Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]
Gdzie są te ptaki?! | W zielonym gąszczu | Co to za zwierzę? | Włochata matka i jej dzidziuś | Zatrzęsienie zwierząt | Popołudnie na plaży
Dzisiaj wybieramy się do Parku Narodowego Cahuita. Mam wielką nadzieję, że zobaczymy więcej zwierząt niż wcześniej w Panamie i Kostaryce. Jak dotąd, jestem zawiedziony tym, że nie napatrzyłem się dość na leniwce. Zjadamy śniadanie i przechodzimy na pobliski dworzec autobusowy. Nie sprawdzałem dokładnie wczoraj, o której będziemy mieć autobus w stronę parku narodowego, zresztą nie ma to dużego znaczenia: i tak autobusy nagminnie tu się spóźniają i nie można polegać na wywieszonym rozkładzie jazdy. Po 20 minutach oczekiwania wsiadamy do autobusu jadącego w stronę Sixaola. Musimy podjechać zaledwie parę przystanków, to około 5 km. Za przejazd płacimy po 540 colonów. Wraz z nami na przystanku wysiada jedynie Amerykanka w średnim wieku.
– Wiecie, o której godzinie otwierany jest park narodowy? – pyta nas.
– Od 8:00 – nieświadomie wprowadzam ją w błąd.
Idąc boczną drogą, po kilkuset metrach dochodzimy do zamkniętej bramy.
– Park otwarty jest od 9:00 – dziwię się, odczytując wywieszkę. – Widocznie od 8:00 był tylko wstęp od strony miasta.
To nieważne, możemy poczekać 15 minut, aż ktoś się zjawi w pawilonie pełniącym funkcję kasy. Tymczasem chowam zapas wody w plastikowej butelce pod zwalonym pniem i idziemy na krótki spacer. Wysoko nad nami, wśród koron drzew, rozbrzmiewają gwizdy i świergot ptaków. Wydaje się, że są ich tam setki, są jednak zbyt skryte lub małe, by je zobaczyć nawet z użyciem mojego silnego zoomu aparatu. Dostrzegam natomiast rozpiętą między słupkami ogrodzenia pajęczą sieć, a pośrodku – jej olbrzymiego właściciela. Pająk tkwi nieruchomo, a jego odnóża są rozłożone na dobre 10 centymetrów. Później, na podstawie układu żółtych plamek na odwłoku, zidentyfikuję go jako prządkę Trichonephila clavipes. Sądząc po wielkości, to samica. Nieco dalej, wśród wilczomleczy uganiają się czerwoną-brunatno-biały motylki Anartia amathea z popularnej na całym świecie rodziny rusałkowatych (Nymphalidae).
– No i gdzie są te ptaki? – denerwujemy się.
Wciąż w pamięci mam bajecznie kolorowe ary żółtoskrzydłe (Ara macao) siedzące na wśród drzew w Copan de Ruinas (Honduras).
– Patrz na wierzchołki drzew – mówię. – Tukany tam lubią siedzieć.
– Może, ale nie tu, w Panamie – powątpiewa Renata.
Wypatrując okazów awiafauny, wśród gałęzi wysokiego drzewa dostrzegam dostrzegam coś czerwonego.
– Jakieś dziwne kwiaty? – zastanawiam się i robię zdjęcie.
– To nie są kwiaty – stwierdza Renata, która ma lepszy wzrok. – To jakieś dziwne strąki.
– Zgadza się – przytakuję, podnosząc z ziemi poskręcaną jak obierki ziemniaczane i częściowo opróżnioną z nasion łupinę.
Najwyraźniej tak natura opanowała technikę rozsiewania nasion przy pomocy sprężystych strąków. Później się przekonam, że właśnie poznałem Cojoba graciliflora.
– Możemy już wracać do parku – zachęca Renata, która jest bardzo spragniona widoku kolorowych ptaków.
Tymczasem przy wejściu uzbierało się około 6 osób.
– Niektóre szlaki w parku narodowym są zamknięte ze względu na niedawne deszcze i zwalone drzewa – tłumaczy strażnik. – Tą ścieżką możecie przejść tylko do morza.
Ku naszemu zaskoczeniu nie sprawdza naszego bagażu, być może ze względu na chęć szybkiego obsłużenia turystów. Płacimy za wstęp kartą i wchodzimy. Droga poprowadzona jest ścieżką, później drewnianymi pomostami. Wokół gęsta tropikalna przyroda.
– Bardziej tu mi się podoba niż w Manuel Antonio – stwierdza Renata.
– Tak. Tam był prawie zwykły las, a tu jest prawdziwa dżungla – zgadzam się.
Nie za bardzo wierzę, że spotkamy tu leniwce, ale wciąż je wypatrujemy. Towarzyszą nam gwizdy ptaków i odległe pokrzykiwanie małp, jednak nie jesteśmy w stanie ich dostrzec. Za to spotykamy dużo kwiatów, między innymi wielkie kwiaty czerwone kwiaty imbiru oraz białe skrzydłokwiaty. Te ostatnie wyrastają na półtora metra z gruntu położonego poniżej pomostu.
– A tam, w Monteverde były zwierzęta? – dopytuje Renata, nawiązując do mojego wyjazdu sprzed kilku lat.
– Żadnych zwierząt większych nie spotkaliśmy, ale było dużo kwiatów tak, jak tu – staram się pocieszyć zawiedzioną dziewczynę.
W miarę, jak zbliżamy się do brzegu morza, teren staje się coraz bardziej podmokły, pojawiają się niewielkie oczka wodne i powoli płynące strumyki. Coraz więcej widać drzew mangrowych, których szczudlaste korzenie przybyszowe wskazują maksymalny zasięg wody. Nie widać natomiast żab, choć ich głośne kumkanie rozlega się wokół. Gdy, kierując się głosem, próbujemy namierzyć płaza, dźwięk milknie i rozlega się parę metrów dalej. To jednak nie żaba zmienia położenie, lecz odzywa się jej sąsiadka.
Dostępny dzisiaj odcinek szlaku liczy sobie zaledwie dwa kilometry i początkowo wydaje się nam, że przyjdziemy go w krótkim czasie i będziemy odczuwać niedosyt. Jednak powolne tempo przemieszczania się, konieczność wypatrywania zwierząt, robienia zdjęć sprawiają, że jesteśmy usatysfakcjonowani spacerem. W pewnym momencie dostrzegam latającego między krzewami olbrzymiego błękitnego motyla Morpho peleides. Ten gatunek motyla jest charakterystyczny dla Ameryki Środkowej, spotkałem go już kiedyś w Kostaryce. Jego ogromne, niebieskie skrzydła są czymś tak niezwykłym na tle bujnej zieleni, że spotkanie z nim na długo pozostaje w pamięci.
Wkrótce dochodzimy do zabudowań gospodarczych znajdujących się tylko dwa kroki od kamienistej plaży. Fotografuję piękne czerwone pąki imbiru, gdy nadchodzi paru turystów. Początkowo nie zwracam na nich uwagi, ale gdy gromadzą się w jednym miejscu i zaczynają coś komentować i fotografować, podchodzę do nich.
– Racoon! – szepczą przejęci.
Zwierzę, które stoi na ścieżce, nie jest oczywiście szopem (Procyon lotor) występującym powszechnie w Stanach Zjednoczonych, lecz ostronosem. Gatunek tego drapieżnika tu występujący to ostronos białonosy (Nasua narica). Różni się nieznacznie wyglądem od ostronosa rudego (Nasua nasua), którego spotykałem nad Wodospadami Iguazu. Zwierzak znalazł akurat kawałek orzecha kokosowego i wyjada teraz smakowite wnętrze. Chociaż zbliżamy się na 2-3 metry, ostronos lekceważy naszą obecność. Najwyraźniej jest przyzwyczajony do obecności ludzi. Kończymy sesję fotograficzną z tym sympatycznym z wyglądu zwierzęciem. W rzeczywistości należy uważać na niego, gdyż może podrapać, odbierając ludziom jedzenie.
Pobliska plaża jest kamienista i chociaż rosną tu pochylone od wiatru fotogeniczne palmy kokosowe, to Renacie plaża niezbyt się podoba.
– Na wyspach San Blas były ładniejsze!
Bez wątpienia! Moje przeświadczenie, że Renata będzie zadowolona z tamtej wycieczki zostaje ugruntowane.
Na plaży nikogo nie ma poza Amerykanką, która w samotności wygrzewa swe białe ciało w słońcu. Zawracamy w stronę wyjścia z parku. Jak na razie towarzyszy nam uczucie niedosytu: nie tylko nie było leniwców, ale nawet małej żabki nie zobaczyliśmy.
– Przynajmniej był ten ostronos – pociesza się Renata.
Wracamy do wyjścia z parku tą samą ścieżką. Para turystów nadchodzących z naprzeciwka zatrzymuje się przy nas.
– Tam jest leniwiec – informuje mężczyzna, wskazując za siebie.
– Tak? Daleko stąd?
– 300 metrów, niedaleko.
– Po prawej, czy po lewej stronie – dopytuję, mając w pamięci trudności ze zlokalizowaniem leniwca na drzewach w Manuel Antonio.
– Po prawej, zobaczycie na pewno, tam stoi kilka osób.
– Dzięki!
Przyspieszamy kroku. Faktycznie, pod wysokim rozłożystym drzewem grupa zwiedzających wypatruje owłosionego zwierzaka. Dostrzegamy go bez problemy, jakieś 10 metrów nad ziemią.
– To matka z dzieckiem – szepcze z przejęciem turystka.
Samica porusza się powoli, raz na pół minuty wyciąga łapę, zrywa kilka liści z drzewa i konsumuje. Jej dzieciaczek wczepił się w jej brzuch, uważnie rozgląda się wokół. Uczy się, jak wygląda świat 😊. Matka powoli obraca się, zwisa teraz grzbietem ku ziemi. Tylne nogi wczepiła w cienką gałąź, aż dziw, że nie złamie się pod ciężarem zwierzęcia. Każda z kończyn porusza się jakby niezależnie od siebie, a łapy z trzema pazurami powoli obejmują gałązki. Leniwce w obiektywie mojego aparatu wydają się większe niż w rzeczywistości. Osiągają 60 centymetrów długości i ważą 5-7 kilogramów, są więc wielkości makaka. Albo 6-miesięcznego niemowlęcia. Futro leniwca ma kilkucentymetrowy włos, powiększa więc optycznie zwierzę. Długie, wolno poruszające się kończyny przednie nasuwają skojarzenia z gigantycznym mechanicznym monstrum. Maleństwo obejmuje matkę za szyję, drugą łapką przyciąga młody listek do siebie. Liście cekropki, czyli drzewa trąbowego (Cecropia sp. Loefl.), na którym leniwce żerują, należą do ulubionego pożywienia leniwców. Ta rodzina leniwców pstrych (Bradypus variegatus) będzie przebywać na tym drzewie przez dłuższy czas. Obserwujemy leniwce jeszcze przez 10 minut i ruszamy dalej.
– Super było! – podsumowujemy zgodnie.
Już bez przystawania wracamy do wyjścia z parku.
– Łapiemy stopa? – pyta Renata. – Chyba nie będziemy szli wzdłuż drogi?
– Oczywiście. Może ty teraz będziesz machać?
– Machaj ty.
Trzeci samochód się zatrzymuje. Zabiera nas energiczny czterdziestolatek. Dopytuje, czy jesteśmy zadowoleni ze zwiedzania Kostaryki. Czy można mu odpowiedzieć, że nie?
– Ja jadę na lotnisko – mówi mężczyzna – Gdzie macie hotel? Podrzucę was.
– Nie trzeba, dzięki. Hotel mamy niedaleko, wystarczy, że zostawisz nas na krzyżówce.
Kostarykańczyk hamuje z fasonem na skrzyżowaniu przed barem, dziękujemy i żegnamy się.
W drodze do hotelu wstępujemy do supermercado. Od razu w oczy rzuca się nam promocja: trzy papaje za 1000 colonów.
– Bierzemy!
Papaje są duże i naprawdę w dobrej cenie: poniżej 2 zł za kilogram.
– Chciałbym kupić jeszcze czekoladę – mówi Renata.
Co dziwne, w tym kraju (podobnie jak w Panamie) czekolada jest rzadkością. W każdym razie tu jej nie znajdziemy*/.
– Przynajmniej wezmę orzeszki do samolotu – mówi rozczarowana dziewczyna.
Dokupujemy jeszcze bagietki, które są jednym dostępnym zamiennikiem dla chleba, który tu, w Kostaryce, jest nie tylko wyjątkowo drogi, ale też zupełnie nie smakuje Renacie.
W hotelu z miejsca zabieram się za obierania najbardziej dojrzałej papai. Zjadamy z apetytem.
– No to jak? Idziemy na plażę?
– Idziemy, idziemy… – potwierdzam z ociąganiem.
W drodze na plażę nagle sobie przypominam:
– Przecież mieliśmy iść do drugiej części parku!
Wykręcamy w stronę Playa Blanca. Przy wejściu do parku narodowego pokazujemy rano kupione bilety. Butelki z wodą mamy owinięte ubraniami i chociaż strażnicy obmacują nasze plecak, bez problemu wchodzimy do parku.
Tuż przy wejściu znajduje się niewielki, wolno płynący strumień tworzący rozlewisko. Początkowo mam nadzieję, że ujrzę jakiejś aligatory lub krokodyle. Niestety, brakuje ich, natomiast spotykamy innych przedstawicieli gromady Reptilia.
Oto w wodzie, oparte o pień zwalonego drzewa moczą się dwa żółwie. To przedstawiciele żółwia cętkowanego (Rhinoclemmys funerea) – z rodziny batagurowatych (Geoemydidae). Wyciągają swoje długie szyje w górę i tak tkwią nieruchomo niczym posągi. Skórę na dolnej części szyi mają koloru żółtego z ciemnobrązowymi cętkami. Wśród konarów drzew namorzynowych, które tu wrastają brzeg bajorka dostrzegamy więcej ruchu.
Po gałęzi namorzynu (mangrowca czarnego (Avicennia germinans) sądząc po kształcie liści) przechadzają się dwa legwany. To legwany zielone (Iguana iguana) – różnią się kolorem: jeden osobnik jest bardziej żółtawy, drugi, a odcień bardziej szary. Ich skóra lśni w promieniach popołudniowego słońca, a grzebieniasty grzebień ciągnący się od głowy do ogona nadaje groźny wygląd. Widoczny jest również fałd skórny na podgardlu – pomaga on gadom w termoregulacji i podczas godów.
– Tam jest jeszcze jeden! – Renata wskazuje sąsiednie drzewo.
Tu z kolei na słońcu słońce wygrzewa się w słońcu wygrzewa się wielki samiec. W tym momencie dostrzegamy nieruchomo siedzącego na gałęzi dużego ptaka. Jest skryty w cieniu drzewa, ale widać jego masywne, żółto i popielato upierzone ciało i pochyloną głowę z szerokim płaskim dziobem. To rakojad (Cochlearius cochlearius) występujący na obszarze Ameryki Środkowej i Południowej. Prowadzi zwykle nocny tryb życia, polując na małe skorupiaki i gady, a dzień poświęca na odpoczynek wśród namorzynów.
Tuż przed nami na brzegu bajorka żeruje natomiast kilka ptaków brodzących. Mają cienkie długie nogi, to prawdopodobnie chruścielaki szaroszyje (Aramides cajaneus). Mają szarą szyję brązowe skrzydła z czarnym ogonem. Poruszają się szybko na swych długich czerwonych nogach, wydziobując pożywienie wąskim żółtym dziobem.
Jestem zaskoczony tą obfitością zwierząt, które tu można zobaczyć, nie ruszając się z miejsca. Ruszamy dalej. Ścieżka prowadzi nas równoległa do brzegu morza. Uważnie rozglądamy się na boki i w górę w poszukiwaniu leniwców.
Tak, jak się można spodziewać, w tej części parku jest znacznie więcej turystów. Kilka razy spotykamy niewielkie grupki pod opieką lokalnego przewodnika wyposażonych w lunety na statywie. Pokazują im jakieś roślinki lub małe ptaki ukryte wśród drzew.
Po prawej, w odległości 20 metrów, widoczna jest między drzewami plaża. Na razie ją sobie odpuszczamy, chcemy najpierw dojść do końca ścieżki.
– Ciekawe, co tam jest? – zastanawiam się, widząc grupkę turystów ze smartfonami skierowanymi w jednym kierunku.
Na drzewie, zwinięty w esy-floresy, zwisa niewielki wąż. Ma może pół metra długości i jest koloru żółtego.
– Viper, viper! – tłumaczą nam.
Może to żmija, a może nie. Podchodzą z aparatem na pół metra, starając się nie spłoszyć gada, ten jednak pozostaje nieruchomy. Mam nawet ochotę tracić go palcem, podejrzewając, że to plastikowa zabawka zawieszona przez miejscowych dla żartu. Później ustalę, że tym wężem mogła być żararaka rogata (Bothriechis schlegelii) znana lokalnie jako bocaracá należąca faktycznie do rodziny żmijowatych. Gatunek ten zamieszkujący Amerykę Środkową i Południową cechuje się dużą zmiennością kolorów: od żółtego, przez zielony, brązowy, różowy do czerwonego, włączając w to różne kombinacje tych kolorów. Angielska nazwa tego węża – eyelash viper – bierze się z charakterystycznych łusek nad oczami wyglądających jak rzęsy.
Kilkaset metrów dalej znów trafiamy na leniwca pstrokatego. Samotny samiec ułożył się w swojej ulubionej pozie, czyli grzbietem w dół. Chyba jest najedzony, bo zupełnie się nie porusza. Cieszę się z tego widoku, gdyż jest to nasze trzecie potwierdzone spotkanie z leniwcem. Oby tak dalej!
Wędrując dalej, spotykamy stado ciemnobrązowych małp. Nie są to powszechnie występujące kapucynki, lecz wyjce płaszczowe (Alouatta palliata), które spotkaliśmy w Manuel Antonio NP. Jeden z osobników położył się na grubej gałęzi, opuścił cztery łapy w dół i tak leży nieruchomo w przezabawnej pozie.
– Dużo tych zwierząt tutaj – odzywam się.
Renata przytakuje i dodaje:
– Tutaj i w parku rano. To ciekawszy park narodowy niż w Manuel Antonio. Ale wiesz, jak czytałam o Kostaryce, to wszyscy zachwalali i polecali tamten park…
Cały czas czujnie rozglądam się po lesie. W końcu dostrzegam coś na drzewie. „Leniwiec!” – przemyka mi przez głowę myśl. A jednak nie: to szop pracz (Procyon lotor), który ułożył się na konarze na wznak, przednie łapy złożył na brzuchu i oparł głowę na gałązce. Wygląda jak śpiąca babcia w bujanych fotelu. Po chwili, może czując naszą obecność, podnosi się i przenosi na inną część drzewa. Teraz dokładnie widzę jego trójkątne uszy i czarną przepaskę na oczach. Wcześniej nie przypuszczałem nawet, że te ssaki żyją drzewach niczym małpy lub wiewiórki. Teraz cieszę się, że i ja coś sam zauważyłem 😊.
Z lasu dobiegają do nas odgłosy ptaków, lecz wciąż nie możemy żadnego wypatrzeć. Udaje mi się natomiast dostrzec wśród zarośli wielkiego motyla błękitnego Morpho peleides. Rzucam się natychmiast przez chaszcze w jego kierunku, by sfilmować jego nierówny, nieco chaotyczny lot.
Mamy coraz większą ochotę skręcić w stronę plaży dochodzimy zresztą wkrótce do przewieszonego przez ścieżką sznurka zapieczoną tabliczką do zawieszonej na sznurku tabliczki braku przejścia.
Rozkładamy się na plaży. Playa Blanca ciągnie się od ostatnich zabudowań Cahuity na długości ponad dwóch kilometrów i przyciąga licznych turystów. Piaszczysta, z jasnym piaskiem jest doskonałą alternatywą dla miejskich plaż w mieście: Playa Negra i Round rock beach. Spędzimy tu najbliższe godziny. Fale są w miarę wysokie, co mnie bardzo cieszy. Walczę z nimi aż do zmęczenia. Później przyglądam się zachowaniu niewielkich krabów widmowych (Ocypode quadrata). Są aktywne głównie nocą, w dzień zagrzebują się w piasku, by schować się przed ptakami. Są bladożółte, szarawe z wzorkiem na grzbiecie i znakomicie wtapiają się w otoczenie. Jakby nie wierząc w doskonałość swego kamuflażu, kraby z wielką prędkością uciekają przede mną, najwidoczniej czując drgania gruntu. Renata głównie się opala, później nieco przysypiamy na rozłożonym śpiworze. Z drzemki wyrywa mnie jakieś zamieszanie.
– Look out! Racoon! – woła do mnie mężczyzna siedzący parę metrów od nas.
Nieco zdezorientowany podnoszę się i widzę pół metra od twarzy pysk ostronosa. Zwąchał najwyraźniej jakieś jedzenie i podszedł do nas. Przestraszony, odganiam go ręką. Renata też się podnosi a ostronos, który tymczasem nieco się oddalił ruszył w kierunku innych plażowiczów. Chwytam za aparat i idę za nim. Teraz już widzę, że wzdłuż plaży wędruje para ostronosów. Zupełnie nie przejmują się ludźmi, z głowami pochylonymi ku ziemi obwąchują wszystkie krzaczki przy plaży. Jeden z nich znalazł właśnie dojrzałe noni, czyli morindę cytrynolistną (Morinda citrifolia L.) Ten zabawnie wyglądający owoc pochodzi z południowo-wschodniej Azji, lecz rozpowszechnił się w całej strefie tropikalnej. Nie jest zbyt smaczny, spożywa się w okresach niedoboru pożywienia, ale jak widać – ostronosom smakuje. Towarzyszę zwierzętom jeszcze przez parę minut, filmując ich zachowanie.
O 16:00 park narodowy jest zamykany. Jeszcze przed wyznaczoną godzina strażnicy parkowi ruszają wzdłuż plaży i równoległej ścieżki i wyganiają turystów. Z ociąganiem zbieramy rzeczy i opuszczamy plażę. W Cahuicie zaglądamy do paru sklepów i wracamy do hotelu. Powoli kończy się dzień. Bardzo udany!
_______________________________
*/ Panama i Kostaryka nie należą do potentatów kakaowych, produkują po kilkaset ton ziarna kakaowego. Dla porównania Wybrzeże Kości Słoniowej dostarcza na światowe rynki 2 miliony ton ziarna, a Ghana 800 tysięcy ton. Kostaryka w minionych wiekach była znaczącym eksportem ziarna, po boomie w latach 1960-70 nastąpił kryzys spowodowany m.in. przez choroby (np. moniliozę wywoływaną przez (Moniliophthora roreri) i spadek cen.