Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]


Dubaj – Abu Zabi

środa, 17 II 2016


Wreszcie w Dubaju! | Wyjazd do stolicy | Zachwycający meczet | | |


Zaczął się trzeci dzień naszej podróży, a my dopiero dotarliśmy do Dubaju. Lot przebiegał normalnie, wylądowaliśmy bez opóźnienia. Stoimy teraz w długiej kolejce do odprawy paszportowej. Urzędnicy za kontuarem w strojach arabskich z kefiją na głowie i przepisowym agalem.

– Cel? Jak długo? Pierwszy raz? – wypytują.

Dobrze, że już nie trzeba wiz do Emiratów, wystarczy pieczątka w paszporcie. Odbieramy bagaż (chociaż miał wymiary podręcznego, trafił do luku bagażowego) i zaglądamy do dwóch kantorów. W jednym kurs niekorzystny, w drugim prowizja 5 AED, ograniczam się do wymiany 50 dolarów.

Plan na dzisiaj jest następujący: pojechać do Abu Dhabi, zwiedzić miasto i wieczorem wrócić do Dubaju. A najważniejsze: nie spóźnić się na samolot do Manili odlatujący o 23:10. Teoretycznie moglibyśmy dziś dzień poświęcić na zwiedzanie Dubaju, ale planowana wizyta w jednym z najpiękniejszych meczetów w Abu Dhabi była zbyt silnym magnesem, abyśmy mieli czekać na inną okazję.

Musimy dostać się na lokalny dworzec autobusowy w południowej części Dubaju. Natychmiast zjawiają się chętni naganiacze do taksówek.

– Fifty dirhams. No more! – proponują.

My jednak preferujemy transport miejski, autobusy jeżdżą od godziny 6:00. Wystarczy tylko zaopatrzyć się w miejską kartę NOL. Ale najpierw musimy przetransferować się na pierwszy terminal, gdzie znajduje się dworzec autobusów miejskich. Z ciężkim sercem wymieniam w kantorze 50 dolarów, płacąc wygórowaną prowizję 5 AED.

– Ale bagaże zostawiamy? – pyta Cecile – chyba nie będziemy męczyć się z nimi przez cały dzień!

– Masz rację.

Szybko odnajdujemy przechowalnię bagażu i deklarujemy czas przechowywania na 12 godzin (40 AED). Mam nadzieję, że to wystarczy.

Kupujemy karty miejskie NOL, ładując je 50 dirhamami każda. Na początek wystarczy. Taksówkarzy spławiamy, wsiadamy do metra. Wszystko to odbywa się w miarę sprawnie. Linia metra, którą jedziemy na większości trasy jest poprowadzona na powierzchni. Po drodze mijamy mnóstwo wysokościowców, czasem o wyszukanych fasadach i konstrukcji. Ale bardziej podobają mi się klimatyzowane "akwaria"– czyli klimatyzowane przystanki autobusowe.

Podjeżdżamy na podmiejski dworzec autobusów dalekobieżnych i tu okazuje się, że autobusów do Abu Dhabi jest całkiem sporo. Do kas ustawiły się długie kolejki. Jak się okazuje, możemy nawet skorzystać z naszych kart NOL, trzeba je tylko doładować, gdyż bilety są po 25 AED.

– Stoisz tu z mężem, gdyby ktoś pytał – mówię do Cecile i idę do drugiej kolejki.

Doładowuję karty i wracam w ostatniej chwili. Cecile już stoi przy okienku kasy. Kupujemy bilety i ruszamy.

W autobusie podniszczone fotele, przedział dla kobiet i małżeństw. Autostrada czy może droga szybkiego ruchu imponuje szerokością: ma 2 × 7 pasów! Tysiące samochodów poruszają się w obu kierunkach. Po obu stronach – dziesiątki biurowców i apartamentowców. Mają po kilkadziesiąt pięter i dość oryginalną architekturę. Niestety, przyciemniane szyby w autobusie sprawiają mi kłopot przy fotografowaniu. Ten obraz Dubaju zgodny jest z moimi wyobrażeniami sprzed wyjazdu. Dalej zaczynają się mniej ciekawe półpustynne krajobrazy.

– Cieszę się, że będziemy w Abu Dhabi – mówię, gdy za oknami pojawiają się przedmieścia miasta.

– Dlaczego?

– Być w Emiratach i nie widzieć stolicy?!

– No tak, przecież Dubaj nie jest stolicą Emiratów – przytakuje Cecile.

Do Abu Zabi jest około 130 kilometrów. Droga, ze względu na nasilony ruch w miastach zajmie nam dwie godziny. Ale oto i stolica.

– Zatrzymujesz się przy meczecie? – pytam kierowcę, widząc z daleka piękne budynki świątyni.

– Nie. Dopiero na dworcu.

Trudno, będziemy musieli się tu wrócić. Na dworcu sprawdzamy, że karta miejska jest po 20 AED i pozwala na wiele przejazdów. Nie jest to nam na rękę, nie potrzebujemy aż tyle. Muszę znów dokupić lokalną walutę, kantor na szczęście w pobliżu.

Podchodzimy dna przystanek autobusowy przy głównej, przelotowej ulicy. Gdy nadjeżdża jakiś autobus, wsiadamy. Zakładam, że kierowca, widząc nas, domyśli się, że ma jechać pod meczet. Podjeżdżamy w pobliże kwartału W54 i wysiadamy. Uderza w nas fala gorąca i instynktownie rozglądamy się za cieniem. Klimatyzowane przystanki dają możliwość ochłodzenia się, chociaż nie zawsze działają. Ale ogólnie jest super. Błękitne niebo, wokół dużo zieleni. Wielki Meczet Szejka Zajida ( جامع الشيخ زايد الكبير) jest z daleka widoczny, prowadzi do niego długie podejście schodami ruchomymi. Schodzimy do podziemia, tu znajduje się olbrzymi parking i szatnia, gdzie turystki mogą się przebrać.

– Czy ona jest okej? – pytam strażnika, wskazując na Cecile.

Moja towarzyszka podróży ma na sobie chustę, długą spódnicę i wygląda bardzo przyzwoicie.

– Tak, możecie wejść – stwierdza Arab.

Z plecaczkami idziemy na górę. Pierwsze uczucie, które nam towarzyszy po wejściu do meczetu to zachwyt. Niebieskie kafelki odbijają się w sadzawce – widać, że projektanci potrafili wykorzystywać efekty optyczne dla uzyskania piękna i estetyki budowli. Główny budynek na lewo zostawiamy na potem, zachwycamy się podcieniami z łukami mauretańskimi wokół dużego centralnego 17-arowego placu pokrytego biały marmurem z roślinnymi kolorowymi ozdobami. Podcienia mają bardzo smukłe słupy, intarsjowane kamieniami półszlachetnymi, przywołują u mnie w oczywisty sposób z Taj Mahal. Meczet w całości jest ładny, ale widać, że wszystko jest współczesne, nowe. Zbudowano go w ciągu dwunastu lat (1996-2007), należy do największych na świecie. Turyści chcą się fotografować na dziedzińcu, chociaż wejście na środek jest zabronione. Strażnicy w galabijach zawracają ich, ale Japonki i inni są uparci i wchodzą. Niegrzeczne to jest.

Czas goni. Długi korytarz z szafkami na buty, różnokolorowe tłumy, tu kolejne skojarzenie – tym razem z Amritsarem. Już w przedsionku słyszymy achy i ochy zwiedzających. Oniemiali turyści zatrzymują się w progu, oglądają wielki żyrandol, zdobioną posadzkę i ściany. Chcą zrobią zdjęcia, ale strażnicy przeganiają dalej. Główne pomieszczenie jest olbrzymie, pośrodku rozłożono gigantyczny, wzorzysty dywan w tonacji pomarańczowo-czerwonej i zielono-żółtej. Grupki turystów przystają tu i ówdzie. Są tu i Murzyni, i Europejczycy i Azjaci. Są tak różni, tak odmienni. Ale łączy ich jedno – bose stopy! Zachwycam się marmurową posadzką ozdobioną kwiatowymi ornamentami, nieskazitelnie białymi ścianami ze złotymi i srebrnymi ozdóbkami. Nad nami gigantyczny żyrandol z ledami. W oknach i drzwiach szyby ze rżniętego kolorowego szkła. Przy słupach i pod ścianami półki z Koranem lub raczej modlitewnikami.

Nie ma tu jednak atmosfery miejsca przeznaczonego na modły, raczej to miejsce do zwiedzania, jak muzeum. Nawet wspomniane półki są rzeźbione i intarsjowane macicą perłową a modlitewniki wyglądają jakby wprost przyniesione z księgarni. A ja chętnie siadłbym sobie na milutkim w dotyku dywanie, oparł się o kolumnę i pomedytował.

Powoli, metodycznie obchodzę pomieszczenie wokół. Mihrab i mimbar nie robią specjalnego wrażenia, są proste, ale eleganckie.

– Chyba wystarczy? – pytam, podchodząc do Cecile.

– Tak, chodźmy – przytakuje.

Na zewnątrz upał. Byle do autobusu! Gdzie jedzie? Niestety nie wiem. Korzystam z GPS i jesteśmy gotowi wyskoczyć, jeśli tylko autobusy skręci w złą stronę. Dzielnica handlowo-biznesowa. Wysokie wieżowce wokół nas. I jest ich coraz więcej. Zachwycam się ulicami fasadami ze szkła i aluminium. Słońce odbija się w fasadach, lśnią białe kopuły małych meczetów przycupniętych pomiędzy drapaczami chmur. Chcielibyśmy odwiedzić darmowe muzeum w pobliżu, niestety trwa remont. Wysiadamy.

[Ciąg dalszy zwiedzania]

[Powrót do Dubaju]


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej