople deszczu uderzające o tkaninę namiotu. To był jednak udany dzień. Spokojnie zasypiam.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej