Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Batumi-Gonio-Kutaisi

wtorek, 12 IV 2011


Cmentarz w Gonio podoba mi się | Czarnomorskie wybrzeże | Niezwykły meczet i greckie mity | Nie chcesz na nas zarobić? No to nie. | Zrujnowana katedra Bagrati | Gamardżobat! - jest miło!


To był udany i przyjemny nocleg. Nad ranem nieco się ochłodziło, ale nie zmarzliśmy. Jemy śniadanie, gospodyni znów nam podsuwa marmoladę i ser. To miłe, ale jedzenia mamy dość. Rozliczam się i daję na pamiątkę pisankę i wielkanocną palmę opisując polskie zwyczaje.

Zostawiamy plecaki i jedziemy do Gonio. Chcemy zobaczyć tam twierdzę z czasów rzymskich i pospacerować brzegiem morza. Gospodarz odprowadza nas na przystanek marszrutki. Trafilibyśmy sami, ale skoro ma czas i ochotę...? Po 30 minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Gonio położone jest tuż przed granicą turecką, drogą suną grupy tirów. Jest dopiero 8:30, twierdza jeszcze zamknięta, zaczniemy więc od wizyty na plaży. Najpierw, idąc wzdłuż głównej drogi, zauważamy miejscowy cmentarz i nie możemy sobie odmówić wejście do niego. Jest taki... inny. Na marmurowych, i granitowych nagrobkach - oprócz zwykłych napisów - umieszczone są podobizny zmarłych osób. Widać, że obrazy są wykonane na kamieniu na podstawie fotografii dostarczonych rytownikowi przez rodziny. Przedstawiają Gruzinów takich, jak ich zapamiętano: w mundurze, dumnie wypinających pierś w mundurze obwieszonym orderami, z kieliszkiem wina przy stole, w półleżącej pozycji na fotelu, z kobzą pod pachą. Spoglądają na nas brodaci górale z Adżarii w swych wysokich futrzanych czapach, uśmiechają się małe dzieci. A wszystko w otoczeniu bujnej czarnomorskiej przyrody. Kwitną agawy, i inne mniej znane mi kwiaty i krzewy. Przy wielu grobowcach postawiono nie tylko ławeczki, ale i stoliki, by rodzina mogła przyjść w odwiedziny i spożyć posiłek z krewnym.

Idziemy na plażę. Niebo jest pochmurne, czasem wychyli się blade słońce. No.... kąpać się dziś nie będziemy, nie jestem już takim desperatem jak nad Jeziorem Chubsugulskim! Jak okiem sięgnąć na czarnomorskim brzegu nie ma nikogo. Na południu góry schodzą wprost do morza: tak właśnie wyobrażałem sobie ten zakątek Gruzji. Spacerujemy po kamienistej plaży wyszukując całych muszelek. Towarzyszy nam wychudzona suka, najwyraźniej świadcząca usługi przewodnickie. Wracamy w stronę twierdzy mijając rowy z głośno kumkającymi żabami. Wiosna idzie! Jest 10:00, a brama twierdzy wciąż jest zamknięta. Zaglądamy przez kratę - widać właściwie tyle, co na zewnątrz: wysokie blankowane mury, jakiś pawilon i drzewa. Wygląda na to, że niewiele stracimy nie wchodząc do środka. Robimy rekonesans wzdłuż murów, lecz poza chaszczami i ogródkami niewiele więcej jest do oglądania.

Bez żalu wracamy do Batumi. Wysiadamy w centrum i odszukujemy meczet. Jest inny niż te, które widziałem do tej pory. Pastelowe kolory narzucają skojarzenie z salą przedszkolną. Jest mihrab, jest mimbar - wszystko jak należy, jest również - co mnie zaskakuje - dodatkowa ambona. Dostrzegam również nowy dla mnie szczegół - miniaturowe stojaczki na różańce ustawione przy kolumnach. Wychodzimy z meczetu czujnie obserwowani przez starszego muzułmanina. Ach ci turyści!
Idąc batumskimi ulicami w kierunku naszego lokum przechodzimy przez duży plac z rządami palm, fontannami i centralnie umieszczoną kolumną z postacią kobiety trzymającej złote runo... To ładne nawiązanie do mitu o wyprawie Jazona - w końcu jesteśmy na obszarze starożytnej Kolchidii. Zaglądamy później na dziedziniec ratusza - tu piękna mozaika pośrodku i ciekawe podcienia ozdobione malowidłami o tematyce morskiej. Wkrótce dochodzimy do naszego guest-house'u, żegnamy się z gospodynią i pędzimy na dworzec.

Marszrutka do Kutaisi już czeka, ma - wyjątkowo - całą przednią szybę. Przed nami kolejne kilka godzin podróży. Znów się cieszymy subtropikalną roślinnością. Za oknem zagajniki bambusowe, kępy palm, rododendrony, agawy i kwitnące magnolie. Pól herbacianych z drogi nie widać, ale byłem na to przygotowany.

Po trzech godzinach jazdy jesteśmy w Kutaisi. Opędzamy się od taksówkarzy i rozpytujemy o ulicę Tbilisi 3rd lane, gdzie znajduje się nasze potencjalne lokum. Nikt nie wie, lub objaśniają, że to gdzieś daleko... Wychodzi na to, że ten dworzec, na którym wysiedliśmy, zlokalizowany jest gdzieś poza centrum, Z pomocą uprzejmego Gruzina ustalamy kierunek i numer marszrutki i jedziemy w stronę katedry Bagrati. Nieoczekiwanie - nawet dla nas - wysiadamy przy teatrze: tuż obok tez jest hotel i to polecany w sieci. Cena na miejscu okazuje się wysoka (60 lari) a właścicielka nieskłonna do negocjacji. Widocznie woli zarobić zero lari zamiast trzydziestu... Zresztą - pani była niesympatyczna, co zgodnie stwierdziliśmy. Po sąsiedzku jest inny guest-house, musimy przejść około kilometra. Domek Metiki i Sulika Gwetadze jest w ogrodzie, przechodzimy przez kuchnie i przedpokój i siadamy w dużym hallu. Domowo tu! Dostajemy od razu kawę a gospodyni opowiada nam o tabunach turystów ją odwiedzających, także z Polski. Pokój z kilkoma łóżkami, łazienka czysta, nowa. Będzie dobrze!

Na razie idziemy na dworzec marszrutowy znajdujący się na tyłach teatru. Liczymy, że uda się nam podjechać dziś do Gelati i Motsamety. Niestety, marszrutka będzie dopiero o ósmej rano. Trudno. Po raz pierwszy odczuwam, że coś poszło nie tak na tym trampingu. Nie jest to jakiś duży problem, po prostu jutro bardziej się sprężymy. A teraz będzie czas na katedrę Bagrati i inne kościoły Kutaisi.

Bagrati, XI-wieczną sławną katedrę widzieliśmy już z okien miejskiej marszrutki, teraz wystarczy przejść przez most na rzece Rioni i wspiąć się wąskimi schodami na wzgórze. Nie wiem dlaczego wyobraziłem sobie tę świątynię jako wspaniały zabytek pełen kolorowych ściennych malowideł, z pięknym ikonostasem i płonącymi świeczkami przed obrazami świętych. Być może tak właśnie wyglądała królewska katedra przed 1692 rokiem, kiedy to Turcy niechcąco zdetonowali amunicję w pobliżu niszcząc kopułę, dach nawy i część ścian. Dziś jest to po prostu ruina, najzwyczajniej nie doczytałem o tym w moim przewodniku. Trwają, co prawda, prace konserwatorskie, ale sądząc po ilości zgromadzonego na placu pociętego kamienia, będzie to raczej budowa nowej katedry. Z poczucia obowiązku obfotografowuję to, co pozostało skupiając się na co bardziej dekoracyjnych detalach.
- Właściwie to dobrze, że nie pojechaliśmy do Gelati - mówię - o tej porze niebo jest już ciemne i zdjęcia są ponure.
- Widocznie tak miało się stać - kwituje Aga.

Po sąsiedzku kolejne ruiny - pałacu-cytadeli i to znacznie starszego od katedry Bagratich, bo pochodzącego z VI wieku. Jeszcze w XVII wieku pałac robił wrażenie na oglądających go Europejczykach. Ale później Rosjanie sprawdzali swoje działa ostrzeliwując go z sąsiedniego wzgórza. Kręcimy się wśród fragmentów ruin, zaglądamy do resztek piwnicy winnej - tu wkopane w ziemię wielkie gliniane dzbany. Pośrodku twierdzy - maleńka kapliczka zamknięta na kłódkę, W sumie - średnio interesujące miejsce. Natomiast widoki na miasto - fenomenalne. Patrząc na wieże kościołów ustalamy trasę dalszej wędrówki.

Wracamy tą samą drogą. Nad rzeką - dzielnica biedy. Domki zwisające nad wodą - choć fotogeniczne - przerażają.
- Jak można tak mieszkać? - dziwię się.
Robimy zakupy jedzeniowe, kupujemy wino z myślą o wieczornej konsumpcji. Zaglądamy jeszcze do kościoła ormiańskiego.

O 19:00 jesteśmy w domu. Szykujemy kolację w hallu. Metika częstuje nas lobio, czyli gotowaną fasolą w sosie. Wyglądem przypomina mi danie z cabany w Podragu, ale danie jest zjadliwe. Mamy właściwie swoje wiktuały, ale Gruzinka wciąż nam coś podsuwa: a to kawał sera, a to sałatkę z pietruszki i innych ziół. Pijemy domowe wino. Jest całkiem przyjemnie. Metika opowiada historię swojego guest-house'u, wspomina profesora z Holandii, który namówił ją na wynajmowanie pokojów dla cudzoziemców. Pokazuje księgi gości z licznymi wpisami turystów od Japonii po USA. Metika proponuje czaczę, Aga tym razem nie protestuje.
- Cziut, cziut - pokazuje Gruzinka palcami i rozlewa do kieliszków wódkę domowej roboty.
Cierpliwie czekam, aż wygłosi toast. Jest odpowiednio długi, tak, jak nakazuje gruzińska tradycja. Kolejne toasty są równie długie i kwieciste, aczkolwiek - ale to tylko moje odczucie - nieco sztuczne, tak, jakby gospodyni chciała nam tylko zademonstrować zwyczaj związany z tamadą. Zachęcony spojrzeniem Metiki wznoszę ostatni toast za wieczór, za spotkanie, dołączając życzenia wszystkiego dobrego. Na koniec wpisujemy się do książki gości wyrażając nadzieję, że nie zamarzniemy w nocy.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej