Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Stopem do Parku narodowego | Spacer na Koniec Świata | Herbaciane pola | Gość w łazience
Dziś robimy wycieczkę do parku narodowego Horton's Plains. Muszę powiedzieć, że logistycznie było to trochę skomplikowane, by się tutaj dostać. Mam nadzieję, że wizyta w tym parku nas nie zawiedzie. Cieszę się, że nocowaliśmy w Pattipola u tej tamilskiej rodziny. Zawsze to coś innego niż zwykły hotel.
Po śniadaniu ustawiamy się na stopa na drodze prowadzącej w stronę parku narodowego. Wiemy już, że brak tu komunikacji publicznej; mija jednak pół godziny, a nikt z kierowców się nie zatrzymuje. Owszem, przejeżdża parę busów z turystami, ale są wyładowane po brzegi. Zresztą wiem, że takie busy bardzo rzadko zabierają autostopowiczów. W końcu jednak się udaje i wsiadamy do wypasionego vana. Do bramy parku narodowym jest zaledwie kilkanaście kilometrów, jednak ta droga przez las tropikalny jest naprawdę atrakcyjna. Wzdłuż drogi rosną wielkie, kilkumetrowej wysokości, drzewiaste paprocie. Spotykałem je w Ameryce Południowej, Cecile widzi je po raz pierwszy.
Płacimy dość wysoką opłatę za wstęp do parku (bilety po 2690 SLR) i ruszamy prostą jak strzelił drogą wiodącą przez otwartą wyżynę. Po drodze spotykamy pasącego się jelenie sambar (Rusa unicolor unicolor), jest naprawdę potężny. Wkrótce porzucamy wygodny trakt asfaltowy zwany Drogą Końca Świata i maszerujemy nieubitą drogą. Widoki mało przypominają tropikalną dżunglę. Krajobrazy są pagórkowate, głównie łąki i rzadki, niski las przypominający nieco sawannę. Na łąkach trawę skubią jelenie i łanie sambar. Pogoda jest ładna i ogólnie towarzyszy nam nastrój swobody i relaksu. W odległym lesie, powyżej zbitej gęstwiny, czasem strzela w górę płomienne drzewo, stanowiąc punkt przyciągający wzrok. Ścieżką, wzdłuż krawędzi doliny Curie keti oio, dochodzimy wkrótce do miejsca zwanego Mini World End, a pół kilometra dalej trafiamy na sławne miejsce zwane Końcem Świata (Great World's End). To po prostu malowniczy punkt widokowy z panoramą głębokiej doliny i wioskami położonymi wzdłuż płynącego dołem potoku. Robimy tu kilkuminutowy odpoczynek i pamiątkowe zdjęcia. Skręcamy teraz w głąb wyżyny i niemal beskidzkimi ścieżkami dochodzimy do wodospadów Bakera. To właściwie szeroka siklawa wysoka na 20-30 metrów. Poniżej wodospadu utworzyło się parę małych jeziorek. Spędzamy tu trochę czasu, posilając się i wracamy do Visitor’s Center.
– No i jak? Podobało ci się tu?
– Czy ja wiem? Ładnie tu, ale...
No, właśnie! Miejsce jednak w miarę zwyczajne, bez spektakularnych widoków. Koniec Świata trochę mnie rozczarował. Mamy więc uczucie niedosytu.
Wracając stopem do Pattipola, odbieramy od naszych gospodarzy bagaże. Sprawdzamy jeszcze połączenia na małej stacyjce, jednak brak informacji i problemy komunikacyjne z mieszkańcami sprawiają, że odchodzimy stąd z kwitkiem. Nieważne, poradzimy sobie w inny sposób. W dalszym ciągu zmierzać będziemy do Nuwara Eliya. Na głównej drodze zatrzymujemy motorikszę i jedziemy w stronę Nuwara Eliya znajomą już drogą.
– Pamiętasz – mówi Cecile – obiecałeś mi, że pojedziemy na plantację herbaty…
– Fakt!
Proszę kierowcę, by się zatrzymał, płacę i idziemy zwiedzać plantację. Pola herbaciane pokrywają okoliczne wzgórza. O tej porze nikt tu nie pracuje, czujemy się swobodnie, chodząc po wzgórzach. Soczysta zieleń krzewów herbacianych jest zachwycająca. Niektóre z krzaczków wydały owoce, czerwono-pomarańczowe, niewielkie kulki. Zbieramy na pamiątkę kilka młodych listków herbaty i schodzimy w kierunku wsi. Tu załapujemy się na autobus jadący do Nuwara Eliya i pół godziny później jesteśmy na miejscu. Jeszcze zakupy: chleb, mnóstwo owoców i dwa ciastka w nagrodę za udany dzień. Teraz trzeba jeszcze znaleźć nasz nocleg.
Dzień czy dwa dni wcześniej na Bookingu zarezerwowałem nocleg w Pedro Estate – jeden z tańszych (1500 SLR), nie zwracając wystarczającej uwagi na odległą od centrum miasta lokalizację. Od miejscowych dowiadujemy się, jak tam dojechać. Późnym wieczorem wsiadamy do jakiegoś autobusu. Jedziemy powoli, zatrzymując się na każdym przystanku. Podpytujemy kierowcę i pasażerów, gdzie wysiąść, ale nikt nic nie wie. Na jakimś przystanku do autobusu podchodzi jakiś młody człowiek i pyta o turystów.
– A to my! – mówimy i w pośpiechu wysiadamy.
Jak się okazuje, dość przypadkowo właściciel lokalu – być może spodziewając się naszych kłopotów z dotarciem – wyjechał na spotkanie. Do jego domu jest jeszcze ze dwa, trzy kilometry i nie wyobrażam sobie, jakbyśmy bez jego pomocy tam trafili.
– Kładziemy się? – pytam Cecile po kolacji złożonej z kanapek i owoców.
– Idź pierwszy do łazienki.
Opuszczając klapę sedesu, dostrzegam go. Siedzi na pionowej rurze doprowadzającej wodę. Różne karaluchy w życiu widziałem. W Moyogalpie (Nikaragua) roiły się w łazience. Ale miały tylko po cztery centymetry. Ten, który gapi się teraz na mnie, ma sześć centymetrów. Powoli, starając się go nie spłoszyć, podnoszę klapę i gaszę światlo.
– Już! – mówię do Cecile – Łazienka wolna.
Mam nadzieję, że wrzasku nie narobi.