Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Kłajpeda – Lipawa – Kuldyga

sobota, 26 V 2012


Goworit po-russki ne sledujet | Aleja gwiazd po łotewsku | Zalety bycia małym | Venta rapid | Słońce nie chce zajść


Wielokrotnie zastanawiałem się, co jeszcze – oprócz stolicy – warto zobaczyć na Łotwie. W grę wchodził park narodowy Kemeri (Ķemeru Nacionālais parks) położony między Rygą a Tukums. Także Lipawa oraz Jurmała. Po lekturze przewodnika Łotwa wydawała mi się krajem – w gruncie rzeczy – najmniej atrakcyjnym. Być może to niesprawiedliwe spojrzenie. W końcu padło na Lipawę – nadmorski kurort, który przewija się w ofertach biur turystycznych. W ostatniej chwili przypomnieliśmy sobie Kuldygę (Kuldiga) z jej przyrodniczą osobliwością – szerokim progiem tektonicznym na Windawie. Musimy to zobaczyć.

Ale na razie opuszczamy Litwę. Dopowiem: wyjeżdżamy stąd z uczuciem pewnego niedosytu. Faktem jest, że w ciągu 4 dni obejrzeliśmy najciekawsze turystyczne miejsca, brakło jednak czasu i możliwości na przejażdżkę po prowincji. No, ale nie takie było założenie tego trampingu. O godzinie 9:00 dojeżdżamy do nadmorskiej Lipawy. Rozkopane ulicę i objazdy przypominają mi zeszłoroczne Batumi. Sprawdzamy połączenia z Kuldigą. Mamy 5 godzin czasu.

Maszerujemy przez całe miasto do hostelu przy Uliha iela. Odwiedzamy punkt informacji turystycznej – to już nam weszło w nawyk. Kolejna widokówka do kolekcji i idziemy dalej. Klucząc prawo-lewo docieramy do naszego Liepaja Beach Hostel mieszczącego się w ładnym dziewiętnastowiecznym budynku dwa kroki od morza. Wita nas Anita, sympatyczna Łotyszka. Rozmawiamy po angielsku. A właśnie! W przeciwieństwie do innych republik poradzieckich – takich jak Zakaukaskie, czy Kazachstan, tutaj ludzie częściej mówią po angielsku, być może tak wolą. Ja to wyczuwam i nie zaczynam rozmowy po rosyjsku. Nasze dormitorium jest 10-osobowe, to najtańszy tu nocleg – po 8 łatów. Łóżka dwupiętrowe, pod nimi sprytny druciane kosze na bagaże. Jeżdżą na kółkach, mają dołączone kłódki. Takiego rozwiązania nie widziałem wcześniej. Cóż, podróże kształcą. Z rozrzewnieniem wspominam moją przyspieszoną edukację cywilizacyjną podczas pierwszego autostopu po Europie Zachodniej. A i teraz, podczas każdej podróży odkrywam coś nowego, różne miejscowe wynalazki i "patenty". W Ałmacie był to zraszacz ogrodowy z butelki PET, w Wientianie – spłuczka z pojemnika na wodę, w Kazbegach – ogrzewacz na baterię w zlewozmywaku, w Rydze – specjalna szczotka do WC.

Autobus do Kuldigi mamy o 13:50, idziemy więc najpierw nad morze. Plaże i tu, na Łotwie, są szerokie i puste, z drobnym białym piaskiem i, podobnie jak w wielu innych nadbałtyckich miastach, dostrzegam wiele pomników i rzeźb porozrzucanych w całkiem niereprezentacyjnych miejscach – jak choćby tu, w nadmorskim parku. Jest tu, między innymi ustawiony w 1977 roku pomnik Alberta Terpilovskisa ku czci poległych rybaków i marynarzy. Brązowa rzeźba przedstawia kobietę, która unosząc rękę, patrzy w dal. Zaglądamy jeszcze do oryginalnej hali targowej "ze wszystkim" mieszczącej się w zabytkowym budynku – przypomina Halę Targowej w Krakowie. coś tam za placem kościół farny ze strzelistą wieżą może świętej świętej i my nie nie farny kościół świętej Irmy sprawdzić Irma sprawdzić.

Cały czas rozglądamy się za kantorem, ale, jak na złość, nigdzie go nie ma. Nawet w centrum handlowym przy... bank ma przerwę. Jesteśmy jednak uparci – zostało trochę litów, z którymi nie ma co zrobić. Ostatecznie wymieniamy w kantorze w nieco ukrytym pawilonie przy placu …. . Lipawa podoba się nam umiarkowanie. Owszem, stara się być "światowym" kurortem. Na ulicy... trafiamy na prawie hollywoodzka “Aleję gwiazd” z odciśniętymi dłoniami łotewskich (i chyba tylko takich) muzyków i piosenkarzy. No szkoda, że ich nazwiska nic mi nie mówią, LOL.

Czas na Kuldigę! Przed 14:00 wyjeżdżamy autobusem z miasta Zastanawiamy się po drodze, czy będziemy przejeżdżać przez …... Jednak nie – z głównej drogi prowadzącej do stolicy skręcamy do... dopiero w.... Gdy tak jedziemy sobie wśród lasów i pól z kwitnącymi na żółto rzepakiem i mijamy raz na minuty jakiś samochód, po raz kolejny myślą sobie: “Ależ puste są te kraje, jak słabo zaludnione”. A jednocześnie myślę o wielkim postępie cywilizacyjnym, jaki się tu dokonał w po rozpadzie Związku Radzieckiego. 20 lat wystarczyło, by unowocześnić republiki nadbałtyckie, by przestawić gospodarkę na rynkowe tory. Dziś bliższe są one Europy Zachodniej niż Polska – oceniając przynajmniej po poziomie cen. Ale łatwiej jest – myślę sobie dalej – zmodernizować maleńką Estonię liczącą 2 razy mniej mieszkańców niż żyje w aglomeracji warszawskiej. Łatwiej jest zinformatyzować urzędy, kupując 500 komputerów niż 10 000. Podobnie jest z reformą szkolnictwa lub służby zdrowia. Chyba uzupełnić od PKB. Co ciekawe, w biedniejszej od nas Litwie, istotne dla turystów ceny transportu, noclegów i jedzenia są porównywalne z polskimi…

Tak rozmyślając, dojeżdżamy do przedmieść Kuldigi. Nagle rozlega się głośnik trzask, a pasażerowie nerwowo podskakują. Szyba w oknie naprzeciw pokrywa się pajęczyną pęknięć Przestraszona dziewczyna siedząca przy feralnym oknie rozgląda się wokół. – Jak można tak rozbijać szyby? – mówię głośno do Agaty, marszcząc jednocześnie brwi i kręcąc z z dezaprobatą głową. – Tas nebiju es! – tłumaczy się dziewczę. Żarty żartami, ale nam się spieszy a kierowca zatrzymał autobus dzwoni zapewne po policję, zapowiada się dłuższy postój.

Opuszczamy w pośpiechu pojazd, i rozpytując o drogę, idziemy szybkim krokiem w kierunku wodospadu położonego w centrum miasta. Spotykamy nad potokiem odpoczywających kolarzy, których spotkaliśmy wczoraj w Nerindze. Pełną uroku uliczką zabudowaną domami z kamienia ciosanego i pokrytymi pomarańczową dachówką dochodzimy do niewielkiego skwerku.

– O jak tu ślicznie! – wyrywa mi się.

Faktycznie strumyk ze swym otoczeniem został zamieniony w malowniczy zakątek z wodotryskami, stawkami z wodną roślinnością, ławkami i rzeźbami.

Trzy minuty później jesteśmy nad Windawą. Najpierw rzuca się w oczy wieloprzęsłowy most wsparty na wysokich łukach przerzucony na szeroką szerokim korytem rzeki, a nieco w górę nurtu – sławny wodospad wygięty w nieregularny łuk. Nie imponuje wysokością: woda spada z wysokości zaledwie 1,5 metra. Ale jakże szeroki! Jest naprawdę czymś niezwykłym, że tu, na rozległych kurlandzkich nizinach, trafił się taki uskok zbudowany z na tyle twardy skał, że rzeka przez tysiące lat nie zdołała go zetrzeć z powierzchni ziemi... Pewnie zapytacie: no dobrze, a gdzie ten najszerszy wodospad w Europie? Odstęp coś tam poniżej wodospadu rozgrywa się szeroko tworząc od nogi rozdzielające wysepkami i porośnięte szuwarami. Tu i ówdzie będą białe czaple przy brzegu zanurzając jakiś tam szyję w wodzie szyje. Po drugiej stronie rzeki widzę grupę ludzi. To pan i panna młoda w towarzystwie weselników. Taka nowa tradycja. Tymczasem czaple zrywają się do lotu i zataczają koło, wdzięcznie machając skrzydłami. Jedna z nich ląduje tuż przy nas. Nad wodą wciąż przelatują rybitwy, a kilka metrów od brzegu pluskają się dzikie kaczki. Ogólnie sielanka – zielonka.pl na kamień przemieszczamy się wzdłuż wodospadu miałbym ochotę skoczyć dochodząc do 1/3 szerokości miałbym ochotę skoczyć przy wyższym stanie wody niż nie do nie dotarł bym nawet ochoty wskoczyć do wody przy wyższym stanie wody nie dotarł bym nawet to tutaj. Mam ochotę skoczyć do wody. Wracamy. Najpierw przez park potem przez lokalną "Wenecję" – dzielnicę z domami położonymi tuż nad kanałem dochodzimy do głównej ulicy Kuldigi. Znów mam refleksję podobną jak w Lipawie: gdyby odnowić te parterowe i piętrowe kamieniczki, odmalować ich drewniane ściany, dodać kilka pubów i ogródków kawiarnianych z parasolami – zrobiłoby się tu całkiem przyjemnie. Póki co, Kuldiga jest szarym prowincjonalnym miasteczkiem.

Wpadamy na dworzec w ostatnim momencie. Tym razem trasa prowadzi przez Skrundę. Po drodze mijamy farmy wiatrowe. Widać, że Łotwa intensywnie inwestuje w energię odnaialną. Wcześniej rozpatrywaliśmy wariant powrotu autostopem, ale mały ruch na drodze do tego nas nie zachęcał.

W hostelu zjadamy późny obiad składający się z chińskiej zupki i paru kanapek i idziemy na plażę. Jest 21:00, brzegiem morza spacerujemy w kierunku północnym. Podobnie jak w innych nadmorskich miejscowościach, które odwiedziliśmy, i tu plaża jest szeroka i pokryta drobnym piaskiem. Słońce wisi wciąż nad horyzontem. Daleko w morzu zakotwiczył jacht z białym ożaglowaniem. Wieje silny wiatr, sypie nam piaskiem w oczy. Staramy się chronić obiektywy aparatów. Mewy walczą z wiatrem, lecz ten sprawia, że zdają się być zawieszone nad falą.

– No, kiedy to słońce zajdzie? – denerwuję się.

– A co, marzniesz? Możemy przecież wracać... – obiecaliśmy sobie spacer o zachodzie.

Trudno. Zapinam polar po szyję i spacerujemy do skutku. Pomarańczowy krąg dotyka wody o 22:30.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej