Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]


Barumini – Su Nuraxi – Sankuri – Torre dei Corsari

czwartek, 30 IX 2021


Poranna kawa | Megalityczna budowla | Nie tak łatwo z autostopem | Wieża Piratów | Nocleg na wydmach


[Poranek]

[Wizyta w Su Nuraxi]

Cieszę się, że zobaczyliśmy tego nuraga. Jest godzina 14:00, co dalej? Na dziś nie mamy noclegu zarezerwowanego, ale nastawiamy się na nocleg pod namiotem.

– Najchętniej gdzieś na plaży, ale jeśli znajdziemy inne miejsce to już będzie dobrze – mówi Alicja.

Na razie musimy wydostać się z tego miejsca. Stajemy na stopie i machamy. Miejsce nie jest najlepsze, znajdujemy się na niewielkim garbie, kierowcom ciężko się tu zatrzymywać. Głównym problemem wydaje się jednak słaby ruch na tej bocznej drodze.

– Może lepiej będzie stanąć na skrzyżowaniu w Barumini? – zastanawia się Alicja.

– Dobrze, zejdźmy do wsi.

– Ale wiesz. Mam ochotę na kawę – mówi Alicja, widząc narożną knajpkę.

Siadamy w ogródku. Alicja od razu nawiązuje rozmowę z właścicielką jakiegoś ładnego psa.

– Bellissima! – zaczyna każdą rozmowę.

Kawa nieco się przedłuża. Kawa dla Alicji jest przyjemnością, nie lubi się spieszyć. Ja już dawno wypiłem, chciałbym jechać już dalej.

Kończymy nasiadówkę, zarzucamy plecaki i idziemy na stopa. Po 15 minutach machania mamy dość.

– Spróbujmy wycofać się do głównej drogi. Która przechodzi przez tamto miasteczko, przez które przejeżdżaliśmy wcześniej… – proponuję.

Zmieniamy kierunek stopowania i przenosimy się na południe wsi. Stajemy przy jakimś na wpół zrujnowanym kościółku na stopie.

Machamy, zastępując się co kilka minut, ostatecznie zabiera nas dwójka mężczyzn.

– Odwieziemy was do Sanluri, tam będziecie mieć autobus – mówi kierowca nieświadom tego, że dziś preferujemy autostop.

Zajeżdżamy na dworzec i na wszelki wypadek sprawdzamy połączenia autobusowe z miejscowościami na zachodzie wyspy.

– Chyba nic nie znajdziemy przez cztery godziny – stwierdzamy z ulgą i idziemy na skrzyżowanie z obwodnicą.

Nie jest to optymalne miejsce do łapania stopa, ale po 15 minutach zabiera nas młoda kobieta. Co prawda nie do końca jedzie tam, gdzie chcielibyśmy, ale nie grymasimy. Jest nauczycielką, wraca na weekend do rodziców. Opowiada o swoim życiu, Alicja czasu do czasu coś mi tłumaczy na język polski. Zostawia nas w na obrzeżu miasteczka Guspini. Przez pół godziny relaksujemy się w cieniu pinii (Pinus pinea), słuchając cykad i wdychając aromat olejków aromatycznych. W dalszą drogę udajemy się z jakimiś małżeństwem. Krajobraz się zmienia. Okoliczne wzgórza pokrywa makia, ciężko jest poruszać w takim terenie bez ścieżki. Zauważam w wielu miejscach spalone połacie ziemi. Dopytuję kierowcę, czy ostatnio był tu pożar.

– Pożary są tu ciągle, ale ten tutaj był kilka lat temu.

Wysiadamy przy centrum handlowym w Torre dei Corsari. Żegnamy się z sympatycznymi Włochami, oni jadą jeszcze dalej do Porto Palma, my kierujemy się w kierunku wybrzeża. Tu, według mapy, znajduje się Wieża Piratów lub jak kto woli Wieża Korsarzy (Torre dei Corsari). Faktycznie, na cypelku wysuniętym w morze stoi kamienna wieża, ma ze dwanaście metrów wysokości i średnicę co najmniej 5 metrów. Na wysokości kilku metrów znajduje się otwór pozwalający na wejście do środka. Prowadzą do niego zniszczone schodki, ale w praktyce wejście tam jest bardzo utrudnione. Takie wieże są porozrzucane na całym wybrzeżu Sardynii i miały funkcję strażniczą. Podobne rozwiązanie istniało w wielu krajach w tym regionie, widziałem je na Malcie. Załogi obsługujące wieże porozumiewały się przy pomocy sygnałów świetlnych lub dymnych, a w późniejszych latach przy pomocy różnego rodzaju semaforów. Ten sposób komunikacji opisuje zresztą Aleksander Dumas w „Hrabim Monte Christo”.

– A wiesz? – zwracam się do Alicji. – Podobne sieci wież zbudowanych w zasięgu wzroku widziałem również w Omanie przy drodze z Maskatu do Nizwy.

Dłuższą chwilę poświęcamy na fotografowanie wieży z każdej strony, potem uwieczniamy siebie. Przy okazji rozglądam się za odpowiednim miejscem na nocleg.

– W tych krzakach na dole nie będzie najlepiej, bo całe wybrzeże jest widoczne z góry – zauważam.

– Może nikomu by to nie przeszkadzało?

– Nie wiem, może – mówię bez przekonania. Ale może znajdziemy lepsze miejsce?

Wracamy do miasteczka. Przestajemy na zakręcie szosy, skąd roztacza się widok na długą, dwukilometrową plażę. O tej porze dnia – a jest już 19:00 – plaża jest praktycznie pusta. W zasięgu naszego wzroku tylko kilka osób spaceruje. W oddali widać Pistis, niewielkie miasteczko malowniczo rozłożone na stoku. Domy z werandami i oknami zwróconymi ku morzu układają się piętrowo na wzgórzach. Natomiast po prawej stronie wznoszą się wielkie, kilkudziesięciometrowe wydmy częściowo porośnięte krzakami. Jakaś grupka ludzi mozolnie wspina się po krawędzi wydmy w górę. Z map wynika, że ten piaszczysty teren ciągnie się kilka kilometrów w kierunku północnym.

– Może spróbujemy w tej piaszczystej dolince? – mówię, wskazując ręką niewielką dolinkę w pobliżu miasteczka.

Na razie schodzimy na wybrzeże. Zbliża się zmierzch słońce zawisło nisko nad morzem. Fale morskie suną majestatycznie i rozbijają się o skalisty brzeg, na którym stoi Wieża Piratów. Robię kilka „artystycznych" zdjęć.

Penetrujemy wspomnianą dolinkę, lecz okazuje się, że nie może nam zaoferować nic poza zaśmieconym placem. Wracamy na plażę i po przejściu kilkuset metrów zatrzymujemy się. W stronę wydm prowadzą różne dróżki niknące wśród piaszczystych łach. Skręcamy i po chwili dochodzimy do niewielki kotlinki pomiędzy wydmami teren jest porośnięty krzaczkami.

– Tu byłoby może nawet dobrze, ale widać nas z miasteczka…

– Poczekaj tu chwilę, spenetruję teren powyżej – zostawiam Alicję z plecakami i ruszam w górę.

Po dziesięciu minutach przeczesywania zbocza znajduję kotlinkę otoczoną piaszczystymi skarpami. Uznaję, że to dobre miejsce na biwak. Chcę wrócić do Alicji i tu zaczyna się problem, ponieważ wszystkie miejsca wydają mi się podobne. A ponieważ sam kluczyłem idąc pod górę, ciężko mi odnaleźć drogę powrotną. Na dodatek słońce już zaszło i robi się coraz ciemniej. Już, już mam dzwonić na komórkę do Alicji, gdy dostrzegam ją oddali.

– Ugh! Myślałem, że cię nie znajdę… – wysapuję.

– A co się stało?

– Nic. Po prostu jest ciemno, a dróżek tu pełno.

– I co? Znalazłeś jakieś miejsce?

– Tak. Dużo lepsze niż tutaj. To tylko kawałek drogi, sorry, że długo mnie nie było, ale trochę się zgubiłem.

– Okej, spoko.

Prawie po ciemku rozkładamy namiot ustawiając go wejściem ku morzu.

– Będziemy mieć ładny widok o poranku – zauważam – A teraz do spania!

Wyciągamy materace i śpiwory i wskakujemy do namiotu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej