Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Mashhad

czwartek, 24 VIII 2006


Dziwna para |W świętym mieście szyitów |Zwiedzam sanktuarium |Przy grobowcu Imama Rezy |Uroczystości pogrzebowe | Na dywanie wsród wiernych |Modły na dziedzińcu | W muzeum Szacha Nadira


Przez pustynne obszary Pustyni Lota

To z pewnością będzie najbardziej niezwykły dzień w Iranie. Dzień pełen niezapomnianych przeżyć... Po nie właśnie wybrałem się w długą i męczącą podróż do Mashhadu. Przewodnik LP straszył szesnastoma godzinami w drodze do świętego miasta szyitów, na szczęście od czasu wydania przewodnika poprawiła się jakość dróg i autobusów. Na miejscu byłem po 12.5 godzinach. Noc upłynęła na krótkich drzemkach. Za sąsiadów miałem małżeństwo francusko-irańskie. Ali mówił dobrze po angielsku, kobieta wyglądała na przestraszoną. Jechali tylko do Tabas, płacąc połowę ceny do Mashhadu. Pokombinowali z kierowcą mówiąc, że chcą jechać "bufet" czyli na tylnej (niewygodnej o przez to tańszej) kanapie. Z Francji pojechali do Uzbekistanu a dalej lądem przez Afganistan ("Kabul is OK, but Kandahar is not safe for you") do Iranu. Gdy Ali zawieruszył się na jakimś przystanku po drodze, Francuzka o mało co nie spanikowała. Gdzieś koło drugiej w nocy, po sześciu godzinach dojechaliśmy do Tabas. Z tego miasta-oazy na skraju pustyni zapamiętałem jedynie ładne, biało-zielone kolumny na jakimś placu. Tu pożegnałem się z tą dziwną parą.
Niewiele mogę powiedzieć o przemierzanej tej nocy Wielkiej Pustyni Lota - największej pustyni w Iranie. Olbrzymia pusta przestrzeń, nierówny, pofałdowany i kamienisty teren. Trochę żal, że nie przeznaczyłem jednego dnia na pobyt w jakiejś oazie, nie chciałem jednak zostawiać Jarka samego na dłużej.
Mashhad Poranek w najświętszym irańskim mieście rozpoczynam od zakupu biletu do Teheranu. Cena: 85.000 riali, szok po prostu! Obchodzę wszystkie biura, cena jest jednakowa. Ja wiem, że to tylko 9 USD za 900-kilometrową trasę, że cena 35.000 IRR podana w LP dotyczy transportu mercedesem, że jest sprzed dwóch lat... Nie byłem jednak psychicznie przygotowany na taką kwotę. Trudno. Wybieram autobus o 18.00, zostawiam plecak w przechowalni bagażu i podjeżdżam miejskim autobusem pod Astan-e Qods-e Razavi, miejsce spoczynku Imama Rezy, ósmego imama po Proroku.

Tłum na ulicy jest zdecydowanie większy niż w Teheranie, ilość sklepów z pamiątkami, butików z ciuchami, knajpek i automatów z lodami pokazuje skalę tego centrum pielgrzymkowo-turystycznego. Do kompleksu można wejść jedną z czterech głównych bram, strażnicy sprawdzają wchodzących ustawionych w oddzielnych kolejkach dla kobiet i mężczyzn. Widzę, że będę musiał zostawić plecak na zewnątrz, nie ma też szans na wniesienie tak dużego aparatu. Na razie postanawiam obejść wokół kompleksu, pofotografować, co się da. A jest na co popatrzeć chociaż zabudowania z przylegającymi dziedzińcami są częściowo przesłonięte rzędem parterowych budynków. Znajdują się tu przechowalnie bagażu, biura informacyjne dla pielgrzymów, biura rzeczy i ludzi zagubionych, biura dla weteranów wojennych i inwalidów, pomieszczenia dla strażników... i kto wie co jeszcze! W przejściach, w bramach widoczne są otwarte na miasto dziedzińce z pięknie ozdobionymi iwanami i podcieniami; nad nimi górują liczne złote minarety i kopuły meczetów, a wśród nich największa, 40-metrowa zielona kopuła meczetu Azim-e Gohar Shad. Tam się muszę dostać!
Mashhad Tymczasem zaglądam do niewielkiego meczetu Kosa, dostępnego bez sprawdzania wchodzących. Wewnątrz dużo kobiet, dzieci, mam wrażenie, że to wyspecjalizowana kaplica... Siadam w zacienionym miejscu i przyglądam się dzieciom dyskutującym o swych ważnych sprawach. Ku mojemu zdziwieniu, prawie nikt nie zwraca na mnie uwagi, Irańczycy są widać zaaferowani pobytem w tym miejscu.
W wędrówce wokół kompleksu, a trwa ona ponad godzinę, docieram do części dopiero co wznoszonej. Betonowe ściany są pokrywane kolorowymi kafelkami, układane są granitowe płyty na dziedzińcu. Rusztowania i dźwigi dominujące nad meczetem przypominają mi "wiecznie niedokończoną" Sagradę Familię w Barcelonie.

Po okrążeniu kompleksu, zostawiam w przechowalni bagażu plecaczek z aparatem i przewodnikiem (błąd! Trzeba było wziąć skserowany fragment!). Strażnik delikatnie mnie obmacuje, wchodzę na pierwszy dziedziniec. Mam w końcu możliwość przyjrzenia się z bliska kolorowym wzorom na ścianach budynków, jednakże podniecenie spowodowane obecnością w tym świętym dla szyitów miejscu powoduje, że dość chaotycznie kręcę się po dziedzińcu. A wokół mnóstwo pielgrzymów, część w tradycyjnych galabijach lub chałatach, większość jednak w koszulach w kratkę i dżinsach. Irańczycy spacerują, rozmawiają, piją schłodzoną wodę. Przed wejściem do meczetu i pośrodku dziedzińca, przy mniej ważnym grobowcu gromadzą się tłumy. Aż czarno od czadorów!
Mashhad Dziedzińce połączone są korytarzami przechodzącymi przez boczne budynki, można też przejść przez meczet (a dokładniej: jeden z kilku meczetów) na wewnętrzny dziedziniec. Na początek próbuję systematycznie obejrzeć zewnętrzne dziedzińce. To jednak tylko teoria. Po zaliczeniu sąsiedniego dziedzińca daję się wciągnąć do wnętrza meczetu wypełnionego do ostatniego miejsca ludźmi. Irańczycy siedzą lub klęczą na dywanach, niektórzy się modlą, inni czytają Koran lub inne teksty. Powoli posuwam się do przodu wraz z innymi mężczyznami ściskającymi mnie z prawej i lewej strony. We wnętrzu trwa cały czas ruch - węże ludzkie przesuwają się w różnych kierunkach, mijają w drzwiach, krzyżują w salach. Uwięziony miedzy pielgrzymami, przechodzę z sali do sali. Idę z pochyloną głową, wzorem innych Irańczyków rękę przyciskam do piersi, staram się nie wyróżniać z tłumu. Każdy portal i drzwi są przepięknie rzeźbione, pielgrzymi gładzą dłonią lub całują każdą bramę. I ja dotykam każdej futryny... Co chwilę podnoszę głowę i pożeram wzrokiem te wspaniałości wokół: ściany pokryte lusterkami, gigantyczne żyrandole oświetlające setkami żarówek wnętrze meczetu. Wszędzie pełno złoceń i srebrzeń...

Nie wiem gdzie jestem i dokąd idę. Tłum jest tak gęsty, że nie ma wolnego centymetra dywanu by usiąść. Musimy uważać, by nie potrącić siedzących, niestety, czasem zdarza się mi przydeptać kogoś lub nastąpić na mały rzeźbiony kamyk położony na dywanie przed modlącym się muzułmaninem. Wszyscy chcą się dostać do kolejnego pomieszczenia. Pośrodku jasno oświetlonej sali, ponad skłębionym tłumem góruje błyszczący od złota grobowiec. Dobrze wiem, co tam jest, dreszczyk emocji narasta... Od grobu Imama Rezy dzieli mnie 10 metrów.
Strażnicy usiłują nadać tym dążeniom jakiś porządek skłaniając pielgrzymów do okrężnego ruchu wokół grobowca, emocje jednak biorą górę, nikt nie chce stąd wyjść nie dotknąwszy złotych elementów grobowca. Atmosferę podgrzewają mułłowie, którzy wykrzykują różne cytaty z Koranu, zaś tłum zgodnym głosem odpowiada. Jestem już może trzy metry od Imama Rezy. Mężczyźni wyciągają ręce w kierunku krat, unoszą ponad głowami niemowlęta. Im też przecież trzeba zapewnić powodzenie w życiu. Pod nogami widzę ściśnięte, przerażone i płaczące dzieci, tłum napiera na mnie z tyłu, ci, którzy już dotknęli grobowca chcą się wydostać na zewnątrz. Czuję się jak w tokijskim metrze o 17.00. Tu już nie mam mowy o delikatności i nabożnym skupieniu. Trwa walka na łokcie. Rzeźbione kraty są już prawie na wyciągnięcie ręki, napieram całym ciałem na mężczyzn z przodu, jeszcze jeden mały krok i jest! Przez ułamek sekundy dotykam grobu Imama Rezy i... zostaję odepchnięty przez kolejnych pielgrzymów.
Mashhad

Podekscytowany sytuacją wychodzę światło dzienne. Nie mogę uwierzyć, że wszystko poszło tak gładko, że nikt mnie nie zatrzymywał, nie sprawdzał... Mogę teraz spokojniej poprzyglądać się muzułmanom. Widzę zamieszanie w pobliżu bramy, wpada grupa młodych mężczyzn niosących trumnę przykrytą całunem. Kilka kobiet w czadorach podąża za nimi. Przystają na środku dziedzińca, kładą trumnę na ziemi, brodaty mułła w okularach staje przed trumną i wygłasza krótkie przemówienie. Do grupki najbliższych przyłączają się przypadkowi przechodnie, 20-30 osób żegna zmarłego. Mułła recytuje teraz wersy Koranu trzymanego w ręku, grupa od czasu do czasu odpowiada chórem "Allach akbar". Modły trwają około 20 minut, mężczyźni podnoszą trumnę i niosą szybkim krokiem do bramy prowadzącej na sąsiedni dziedziniec. Widzę więcej takich grup modlących się nad ciałem zmarłych, wnoszone są kolejne trumny na dziedziniec...
Teraz krótki spacer po bibliotece oraz szkole wyższej. Klimatyzowane sale i komputery. Oraz wydzielona sala przeznaczona na... modlitwę, oczywiście! Mimo iż ta część kompleksu jest względnie nowoczesna, nie brakuje tu ślicznych kolorowych kafelków na zewnętrznych ścianach, zadbano również o stylowe drewniane ramy okien i drzwi. Na dziedzińcu spotykam kilku 25-letnich chłopaków fotografujących meczet przemyconą w nogawce spodni komórką. Robimy sobie wspólne zdjęcie, wymieniamy mejlami. Ciekawe, czy przyślą mi fotki?

Upał jest nie do zniesienia, piję schłodzoną wodę i znów znikam we wnętrzu meczetu. Znajduję się teraz w najstarszej części meczetu, prawie pustej. Idąc przeszklonym korytarzem widzę odpoczywających na dywanach nielicznych muzułmanów. Korytarz prowadzi mnie przez kilka sal do znanej mi już części - znalazłem się na zapleczu grobowca Imama Rezy. Mijam rozentuzjazmowany tłum, i wraz z innymi mężczyznami wykrzykującymi święte wersety idę do "sali żyrandolowej". Znów głaskanie i całowanie drzwi. Czuję zmęczenie, zawracam i dosiadam się do równego rzędu mężczyzn. Zamykam oczy i chłonę atmosferę meczetu. Muszę powiedzieć, że te momenty spędzane w świątyni należą do najprzyjemniejszych w czasie moich wyjazdów, bez względu na to, czy się znajduję w prawosławnej cerkwi, meczecie, buddyjskim kościele czy też lamajskiej lub hinduistycznej świątyni. Czuję po prostu spokój i radość płynącą z przebywania w świętym miejscu.
Mashhad Przechodzący Irańczycy co chwilę mnie nadeptują i potrącają, kończę więc relaks i dyskretnie rozglądam się po sali. Oto ojciec rozmawiający z synem: czy mówi mu o Bogu i Mahomecie, czy też rozmawiają o bardziej przyziemnych sprawach? Obok mułła z otwartym Koranem, naprzeciw kilku młodych Irańczyków, słuchają go uważnie. Nauczyciel pokazuje im jakieś fragmenty w księdze, sięga do innych tekstów w książkach rozłożonych na dywanie. Mężczyźni obok mnie modlą się i biją pokłony, każdy we własnym tempie i rytmie; mam wrażenie, że w ogóle nie mają kontaktu z otoczeniem, są pogrążeni w dwuosobowym świecie.

Wstaję. Na zewnątrz słońce dalej praży, lecz ja wciąż nie mam dość wędrówek po sanktuarium Rezy. Odczuwam tylko skutki braku przewodnika - poruszam się po omacku, natrafiając na znane mi już sale i dziedzińce. Teraz dostałem się na wewnętrzny dziedziniec, całkowicie wypełniony wiernymi. Wraz z innymi Irańczykami przesuwam się ostrożnie między dwoma rzędami siedzących muzułmanów; gdy dochodzimy do końca dziedzińca, strażnik zagradza nam drogę, tłumaczy, że przejścia tu nie ma. Właśnie zaczynają się modły, imam wzywa wszystkich do powstania. W kącie, w którym się znajduję jest ciasno, lecz nie mogę się stąd wydostać. Widok pięciu tysięcy muzułmanów klękających i powstających w tym samym momencie jest niesamowity. Po kilku cyklach pokłonów zaczynam przedzierać się do wyjścia.
Mashhad Na sąsiednim otwartym do miasta dziedzińcu atmosfera jest bardziej piknikowa. W podcieniach siedzą grupy młodzieży, rozmawiają i śmieją się, inni śpiewają razem pieśni. To jakieś pielgrzymki z odległych zakątków Iranu. Skąd ja znam te widoki ? ;-) Podnoszę z dywanu zapomniany rzeźbiony kamyk. Będzie mi przypominał niesamowitą atmosferę Mashhadu. Kręcę się jeszcze przez pół godziny, w końcu z żalem wychodzę. To jednak niezwykłe miejsce. "I niech się schowają inne meczety w Iranie!" - myślę sobie oglądając się za siebie w bramie. Odbieram plecak z przechowalni bagażu i siadam jeszcze na chwilę w bramie. Żal mi po prostu opuszczać to miejsce!

Czas na bardziej przyziemne sprawy - wymianę pieniędzy i jakieś jedzonko. Uświadomiłem sobie wcześniej, że jutro jest piątek i banki w Teheranie będą zamknięte. Obchodzę więc kilka miejsc wskazanych w LP, lecz cóż - albo są zamknięte (przerwa) albo wymieniają walutę do południa. Ostatecznie kupuję riale w kantorze przy Shahid Behonar St. (100 USD = 917.000 IRR, no commission). Bez przyjemności zjadam w knajpie sandwicza i idę do muzeum Szacha Nadira. Przed budynkiem zdobyczne XVI-wieczne portugalskie działo oraz konny pomnik szacha Nadira, wojowniczego XVIII-wiecznego władcy Persji. Kolekcja broni, rzeźb i obrazów zgromadzona w dwóch salach nie jest oszałamiająca, muzeum oferuje jednak schłodzoną wodę i kibelek ;-)
W drodze powrotnej na dworzec zahaczam o skromny meczet Gonad-e Sabz i internet. O 18.00 opuszczam Mashhad, miasto tak niezwykłe jak
Marrakesz w Maroku i Kaszgar w Chinach. Czeka mnie teraz prawie 1000-kilometrowa nocna podróż do stolicy. Mashhad

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej