Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21-22]


Tornio – Rovaniemi

piątek, 9 VII 1993


Muzeum Arktyki: rozmyślania o Północy | Nocleg u Pekki


Rovaniemi – muzeum Koła Polarnego

Nazajutrz zwiedziliśmy Haparandę i Tornio. Szumnie powiedziane, bo oba miasteczka są skończenie nieciekawe i nie ma tu nic do oglądania. Ale by to stwierdzić trzeba było ruszyć tyłki.
Wynieśliśmy się szybko do Rovaniemi. Tutaj postanowiliśmy dokonać natarcia na Muzeum Arktyki. Upatrzony cel z daleka prezentował się zachwycająco. Szklany tunel pokryty półkolistą kopułą. Tuż pod nią fruwały mewy (taki efekt dają powypychane ptaki z rozpostartymi skrzydłami zawieszone u sufitu na nitkach). A i ekspozycja nas nie zawiodła. Część była o Rovaniemi, część o Saamach, Laponii; jedno z pięter poświęcono Północy – wiał zimny, przenikliwy wiatr, pędziły po śniegu psy zaprzężone w sanie, rozgadało się ptactwo, ludzie żyjący na śniegu polowali na renifery, łosie, niedźwiedzie, łowili ryby, robili z kości, drewna lub trawy – piękne, misternie zdobione przedmioty. Każdy marzy, by zwiedzić ciepłe kraje. Okazuje się, że marzenie o zobaczeniu ludzi Północy wymagałoby zbyt wielkiej wyobraźni. Wyobrażamy sobie tylko biel i ziąb, a tu tyle roślin, zwierząt! A ludzie, jak wszędzie, urządzają sobie życie, umilają je, upiększają. Pokonują tę biel i zimno, wszystko jest bardziej kolorowe, cieplutkie, puszyste, miłe.
A teraz trzeba było gdzieś znaleźć spanko.

A więc jestem chamem, intruzem, człowiekiem bezczelnym, nie potrafiącym uszanować czyjejś prywatności... Dowiedziałem się tego następnego dnia po fakcie, czyli po noclegu u Pekki. (ja tak nie przesadziłam, mówiłam o wykorzystywaniu i dumie.)
Najlepiej oczywiście mieć forsę na hotele, schroniska lub kempingi; gorzej, jeśli jest jej za mało. Gdy zaczęły nas gryźć jak szalone komary – te zmutowane, nic nie robiące sobie z wynalazku pewnej francuskiej firmy produkującej maści przeciwko nim; gdy Sylwii zaczęły się przypominać przeżycia poprzedniej nocy z Haparandy; gdy tak staliśmy zmęczeni po całym dniu w, pożal się Boże, lasku – zdecydowaliśmy się uciec stamtąd. Zatrzymaliśmy się przy pierwszym lepszym domku i, posiliwszy się jogurtem, tudzież resztką herbaty, postanowiliśmy zaatakować ów stojący obok dom. Piszę cały czas o tych decyzjach w liczbie mnogiej – bo przecież tak było.
Powtórzyłem sobie przygotowane zdanie po angielsku, przylizałem brudną czuprynę, pociągnąłem za sobą Sylwię (wiadomo! dziewczyna) i przekroczyłem drzwi ogródka. Dokładniej, prawie przekroczyłem, ponieważ w naszym kierunku od razu rzucił się dość duży pies. Poczekawszy aż właściciel – młody chłopak – uspokoi go i podejdzie bliżej, wyksztusiłem z siebie:
– Excuse me. Is it possible to put up our tent for one night somewhere around?
– Oh? – Mężczyzna zaczął się rozglądać wokół zastanawiając się zapewne, na którego z sąsiadów zrzucić naszą obecność.
– The dog... my dog... (myślał po angielsku)
– We have a train tommorow morning at 8:00 – ciągnąłem – Of course, if it's not a trouble for you...
– OK, but I have new grass here – powiódł ręką po części ogródka – but you can put up your tent anywhere there.
Udało się! Nocujemy co prawda z komarami, ale bezpiecznie u sympatycznego Fina. Pekka zaproponował herbatę lub kawę (nie skorzystaliśmy), prysznic i WC (skorzystaliśmy) oraz saunę (niestety nie skorzystaliśmy), później oświadczył, że żona z dziećmi jest na wsi i poszedł do restauracji na dziewczyny. Wrócił ok. 3:00.
– Everything OK? – zagadnął przechodząc – Good night.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej