Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


Cahuita NP – Cahuita

poniedziałek, 16 II 2026


Gdzie są te ptaki?! | W zielonym gąszczu | Co to za zwierzę? | | |


Dzisiaj wybieramy się do Parku Narodowego Cahuita. Mam wielką nadzieję, że zobaczymy więcej zwierząt niż wcześniej w Panamie i Kostaryce. Jak dotąd, jestem zawiedziony tym, że nie napatrzyłem się dość na leniwce. Zjadamy śniadanie i przechodzimy na pobliski dworzec autobusowy. Nie sprawdzałem dokładnie wczoraj, o której będziemy mieć autobus w stronę parku narodowego, zresztą nie ma to dużego znaczenia: i tak autobusy nagminnie tu się spóźniają i nie można polegać na wywieszonym rozkładzie jazdy. Po 20 minutach oczekiwania wsiadamy do autobusu jadącego w stronę Sixaola. Musimy podjechać zaledwie parę przystanków to około 5 km. Za przejazd płacimy po 540 colonów. Wraz z nami na przystanku wysiada jedynie Amerykanka w średnim wieku.

– Wiecie o której godzinie otwierany jest park narodowy? – pyta nas.

– Od 8:00 – nieświadomie wprowadzam ją w błąd.

Idąc boczną drogą po kilkuset metrach dochodzimy do zamkniętej bramy.

– Park otwarty jest od 9:00 – dziwię się odczytując wywieszkę. – Widocznie od 8:00 był tylko wstęp od strony miasta.

To nieważne, możemy poczekać 15 minut aż ktoś się zjawi z pawilonie pełniącym funkcję kasy. Tymczasem chowam zapas wody w plastikowej butelce pod zwalonym pniem i idziemy na krótki spacer. Wysoko nad nami, wśród koron drzew, rozbrzmiewają gwizdy i świergot ptaków. Wydaje się, że są ich tam setki, są jednak zbyt skryte lub małe, by je zobaczyć nawet z użyciem mojego silnego zoomu aparatu. Dostrzegam natomiast rozpiętą między słupkami ogrodzenia pajęczą sieć, a pośrodku – jej olbrzymiego właściciela. Pająk tkwi nieruchomo, a jego odnóża są rozłożone na dobre 10 centymetrów. Później, na podstawie układu żółtych plamek na odwłoku, zidentyfikuję go jako prządkę Trichonephila clavipes. Sądząc po wielkości, to samica. Nieco dalej, wśród wilczomleczy uganiają się czerwoną-brunatno-biały motylki Anartia amathea z popularnej na całym świecie rodziny rusałkowatych (Nymphalidae).

– No i gdzie są te ptaki? – denerwujemy się.

Wciąż w pamięci mam bajecznie kolorowe ary żółtoskrzydłe (Ara macao) siedzące na wśród drzew w Hondurasie.

– Patrz na wierzchołki drzew – mówię – Tukany tam lubią siedzieć.

– Może, ale nie tu, w Panamie – powątpiewa Renata.

Wypatrując okazów awiafauny, wśród gałęzi wysokiego drzewa dostrzegam dostrzegam coś czerwonego. – Jakieś dziwne kwiaty? – zastanawiam się i robię zdjęcie.

– To nie są kwiaty – stwierdza Renata, która ma lepszy wzrok. – To jakieś dziwne strąki.

– Zgadza się – przytakuję, podnosząc z ziemi poskręcaną jak obierki ziemniaczane i częściowo opróżnioną z nasion łupinę.

Najwyraźniej natura opanowała technikę rozsiewania nasion przy pomocy sprężystych strąków.

– Możemy już wracać do parku – zachęca Renata, która jest bardzo spragniona widoku kolorowych ptaków.

Tymczasem przy wejściu uzbierało się około 6 osób.

– Niektóre szlaki w parku narodowym są zamknięte ze względu na niedawne deszcze i zwalone drzewa – tłumaczy strażnik. – Tą ścieżką możecie przejść tylko do morza.

Ku naszemu zaskoczeniu nie sprawdza naszego bagażu, być może ze względu na chęć szybkiego obsłużenia turystów. Płacimy za wstęp kartą i wchodzimy. Droga poprowadzona jest ścieżką, później drewnianymi pomostami. Wokół gęsta tropikalna przyroda.

– Bardziej tu mi się podoba niż w Manuel Antonio – stwierdza Renata.

– Tak. Tam był prawie zwykły las i a tu jest prawdziwa dżungla – zgadzam się.

Nie za bardzo wierzę że spotkamy tu leniwce, ale wciąż je wypatrujemy. Towarzyszą nam gwizdy ptaków i odległe pokrzykiwanie małp, jednak nie jesteśmy w stanie ich dostrzec. Za to spotykamy dużo kwiatów, między innymi wielkie kwiaty czerwone kwiaty imbiru oraz białe skrzydłokwiaty. Te ostatnie wyrastają na półtora metra z gruntu położonego poniżej pomostu.

– A tam, w Monteverde były zwierzęta? – dopytuje Renata nawiązując do mojego wyjazdu sprzed kilku lat.

– Żadnych zwierząt większych nie spotkaliśmy, ale było dużo kwiatów tak, jak tu – staram się pocieszyć zawiedzioną dziewczynę.

W miarę, jak zbliżamy się do brzegu morza, teren staje się coraz bardziej podmokły, pojawiają się niewielkie oczka wodne i powoli płynące strumyki. Coraz więcej widać drzew mangrowych, których korzenie podporowe wskazują maksymalny zasięg wody. Nie widać natomiast żab, choć ich głośne kumkanie rozlega się wokół. Gdy, kierując się głosem, próbujemy namierzyć płaza, dźwięk milknie i rozlega się parę metrów dalej. To jednak nie żaba zmienia położenie, lecz odzywa się jej sąsiadka.

Dostępny dzisiaj odcinek szlaku liczy sobie zaledwie dwa kilometry i początkowo wydaje się nam, że przyjdziemy go w krótkim czasie i będziemy odczuwać niedosyt. Jednak powolne tempo przemieszczania się, konieczność wypatrywania zwierząt, robienia zdjęć sprawiają, że jesteśmy usatysfakcjonowani spacerem. W pewnym momencie dostrzegam latającego między krzewami olbrzymiego błękitnego motyla Morpho peleides. Ten gatunek motyla jest charakterystyczny dla Ameryki Środkowej, spotkałem go już kiedyś w Kostaryce. Jego ogromne, niebieskie skrzydła są czymś tak niezwykłym na tle bujnej zieleni, że spotkanie z nim na długo pozostaje w pamięci.

Wkrótce dochodzimy do zabudowań gospodarczych znajdujących się tylko dwa kroki od kamienistej plaży. Fotografuję piękne czerwone pąki imbiru, gdy nadchodzi paru turystów. Początkowo nie zwracam na nich uwagi, ale gdy gromadzą się w jednym miejscu i zaczynają coś komentować i fotografować, podchodzę do nich.

– Racoon! – szepczą przejęci.

Zwierzę, które stoi na ścieżce, nie jest oczywiście szopem (Procyon lotor), lecz ostronosem występującym powszechnie w Stanach Zjednoczonych. Gatunek tego drapieżnika tu występujący to ostronos białonosy (Nasua narica). Różni się nieznacznie wyglądem od ostronosu rudego (Nasua nasua), którego spotykałem nad Wodospadami Iguazu. Zwierzak znalazł akurat kawałek orzecha kokosowego i wyjada teraz smakowite wnętrze. Chociaż zbliżamy się na 2-3 metry, ostronos lekceważy naszą obecność. Najwyraźniej jest przyzwyczajony do obecności ludzi. Kończymy sesję fotograficzną z tym sympatycznym z wyglądu zwierzęciem. W rzeczywistości należy uważać na niego, gdyż może zabierać ludziom jedzenie.

Pobliska plaża jest kamienista i chociaż rosną tu pochylone od wiatru fotogeniczne palmy kokosowe, to Renacie plaża niezbyt się podoba.

– Na wyspach San Blas były ładniejsze!

Bez wątpienia! Moje przeświadczenie, że Renata będzie zadowolona z tamtej wycieczki zostaje ugruntowane.

Na plaży nikogo nie ma poza Amerykanką, którą w samotności wygrzewa swe białe ciało w słońcu. Zawracamy w stronę wyjścia z parku. Jak na razie towarzyszy nam uczucie niedosytu: nie tylko nie było leniwców, ale nawet małej żabki nie zobaczyliśmy.

– Przynajmniej był ten ostronos – pociesza się Renata.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej