Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Sewan – (Tbilisi) – Khor Virap

sobota, 1 X 2011


Jadę nad Jezioro Sewan | Historyczne wspominki | Czy Ararat ma rodzeństwo? | Niezwykły Khor Virap | Powrót do stolicy


Zaczął się październik. Nigdy jeszcze o tak późnej porze roku nie jeździłem za granicę. Na szczęście, poza skróconym dniem (ciemno za oknem o siódmej rano) i zachmurzonym niebem (choć to może się i w lipcu zdarzyć) nie cierpię z tego powodu. W gruncie rzeczy jeżdżenie poza sezonem ma swoje plusy – nie ma problemów z noclegami.

Wychodzę z hotelu po 7:00 i jadę marszrutką numer 7 na północne obrzeża Erywania. Tu, na miejscowym dworcu przy wylotowej drodze w kierunku Sewan, tradycyjnie odpieram ataki taksówkarzy, którzy twierdzą, że marszrutek nie ma. Faktycznie, w sobotę może i rzadziej jeżdżą, ale tak naprawdę, to interesuje mnie dotarcie do Sewan-ozero nie do Sewan-gorodok. Wsiadam więc do marszrutki jadącej do Dilidżanu i czekam, aż się zapełni pasażerami. Ruszamy o 9:00. Dzień – po nocy z opadami – jest pochmurny, mokry i brzydki. Krajobraz po drodze, jak łatwo się domyślić, górzysty. Widzę ośnieżone szczyty masywu Aragac i Azhdahak, które mijałem w drodze do Erewania. Chociaż na Zakaukaziu widok gór jest codziennością, to wciąż te krajobrazy mnie zachwycają, zwłaszcza teraz – przyprószone białym puchem. Zanim dotrzemy do Sewan pokonujemy przełęcz pod Gutansarem. Wkrótce pojawia się w oddali szara tafla jeziora. Miasto Sewan jest mało ciekawe, mijamy go w odległości kilometra.

Wysiadam z marszrutki na wprost drogi prowadzącej w głąb niewielkiego półwyspu. To na nim znajduje się – widoczny z daleka – monastyr Sewanavank. Podbiegam najpierw na brzeg jeziora i sycę oczy widokiem. Wysokogórskie jezioro położone jest na wysokości 1800 m n.p.m. (jeszcze 70 lat temu mapy radzieckie podawały wysokość 1914 m n.p.m.) i otoczone zewsząd pasmami górskimi. To prawdziwe armeńskie morze – zajmuje 1/5 powierzchni kraju*/. Nie przypomina Bajkału ani Chubsugułu. Ten pierwszy był "niezmierzony", a wody mongolskiego morza były ślicznie błękitno-zielone. Mam raczej skojarzenia z Morzem Białym, chyba za sprawą zerowej temperatury i szarych, nisko wiszących chmur. Idę teraz szeroką pustą drogą do monastyru. Mijam opuszczone, zniszczone budynki, kiedyś to były sklepy, galerie i pensjonaty obsługujące turystów. Wygląda to tak, jakby era dobrobytu odeszła wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. A przecież teraz właśnie powinna rozwijać się turystyka… Dziwne. Schodki prowadzą mnie na wzgórze. Tu znajduje się kompleks budynków: kościół św. Matki Boskiej, kościół Apostołów i kaplica Surb Hakob. Są też inne ruiny. Wszystkie obiekty z ciemnego kamienia, niby tufu wulkanicznego, ściany i fasady umiarkowanie ozdobione. Uwagę jak zawsze zwracają chaczkary – kamienne krzyże ormiańskie ustawione w rządku pod murem. Kiedyś zapewne porozrzucane były po okolicy, może przy cmentarzach i kapliczkach. Dziś Ormianie najwyraźniej uznali, że tu będzie bezpieczniejsze miejsce. W kościele Apostołów, do którego wchodzę z grupą Niemców, panuje mrok. Światło z okienka pada na piękną płytę z płaskorzeźbą przedstawiającą Jezusa z warkoczami. Ołtarz skromny, kamienny z rozetą ponad nim. Wystarczy zwiedzania. Na zewnątrz zimno. Lekki wiatr usiłuje rozgonić skłębione chmury, wówczas słońca na moment rozświetla tę piękną krainę.

Robię sobie posiłek na ławeczce. Później schodzę ku południowemu nabrzeżu i dokonuje inspekcji miejscowych straganów. Ceny jak dla turystów zachodnioeuropejskich. Złoszczę się, bo nie mogę wybrać jakichś sensownych pamiątek i prezentów dla bliskich. Na stoisku moją uwagę zwraca kolekcja minerałów. Są wśród nich czarne błyszczące obsydiany i duże okazy kryształów górskich. Szczególnie podoba mi się błękitna odmiana obsydianu, kupuję to wszystko dla Sergiusza. Przy płaceniu słyszę łomot za sobą, to mój nowy aparat ląduje na bruku. O dziwo, poza mikroskopijnym uszkodzeniem obudowy obiektywu nic się nie stało. Dobrze, że to Canon, a nie poprzednia Konica Minolta, która po kilku latach dokonała swego żywota. Inna rzecz, że tamten aparat był bardziej ergonomiczny i – to już kwestia niejednoznaczna – lepiej ustawiał ostrość zdjęć. No dobrze. Czas na powrót do stolicy i domu. Odpuściłem sobie bowiem wyjazd w kierunku innych monastyrów nad jeziorem i w stronę Gawarru. Wolę po południu pojechać do Khor Virap, który, jakby nie było, jest wizytówką Armenii.

Ustawiam się na obwodnicy Sewanu i macham na przejeżdżające samochody. Po 15 minutach siedzę w pustej marszrutce. W Erywaniu podjeżdżam na ulicę Artsakh, w dzielnicy Szengawit. Stąd już blisko na dworzec kolejowy, po drugiej stronie znajduje się dworzec autobusowy. Na placu dworcowym mijam konny pomnik Dawida z Sasunu. Ta postać jest równie ważna dla Ormian jak Piotr Wielki dla Rosjan, którego pomnik – Miednyj Wsadnik – jest symbolem Petersburga. Ponoć fragmenty staroormiańskiego eposu Sasuntsi Davit są recytowane podczas narodowych świąt. Pomnik Dawida z Sasunu jest o tyle wart wspomnienia, że jego autorem jest Jerwand Kochar, chyba najbardziej znany ormiański artysta – twórca nowoczesnego ruchu w sztuce "Les Peintures dans l`espace", a jego trójwymiarowe obrazy-rzeźby są wystawione m.in. w Centrum Pompidou a Paryżu.

No dobrze, autobus do Khor Virap już stoi na stanowisku, ale odjeżdża za 40 minut. Mam czas na drobne zakupy. Kolejny raz z ubolewaniem stwierdzam, że ceny są tu często wyższe niż w Polsce. O 15:00 ruszamy. Do przejechania mamy około 45 kilometrów. Jedziemy główną drogą na południowy wschód. Wysoka zabudowa ustępuje podmiejskim osiedlom, potem odsłania się widok na Ararat i jego odwiecznego towarzysza – Mały Ararat. Swoją drogą, ciekawe, jak Ormianie traktują te góry. Wiadomo, że Ararat dla nich to największa świętość, ale czy Mały Ararat jest jego "dzieckiem"? A jeśli tak to „syn” czy „córka”? A może zupełnie to bez znaczenia dla nich i nie wskazują żadnego pokrewieństwa…? Dość, że ilekroć widzą Ararat, to tyle razy mam ochotę go fotografować. Niestety, ze względu na położenie i zmiany pogody najlepiej go oglądać wcześnie rano, kiedy słońce oświetla jego wschodnie zbocza. Później często wierzchołek tonie we mgle lub w chmurach a promienie słoneczne wpadają wprost do obiektywu. Jedzie z nami facet z Holandii, ściska w ręku LP. Zachowuje się niezbyt pewnie, wysiada przedwcześnie w środku wsi o nazwie Pokr Vedi; ja, poinstruowany przez pasażerów, jadę nieco dalej i, zaopatrzony przez kierowcę w rozkład powrotnych busów, wysiadam na skrzyżowaniu.

Monastyr Khor Virap już od chwili jest widoczny z oddali. Mam dokładnie godzinę, by przejść półtora kilometra, obejrzeć miejsce i wrócić na czas. Pewnie, że nic by się nie stało, gdybym pojechał kolejną marszrutką, ale komplikacje są mi niepotrzebne. Zresztą mam dużą satysfakcję, gdy uda mi się wszystko sprawnie zorganizować. Szybkim krokiem dochodzę do monastyru malowniczo położonego na wzgórzu na tle Araratu.

Od razu trzeba powiedzieć, że to miejsce dla Ormian szczególne. I, jak na Jasną Górę, tu też ciągną pielgrzymki ze względu na szczególną historię tego miejsca. To tutaj, dwa tysiące dwieście lat temu, znajdowała się stolica królestwa Armenii – Artaxata (Artaszat). Miasto założone przez Artashesa I w strategicznym punkcie nad Araksem rozbudowywało się stopniowo dzięki handlowi z Persją, Mezopotamią i państwami na terenie Azji Mniejszej. Tigranes II, jeden z kolejnych władców nieco przesadził z powiększaniem królestwa (aż po Kapadocję!) i chociaż stolicę przeniósł daleko na zachód (do Tigranocerta) to stracił kontrolę nad rozległym królestwem i dał się pobić rzymskiemu Lukullusowi. I chociaż Neron odbudował miasto, to Artaszat wraz z Khor Virap zostało ostatecznie zniszczone przez wojska sasanidzkiego króla Shapura II. Tyle burzliwej historii.

Zaglądam do kaplicy Nersesa, właściwie nic specjalnego, ale nie mogę sobie odmówić przyjemności zejścia kilkudziesięciometrowym szybem do podziemnej sali. Służyła jako apartament dla Grzegorza Oświeciciela. Miał gość pecha w życiu. Jako chrześcijanin z „misją” przywędrował w III w. n.e. do królestwa Tiridatesa III, lecz zamiast robić swoją krecią robotę skrycie, za bardzo się afiszował i władca, który był zoroastrianinem, zaprosił go do lochu… Trudno powiedzieć, jakie miał tam rozrywki poza łapaniem chleba wrzucanego do szybu przez dwie litościwe wdowy i okresowymi torturami, w każdym razie po kilkunastoletniej izolacji uzdrowił swego ciemiężyciela. No i Grzegorz wyszedł ostatecznie na swoje, gdyż uzdrowiony król przyjął z jego rąk chrzest (niczym nasz Mieszko z rąk św. Wojciecha), zadekretował, że od 302 roku nauki Jezusa będą państwową religią a Leoncjusz z Cezarei, kumpel Grzegorza z dzieciństwa, mianował go patriarchą kościoła ormiańskiego. Jak dla mnie historia nie trzyma się kupy, ale niech tam! W innym kącie kaplicy znajduje się drugi szyb, znacznie krótszy.
Tu, w Khor Virap, również trafiam na ślubne uroczystości. Tym razem panna młoda nie zachwyca urodą, ale mam okazję przyglądać się sympatycznemu księdzu rozmawiającemu z członkami rodziny.

Tyle zwiedzania. Jeszcze rzut oka na tonący w chmurach Ararat i szybkim krokiem wracam na marszrutkę we wsi. W drodze do Erywania drobny incydent. Kierowca, po rozmowie przez komórkę wysadza młodych mężczyzn z pojazdu. Trzy śliczne dziewczyny głośno komentują tę sytuację. Tłumaczą mi, że w stolicy zapowiedziano wiec antyprezydencki i policja na drogach kontroluje pojazdy, by uniemożliwić przeciwnikom Sarkisjana dotarcie do miasta. Dostaję instrukcję, co zeznać w razie zatrzymania pojazdu. Faktycznie, po chwili zostajemy zatrzymani przez policjantów z drogówki. Chłopaki zaglądają do środka i rozmawiają z kierowcą. W porządku, jedziemy dalej 😉. Wieczorem, po kolacji, po raz kolejny odwiedzam plac z pamiątkami. Niestety, znów jestem za późno, straganiarze spakowali już swoje kramy.
_________________________________
*/ Niestety poziom wody w jeziorze obniża się. Obecnie stanowi ono 1/6 powierzchni Armenii.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej