Wywalam korki w hostelu | Współczesne cerkwie i pomniki sprzed lat | Na Placu Serbskich Włodarzy | Skąd się wzięła laska? | Dygresja o chodzeniu | Twierdza w Banja Luce | Kim jest ten facet? | Fantastyczna droga do Jajce | Co za niespodzianka! | Rzymskie pamiątki | Po co komu te relacje? | Raz kościół, raz meczet... | Burzliwe losy Bośni | Meczety i powrót do Banja Luki
Dzień dobry, Bośnio (i Hercegowino)!
Pierwszą myślą po przebudzeniu jest to, by spojrzeć na zegarek. Ku mojemu zaskoczeniu jest dopiero 6:30. Za oknem szarówka, spałem więc raptem 3 godziny. Próba zagotowania wody na kawę kończy się niepowodzeniem: z gniazdka, do którego włożyłem wtyczkę grzałki, wylatuje iskra i słychać głośny trzask. Stwierdzam, że wyłączyłem prąd nie tylko w pokoju, ale i na korytarzu. Na szczęście wciąż jest internet, więc mogę jeszcze posprawdzać wiadomości. Zjadam przygotowane wcześniej kanapki, popijam je wodą.
Idąc z interwencją do recepcji, spotykam nocnego stróża, który mnie dzisiaj w nocy przyjął. Jego krok jest chwiejny, musiał zdrowo popić, widocznie spotkanie ze mną było traumatyczne. Panienka w recepcji ledwo mówi po angielsku, posiłkuje się translatorem, który płata figle językowe.
– Nie ma u mnie w pokoju prądu i światła – przedstawiam jej problem, nie wchodząc w szczegóły.
Dziewczyna chce, żebym przyszedł za godzinę, tłumaczę jej, że teraz idę do miasta i mnie nie będzie. Muszą poradzić sobie beze mnie. Odwracam się na pięcie, zabieram rzeczy z pokoju i ruszam zwiedzać miasto.
Cały czas zastanawiam się, jak zorganizować dzisiejszy dzień. Czy może jednak pojechać do Jajce. Na razie idę na dworzec autobusowy, by sprawdzić połączenia o tej porze. A co, jeśli nie będzie teraz połączeń? Zobaczę. Ech! Odzwyczaiłem się od pełnego spontanu typu "jakoś to będzie". Faktem jest, że jestem w Europie, a nie w Azji czy Afryce, gdzie zawsze można znaleźć jakiś transport i zawsze można znaleźć jakiś tani nocleg.
Na dworcu okazuje się, że najbliższy kurs będzie o 13:00. Niezbyt mi to na rękę, gdyż będę musiał tu wrócić po spacerze po centrum. A to około pół godziny drogi w każdą stronę.
Z pobieżnego przeglądu atrakcji w Banja Luce zorientowałem się, że nie ma tu specjalnie wyjątkowych miejsc. Wystarczy spacer po mieście, odwiedzenie głównych placów, kilku cerkwi i meczetów oraz ruin zamku. Po przejściu 2 km główną drogą (ul. Dr. Mladena Stojanovicia) skręcam w ul. Milana Radmana, gdzie znajduje się cerkiew serbska. Kościół nie przypomina tradycyjnych ukraińskich czy rosyjskich cerkwi z kopułami: to dwudziestowieczny obiekt w stylu neoklasycystycznym. Ikonostas wciąż pachnie świeżością, nie wiem czy ma więcej niż kilkanaście lat. Generalnie wolę bardziej tradycyjne cerkwie. Takie z zapachem kadzidła, świecącymi się lampkami oliwnymi, setkami palących się cienkich świeczek.
Zmierzam dalej w kierunku centrum. Przy ulicy Kralja Petra I Karađorđevića trafiam na Katedrę Świętego Bonawentury (Katedrala sv. Bonaventure). W pierwszym momencie wydaje mi się, że to jakiś pawilon wystawowy, z futurystycznym, strzelającym w niebo dachem. Kościół jest nieco podniszczony, budynek ma przecież ponad 50 lat. No cóż, lata 70. zeszłego wieku to okres eksperymentów w architekturze sakralnej. To wówczas powstała Arka Pana w Nowej Hucie, piramidalna Katedra Świętego Sebastiana w Rio de Janeiro, a przede wszystkim zaprojektowana przez Le Corbusiera Kaplica Notre Dame du Haut, w Ronchamp (Francja). Najwyraźniej Bośniakom spodobała się katedra, gdyż w latach 90. dobudowano futurystyczną dzwonnicę z helikalnymi schodami i sześcioma betonowymi wypustkami na szczycie.
Przechodzę teraz koło Banskiego Dworu – sporego budynku mieszczącego ośrodek kultury. Tu odbywają się koncerty, wystawy, spektakle, wykłady i inne wydarzenia literackie. Natomiast naprzeciw znajduje się Plac Męczenników (Trg palih boraca) z pomnikiem ofiar II wojny światowej. To właściwie tylko 5-metrowy obelisk, ozdobiony pięcioramienną gwiazdą na szczycie. Zwraca uwagę olbrzymia ilość sztucznych kwiatów i wieńców. Obok ustawiono popiersia 21 miejscowych bohaterów: żołnierzy i innych działaczy bośniackich. No cóż, ma szczęście pomnik, że zostawili go w spokoju. Przynajmniej w tym kraju: w Polsce dawno by go wyrzucili z pamięci i historii.
Parę kroków dalej znajduje się spory plac (Trg srpskih vladara) z centralnie położonym Soborem Chrystusa Zbawiciela (Храм Христа Спаситеља/Hram Hrista Spasitelja). Prawosławna świątynia wygląda na całkiem nową i tak jest w istocie. Zbudowane została bowiem dopiero w 2004 roku w miejscu, gdzie do II wojny światowej stał zniszczony przez chorwackich ustaszy Sobór Św. Trójcy. Zachowane fragmenty starej cerkwi zgromadzono na placu jako świadectwo burzliwej historii miasta. Obecna świątynia została wybudowana w stylu neobizantyjskim na planie krzyża greckiego z centralną kopułą i czterema mniejszymi po bokach. Z zainteresowaniem oglądam detale portali i liczne "złocone" mozaiki przedstawiające świętych, które umieszczono na fasadzie. Wewnątrz... kolorowo. Jestem przyzwyczajony do bogato zdobionych i barwnych wnętrz kościołów prawosławnych, ale tutejsze cerkwie, może ze względu na to, że są współczesne, wydają mi się wyjątkowo barwne. Kolorowa jest kamienna posadzka, ikonostas przyciąga wzrok dwoma rzędami złoconych ikon, a nade mną góruje kopuła z Chrystusem Pantokratorem. Pod nią zawieszony jest olbrzymi żyrandol ozdobiony złotymi krzyżami i miniaturowymi ikonami. Kolumny pokryte mozaikami skrzą się od złotych, czerwonych i niebieskich płytek. Równie barwne są kolebkowe sklepienia z dziesiątkami malowideł przedstawiających świętych.
Później podchodzę do dużego reprezentacyjnego budynku Urzędu Miasta. Wewnątrz strażnik i bramka do wykrywania metali.
– Można wejść do środka?
– Nie.
– A dlaczego?
– Nie można.
– Rozumiem. Chciałem pooglądać tutaj wnętrza. Ale dlaczego nie można?
– Nie można.
Okej. Bywało gorzej ostatnio w Etiopii. Nie wolno wchodzić, nie wolno fotografować. Bo nie.
Idąc dalej ulicami starówki, stwierdzam, że Banja Luka ma ambicje stać się miastem w pełni europejskim. Eleganckie sklepy z „europejskimi” cenami odzieży na wystawach, kolorowe flagi i szarfy powieszone nad ulicami, salony światowych marek i centra handlowe pokazują zmiany, jakie po rozpadzie Jugosławii dokonały się w tym kiedyś biednym kraju. Te widoki nieco poprawiają moje spojrzenie na miasto. Faktem jest, że okolice placu z Soborem Chrystusa Zbawiciela i dwoma dużymi budynkami rządowymi, do których nie chcieli mnie wpuścić, są atrakcyjne. Ale, mój Boże! To wszystko jest XX lub XXI wiek.
To, co tu widzę, to pewien luz u mieszkańców miasta. Chociaż dzień jest powszedni i zasadniczo godziny pracy, wielu młodych ludzi siedzi w kawiarniach i pubach, piją piwo, rozmawiają. Chyba nie można tego tłumaczyć bezrobociem tak, jak w Etiopii. Być może to ten klimat południowej Europy. Bośniacy zdają się być luzakami podobnie jak Włosi i Hiszpanie. Język bośniacki, o ile mogę go odróżnić od chorwackiego czy serbskiego, jest nie tylko czasem zabawny, ale czasem bardzo podobny do polskiego, na przykład sklep z sukniami ślubnymi nazywa się „Laska”*/, a slogan na plakacie banku brzmi "Idealna kombinacija". Rozśmieszają mnie nazwy sklepów, usług i slogany ("Osvježi svoj pogled na život" – reklama napoju). Zwracam również uwagę na nekrologi rozwieszane na słupach. Opatrzone czarno-białym lub kolorowym zdjęciem zmarłej osoby nekrologi dzielą się na dwie grupy: muzułmańskie z półksiężycem i gwiazdą oraz chrześcijańskie – z krzyżem. Charakterystyczne, że w każdym przypadku wszyscy członkowie rodziny są wskazani po imieniu.
Zauważam, że patroni różnych obiektów są często związani nie tyle z Bośnią, co z Serbią. To dość oczywiste w Republice Serbskiej. Ulica, przy której stoi sobór nosi imię Króla Piotra I Karadziordziewića (Kralja Petra I Karađorđevića), ostatniego króla Serbii. W nieodległym parku spotykam pomnik Petara Kočicia (Петар Кочић) – pisarza i polityka bośniacko-serbskiego, kilkaset metrów dalej, na niewielkim skwerze – popiersie… cara Mikołaja II (Spomenik ruskom caru Nikolaju II Romanovu). Cóż, rosyjski imperator, który początkowo współdziałał z Austro-Węgrami po aneksji Bośni i Hercegowiny, w przededniu I wojny światowej ostatecznie poparł Serbię. Dziś Bośniacy z Republiki Serbskiej okazują mu wdzięczność, stawiając pomniki – na przykład w wiosce Ritecić, w pobliżu miasta Doboj. Natomiast w położonym dwieście metrów dalej niewielkim parku postawiono pomnik konny XIII-wiecznego bośniackiego bana, Stefana I Kotromana (Spomenik kralju Stefanu Tvrtku I Kotromaniću).
Największym problemem, którego dziś doświadczam, jest zachmurzone niebo. Dzień wydaje się ponury, a zdjęcia będą mniej kolorowe, mniej ciekawe. Z pewnością przy słonecznej pogodzie Banja Luka wydałaby mi się ładniejsza i przyjemniejsza. Jest już 12:00, jestem na nogach od 7:30. Uwzglęniając nieliczne odpoczynki, przeszedłem dziś około 16 km. À propos: wczoraj wieczorem trafiłem na Onecie na artykuł o pani Agnieszce Dziadek, ksywa „Zebra”. Słyszałem o niej już wcześniej, może nawet poznałem jakieś jej relacje i zdjęcia z trekkingów. Pani udzieliła dość obszernego, interesujące wywiadu, a pretekstem do niego stało się przejście okrągłej liczby kilometrów, a mianowicie 40 000. Określa się sama jako introwertyczka i w związku z tym lubi samotne wędrówki. Co oczywiście rodzi pytanie o bezpieczeństwo takiego podróżowania i generalnie podejście do takiego samotnego chodzenia. Pani nie jest już całkiem młoda, deklaruje, że przechodzi 40 km dziennie. W co, oczywiście, nie wierzę, gdyż pobiłaby swój rekord w ciągu trzech lat. W dalszej części wywiadu wyjaśnia jednak, że jest w drodze przez 7 miesięcy rocznie, ale przecież to obejmuje nie tylko wędrówkę, ale również loty, dojazdy i inne sytuacje podczas wyjazdów, kiedy dnia nie spędza się na szlaku. Nawet przyjmując, że tych „chodzonych” dni jest tylko sto w ciągu roku, to na przejście długości równika wystarcza raptem 10 lat. Ja w dalszym ciągu i tak nie wierzę w te 40 km na codziennego treku, wiem, jak to było, kiedy przez 11 dni przemierzałem Beskidy pokonując codziennie średnio 45 km. Było to dla mnie trudne doświadczenie. Sądzę, że dziesięciokrotne wydłużenie takiego treku (do stu dni) w ciągu roku jest bardzo problematyczne**/.
Co by tu jeszcze zobaczyć? Jest jakieś muzeum (Muzej Republike Srpske), ale średnio mnie interesuje. Kieruję się zatem na południe ku ruinom twierdzy Tvrđava Kastel (Тврђава Кастел) położonej nad brzegiem rzeki Vrbas przy ujściu potoku Crkveny. Twierdza została zbudowana w XVI wieku, ale tak naprawdę nie jest znana dokładna data jej powstania. Warownia istniała prawdopodobnie już w XV wieku. Jedno jest pewne: została rozbudowana przez paszę Ferhata Sokolovicia, a późniejsze osmańskie fortyfikacje okazały się na tyle potężne, że na nic się zdało wystrzelenie przez Austriaków niemal 2 tysięcy pocisków podczas oblężenia miasta w 1737 roku. Wojska austriackie odstąpiły, a po przegranej bitwie pod Banja Luką salwowały się ucieczką.
W długim ciągu murów zewnętrznych odnajduję bramę i wchodzę do środka. Zaglądam do jakichś lochów, jedynymi skarbami są tu śmieci, później po schodkach wychodzę na zewnętrzne mury, skąd rozciąga się widok na rzekę. Obecnie twierdza – poza zewnętrznymi murami z czterema wieżami – jest praktycznie zrównana z ziemią: widoczne są wewnętrzne fosy i fragmenty murów meczetu postawionego za panowania Ottomanów. Zachowały się również obszerne kazamaty, postawiono także parę nowych budynków, w których urządzono restaurację i muzealną galerię. Obok tej ostatniej można oglądać rzymski sarkofag o klasycznym kształcie z podniesionymi narożnikami. Obecność takiej rzymskiej pamiątki w tym miejscu może dziwić. Pamiętać jednak trzeba, że tu, nad Vrbasem w starożytności istniało castrum Romanum (rzymski obóz) z sąsiadującym Canabae legionis, cywilną osadą. Rzecz jasna, sarkofag, a także ustawiony opodal rzymski kamień milowy, zostały odnalezione w innych miejscach i tu przeniesione: sarkofag z pobliskiej wioski Šargovac (Шарговац), a kamień z Drogi Solnej zbudowanej około 20 r. n.e. przez Publiusa Corneliusa Dollabellę. W sąsiednim, współczesnym budynku znajduje się galeria sztuki, ale akurat jest w trakcie zmiany wystawy, nic więc nie zobaczę. Siadam na chwilę na jednym z kilkuset ułożonych amfiteatralnie kamieni, na których czasem zasiada widownia w tutejszym teatrze pod gołym niebem. Ogarniam wzrokiem całość i myślę sobie: jakie miasto taka twierdza. Można ją odwiedzić, ale trudno się nią zachwycić.
Po wyjściu z twierdzy przez kolejną bramę, rzucam jeszcze okiem na tzw. Ołtarz Jowisza. To parę kamieni z inskrypcją stwierdzającą, że Jowisz jest najlepszym, największym i w ogóle genialnym obrońcą tego miejsca. Nie sposób zaprzeczyć.
Przechodzę jeszcze wzdłuż rzeki pod wysokimi murami i dalej, przez most, dostaję się na drugą stronę Vrbasu. Moim celem jest teraz dzielnica bardziej muzułmańska, sądząc po obecności kilku meczetów. Najbardziej interesujący jest meczet Paszy Ferhata Sokolovića. Wybudowany w XVI wieku Ferhadija Džamija stał spokojnie do 1993 roku, kiedy to serbscy nacjonaliści w ramach czystek etnicznych, które dotknęły około 60 tysięcy muzułmańskich mieszkańców miasta, wysadzili świątynię, a następnie wyrównali buldożerem teren, a gruz wywieźli. Po odbudowie na początku XXI wieku meczet wygląda jak nowy. Pozostałe meczety, które oglądam,podobnie jak cerkwie, sprawiają wrażenie współczesnych. Niestety są zamknięte.
Moje zwiedzanie Banja Luki dobiega końca. Nie jest to miasto zachwycające, zdecydowanie! Jest 11:30, wracam na dworzec.
Na jednym z budynków dostrzegam na murze duże graffiti w biało-czerwono-niebieskich barwach narodowych Republiki Serbskiej z napisem "ГЕРОЙ" utworzonym z podobizn jakiegoś wojskowego.
– Przepraszam, kim jest ten człowiek? – pytam przechodzącego obok mężczyznę.
– Nie wiem.
– Nie wiesz?! – pytam z niedowierzaniem.
– Nie wiem – mówi mężczyzna i przyspiesza kroku.
Znaczy się – temat tabu. Inna mieszkanka, starsza kobieta, jest bardziej otwarta.
– To Ratko Mladić – mówi bez jakiejś specjalnych emocji.
Dziś nie tylko często fotografuję różne graffiti i napisy, ale również staram się je przeanalizować i zinterpretować. Wcześniej przy przejściu podziemnym zobaczyłem napis "СЛАВА РOССИИ" "НИЈЕ БИЛО ГЕНОЦИДА". Później zauważyłem sporo napisów "BORAC" i datą 1926. Już szukałem w pamięci jakiś wydarzeń historycznych sprzed 100 lat, ale młody chłopak wyjaśnił mi, że chodzi tu o lokalny zespół piłkarski z długoletnią, jak widać, tradycją***/.
Godzinę później jestem na dworcu. Kupuję bilet do Jajce (15 BAM + 1 BAM za wydanie biletu) i w niewielkiej grupie pasażerów oczekuję na przyjazd autobusu. Do Jajce drogą krajową M16 jest zaledwie 70 km. Przeciskamy się przez korki miejskie, później na krętej drodze poprowadzonej doliną rzeki Vrbas męczymy się, wyprzedzając powoli jadące ciężarówki. Rzeka, która nam towarzyszy początkowo po lewej stronie, jest jedną z dłuższych w Bośni i Hercegowinie. Ale po raz pierwszy usłyszałem o niej przy okazji tego wyjazdu. I przyznaję – to było zaniedbanie, bo bez wątpienia trzeba było już wcześniej tu przyjechać.
Rzeka, przełamując się przez Góry Dynarskie w kierunku Sawy, stworzyła wąską i krętą doliną. Nurt na wielu odcinkach jest silny, tworzą się bystrza, stąd popularność raftingu na rzece. Chociaż jest jeszcze przed sezonem wakacyjnym, to kilka razy dostrzegam kajakarzy i ludzi na pontonach. Brzegi rzeki porośnięte są leśną gęstwiną, ale w momentach, gdy odsłania się rzeka, widać jej szmaragdową toń. Zbocza po drugiej stronie tworzą potężny mur wznoszący się na kilkaset metrów. Jakim cudem trzymają się go drzewa i krzaki, nie wiem.
Widoki z każdą chwilą stają się coraz bardziej atrakcyjne. Mniej więcej w połowie drogi wjeżdżamy na wzniesienia towarzyszące rzece Vrbas i wtedy odsłania się fantastyczny widok na pełną zawijasów dolinę rzeki. Znów się łapie na tym, że nie dość dokładnie przygotowuję się do wyjazdu i często zdarza się, iż o jakieś atrakcji dowiaduję się dopiero na miejscu, a czasem zdarza się ją przeoczyć. Po godzinie jazdy zbliżamy się do Jajce.
Średniowieczne miasto usytuowane jest malowniczo na wzgórzu przy ujściu rzeki Pliva do Vrbas. Notabene, to od tej rzeki wzięły nazwę zakłady farmaceutyczne Pliva sławne za sprawą opatentowania przed II wojną światową wielu leków, między innymi, azytromycyny, którą leczyłem zapalenie gardła w ostatnio w Etiopii.
Już z daleka widać panoramę Jajcez górującym nad nim zamkiem i cieszę się na myśl o spacerze uliczkami starego miasta. Autobus zajeżdża na niewielki dworzec usytuowany poza centrum w dolinie rzeki. Ale zanim wysiądę z autobusu, przejeżdżając przez most, widzę wielki wodospad, którego obecność w Jajce zupełnie wyleciała mi z pamięci przed wyjazdem. Od niego zamierzam zacząć zwiedzanie miasta.
Plivski Wodospad jest siódmym co do wysokości wodospadem w Bośni i Hercegowinie****/, a woda spada z 22-metrowego progu skalnego, który jest rozdzielony niewielką wysepką. Poniżej i powyżej wodospadu znajduje się kilka dodatkowych niewysokich progów skalnych, które tworzą razem malowniczą całość. Wiele źródeł określa wysokość wodospadu na 30 metrów i faktycznie jego wysokość tyle wynosiła do 20 lutego 1996 roku, kiedy to trzęsienie ziemi o magnitudzie 4.9 stopnia spowodowało obniżenie progu do aktualnej wartości. Wodospad można oglądać z góry i z dołu. Druga opcja jest płatna, na razie skupiam się na fotografowaniu wodospadu z górnej platformy, później przechodzę przez mostek na Plivie. Tu można podejść do górnej krawędzi progu na parę metrów. Spadająca woda, rzecz jasna, nie robi takiego wrażenia jak Niagara (51 metrów wysokości) czy Foz do Iguaçu (72 metry), ale i tak się cieszę, że mam wodospad na wyciągnięcie ręki.
Ruszam w kierunku starówki. 7,5-tysięczne Jajce jest bardziej kameralnym miastem niż Banja Luka (135 tys. mieszkańców), starsza część jest dobrze zdefiniowana pozostałościami murów miejskich i zamkiem na wzgórzu. Przede mną znajduje się Travnická brana, XVII-wieczna kamienna brama prowadząca do miasta od strony południowej. To właściwie prezent od Turków, którzy zajęli miasto już w 1463 roku.
Jajce od pierwszego kroku sprawia odmienne wrażenie niż Banja Luka. Chociaż i tutaj nie rozpoczął się jeszcze sezon turystyczny, to stoliki w ogródkach wystawionych szerokiej ulicy Hrvoja Vukčića Hrvatinića są pełne turystów. To miasto wydaje się gwarne i pełne życia. Mijam jakiś ośrodek kultury położony po prawej nad rzeką oraz duży biały meczet (Džamija Esme Sultanije) po lewej i zaczynam wędrówkę w stronę wzgórza z twierdzą. Jajce z pewnością nie są perełką architektury średniowiecznej, renesansowej czy barokowej. Starsza i bardziej nowoczesna architektura mieszają się ze sobą na ulicy. Ale na krętych i stromych uliczkach z łatwością mogę wzrokiem wyłowić pełne uroku budynki.
Zaglądam w różne zaułki, gdzie z pewnością turyści nie trafiają, domy tu są zniszczone, zaniedbane, aczkolwiek nie odnotowuję stosów śmieci. Wędrując dalej wzdłuż częściowo zachowanych murów miejskich, wchodzę do kilkusetmetrowego tunelu pod wzgórzem, który, jak sądzę, znakomicie ułatwia komunikację w mieście.
Po drugiej stronie odnajduję drogowskaz kierujący mnie do sławnego mitreum. Kilkaset metrów dalej, na końcu niepozornej ulicy, dochodzę do pozostałości świątyni Mitry z II wieku naszej ery. Historia odkrycia tego miejsca to przykład jednoczesnego sukcesu i porażki: mieszkaniec Bośni, który kopał fundamenty pod dom na własnej działce, nieoczekiwanie trafił na starożytne mury. Archeolodzy zyskali więc nowe pole do badań, ale właściciel utracił swoją działkę. To mitreum jest ponoć najlepiej zachowanym miejscem kultu rzymskiego bóstwa solarnego. Kult Mitry nie jest jednak rzymskim wynalazkiem. Powstał daleko stąd, na terenie Wyżyny Irańskiej. Ten Pan Zobowiązań, Władca Ładu panował nie tylko nad porządkiem kosmicznym, ale także nad ładem społecznym, strzegł umów i przyjaźni. Tak to przynajmniej zostało opisane w Aweście. Z Persji Mitra zawędrował daleko na wschód, gdzie stał się protoplastą Maitreji, którego świątynie oglądałem w Mongolii, Chinach i Indiach. Świątynie i pomniki Mitry stawiano również na zachód od Iranu, ot chociażby we wschodniej Turcji (gigantyczna głowa Mitry-Heliosa na górze Nemrut), a także w starożytnym Rzymie (najbardziej znane mitreum w podziemiach bazyliki św. Klemesa, a także w Termach Karakali w Rzymie, gdzie Sol Invictus jest przedstawiany w walce z bykiem), a w miarę rozwoju Imperium Rzymskiego kult Mitry rozprzestrzeniał się aż po Mur Hadriana (mitreum w Londynie) i Limes Germanicus (skromne mitreum w Saarbrücken). I taką właśnie świątynię poświęconą Mitrze mam przed sobą. Mitreum, podobnie jak inne, jest zagłębione w ziemi i ma formę niewielkiej sztucznej groty. Wewnątrz, na bloku skalnym, znajduje się nieco zniszczony wizerunek Mitry pod postacią młodzieńca zabijającego byka. Wycofuję się z mitreum zanim dwie panienki pilnujące tego miejsca zaczną domagać się ode mnie biletu.
Wracam na główną ulicę, przede mną wznosi się wzgórze z ciągnącymi się przy szczycie 1300-metrowymi murami twierdzy. Zanim się tam dostanę, wstępuję do miejscowego supermarketu Crvena jabuka, by skorzystać z toalety. Odświeżywszy się (zrobiło się całkiem ciepło), ruszam w stronę Medvjed-kula, czyli Bramy Niedźwiedziej. To przysadzista okrągła budowla, która rzekomo swą nazwę zawdzięcza sylwetce przypominającej niedźwiedzia. Wątpię w taką etymologię, nieważne.
Przechodzę przez bramę, po drugiej stronie otwiera się widok na pozostałości kościoła św. Marii, natomiast po lewej znajduje się wejście do katakumb. Sprawdzam na wszelki wypadek cenę wstępu (to tylko 2 BAM), ale nie mam specjalnie ochoty oglądać średniowiecznych krypt, w których rzekomo ukrywał się Josif Broz-Tito. Ostatnio w ogóle ograniczam odwiedzanie różnych muzeów lub zamków, bardzo dużo w życiu ich widziałem i, po prostu, jestem nimi zmęczony. Wchodzę do środka, gdy obiekt jest darmowy lub wyjątkowo znany. Wiem, że nie sposób zapamiętać wszystkie te miejsca. Bo czy pamiętam trasę podziemną w Kopenhadze, czy muzeum w Teheranie? Mam tylko mgliste obrazy w pamięci lub świadomość, że tam byłem. Na szczęście robię zapiski w formie dzienników podróżnych, by potem, po latach, łatwiej przywołać wspomnienia. Tak na marginesie, kiedyś relacje z wyjazdów traktowano jako źródło wiedzy o odległych krajach, to one pokazywały praktyczną stroną niskobudżetowego podróżowania. Stąd popularność wydawanej w latach 90. przez redakcję Travelbit serii "Przez świat" oraz internetowych relacji. Cieszę się, że uczestniczyłem w przekazywaniu swych podróżniczych doświadczeń, gdy powstawał internet w Polsce 30 lat temu. Wówczas, w 2000 roku stworzyłem swoją stronę i zamieściłem, jako jeden z pierwszych internautów, swoje dzienniki podróżne. Dziś relacje słowne zostały wyparte przez zdjęcia i wideoblogi, a opisy doświadczeń podróżniczych w formie dzienników czy blogów stały się w znacznej mierze przeżytkiem. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego też publikuję relacje głównie dla własnej satysfakcji. Wystarczy przynudzania, wracam do zwiedzania.
Zbudowany w XII wieku kościół świętej Marii (Crkva svete Marije) pozbawiony jest sklepienia, zachowały się do dziś tylko zewnętrzne kamienne ściany. Ale romańska, a po przebudowie gotycka bazylika miała przed wiekami okresy świetności. To w nim Stefan VI Tomaszević Kotromanić, serbski król i despota był koronowany na króla Bośni pod imieniem Stefana I (1461). Długo nie nacieszył się władzą, gdyż dwa lata później został zdekapitowany z rozkazu sułtana Mehmeda II Zdobywcę, a Bośnia (podobnie jak nieco wcześniej Serbia) przeszła pod panowanie Imperium Osmańskiego. Nie był to pierwszy ani ostatni sukces Mehmeda, to on zdobył Konstantynopol (1445), pokonał wojska węgierskie na Kosowym Polu (1448). Co prawda dostał łupnia od Skanderbega, księcia albańskiego (którego zamek odwiedziłem w Krui), ale generalnie zostawił po sobie gigantyczne imperium o powierzchni 2 214 000 kilometrów kwadratowych. Wracając do kościoła: powinny znajdować się tutaj zabytkowe freski z Ostatnią Wieczerzą. Tako rzecze Wikipedia. Ale chociaż zaglądam przez zakratowane okna i bramę – fresków nie widzę. Obok kościoła stoi wybudowana w XV wieku dzwonnica św. Łukasza (Zvonik svetog Luke/Звоник светог Луке). Nazwa nieprzypadkowa, gdyż tu właśnie zostały złożone rzekome szczątki Łukasza Ewangelisty. Wkrótce dzwonnicę zamieniono na mineret, a kościół – na meczet imienia Sulejmana Wspaniałego (Sultan-Sulejmanova džamija/Султан-Сулејманова џамија). Wysoka wieża ma interesujące rozwiązanie w swej górnej części – trzy kondygnacje z wąskimi gotyckimi triforiami.
Obok znajdują się zarośnięte chaszczami pozostałości domu Buricia z połowy XVII wieku. Przejściowo kwatera Tito podczas II wojny światowej. Nic ciekawego, ale pstrykam fotkę.
Wąską ścieżką z góry, na której znajduje się zamek, schodzą turyści. Ruszam więc tą drogą i ja. Dochodzę do bramy (Sahat kula), zostawiam ją na później i na razie skręcam w lewo pod górę. Nade mną wznoszą się potężne mury średniowiecznej twierdzy zbudowanej przez chorwacko-bośniackiego księcia Hrvoja Vukčića Hrvatinića. Ta ciekawa postać pokazuje, jak ciężko w tamtych czasach było o trwałe sojusze i wierność swemu panu. Hrvoje, rycerz na dworze Ludwika Węgierskiego, poparł Władysława I, który przekazał mu administrację Dalmacji i Chorwacji. Chociaż dostał tytuły i ziemie od Kotromanićów, spiskował przeciw Stefanowi, a po klęsce wojsk bośniackich sprzymierzył się z dotychczasowym przeciwnikiem – Zygmuntem Luksemburskim, królem węgierskim, czeskim i niemieckim. A gdy zadarł z jego poplecznikiem, Sandalją Hranićem, postarał się o poparcie Turków i z ich pomocą pokonał Węgrów pod Lašvą. Odwracanie sojuszy na Bałkanach było codziennością, podobnie jak i na naszych ziemiach i w Europie Zachodniej. Dość wspomnieć najsławniejszy z nich – Renversement des alliances, o którym pisałem w relacji z trampingu po Francji (2024). Zdrada, niedotrzymywanie umów, sprzymierzanie się z dotychczasowymi wrogami jest wpisane w historię państw. I nie należy się dziwić, że tak często i dziś doświadczamy takich zmian. Szkoda tylko, że o tych sojuszach decydują nie zwykli obywatele, lecz władza, która nie zawsze kieruje się ich dobrem.
Tak rozmyślając o historii tych ziem, dochodzę do bramy w murze otaczającym twierdzę. Ponad portalem umieszczono królewski herb Kotromanićów (Vrata Kastela). Na prawo ode mnie wznosi się Veliki južni bastion zwieńczony blankami. Za bramą, na terenie ograniczonym kamiennymi murami twierdzy nie ma praktycznie nic, poza niewielkim (na moje oko zrekonstruowanym) budynkiem.
Powoli schodzę w stronę dolnego miasta. Teraz dopiero dokładniej przyglądam się niewielkiemu budynkowi, który minąłem, idąb w górę. Jest otynkowany na biało, a dach ma kryty gontem. To pochodzący z 1912 roku Dizdareve džamija (Ženska džamija), czyli meczet przeznaczony dla kobiet. Ten niepozorny budynek jest uznawany za pomnik narodowy Bośni i Hercegowiny. Jedna z legend tłumaczących etymologię nazwy meczetu mówi, że bej Sulejman Kulenović, zbudował go ku pamięci swoich siedmiu córek, które zmarły podczas jego pielgrzymki do Mekki (Arabia Saudyjska). Ciekawostką może być, że pod wspomnianym "zwykłym" czterospadowym dachem kryje się ceglana kopuła. Do środka nie wejdę – drzwi są zamknięte. Wewnątrz znajduje się ponoć mihrab wykonany z trawertynu z trzema rzędami stalaktytów, a ściany ozdobiono tradycyjnymi motywami kwiatowymi – wieńcami i liśćmi.
Poruszając się wzdłuż zewnętrznych murów, dochodzę do bastionu Velika Tabija, skąd rozciąga się wspaniały widok na miasto i okolice. Po drugiej stronie doliny dostrzegam na zboczu muzułmański cmentarz. Tysiące białych nagrobków przywołuje wspomnienie z Sarajewa (2013). Dłuższą chwilę spędzam w towarzystwie dwóch nastolatek, które odpoczywają tu po szkolnych zajęciach. Później podchodzę do czynnego (ale w tej chwili zamkniętego) meczetu Okić. Został prawdopodobnie wzniesiony w 1689 roku przez beja Sinana Dzabića. I ten meczet ma kopułę skrytą pod czterospadowym dachem. Przynależy do niego 14-metrowy drewniany minaret.
Schodząc do dolnego miasta, zauważam sporo zniszczonych, wręcz zrujnowanych budynków. Może należały do Chorwatów lub Bośniackich muzułmanów, którzy podczas wojny musieli opuścić to miasto. Bliżej turystycznych traktów domy są bardziej zadbane, z ładnymi balkonami ozdobionymi kwiatami. W pobliżu znajduje się Dom Saraća zwany przez mieszkańców Sarenicą. Pochodzi z 1899 roku i jest przykładem typowej dla Austro-Węgier architektury. Dziś mieści się tu szkoła podstawowa. Jeszcze raz zaglądam pod meczet Esme Sultanije, gdzie na długim białym murze umieszczono setki nazwisk osób, które zginęły podczas wojny w Bośni.
Kończę spacer po Jajce. Przy wodospadzie robię sobie selfie na pamiątkę i czekam na autobus, który zawiezie mnie z powrotem do Banja Luki. Przejazd odbywa się o zmroku, więc z mniejszym zainteresowaniem obserwuję krajobrazy. Do hotelu docieram około 22:00. To był intensywnie spędzony dzień.
_______________________________________
*/ Prawdopodobnie z terenu byłej Jugosławii zaczerpnęliśmy to określenie atrakcyjnej dziewczyny.
**/ Jeśli przyjąć, że przeciętnie w jakimś mieście spaceruję 3 godziny i przechodzę, powiedzmy 12 km, a miast mam około 1000, to w ciągu całego mojego podróżniczego życia przeszedłem po miastach 12 000 km.
***/ FK Borac Banja Luka jest kilkukrotnym zwycięzcą Mistrzostw Bośni i Hercegowiny, zdobywcą Pucharu Bośni i Hercegowiny oraz Pucharu Jugosławii. I faktycznie został założony w lipcu 26 roku.
****/ Znacznie wyższy jest wodospad Skakavac koło Sarajewa, który oglądałem podczas trampingu po Bałkanach z Sergiuszem w 2013 roku. Jednakże woda w 98-metrowym Skakavcu spada wąską strugą, podczas gdy Plivski wodospad jest szeroki, a przez to bardziej malowniczy.