Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Kerman-Yazd

wtorek, 22 VIII 2006


Yazd - miasto łapaczy wiatru i zoroastrian |Amir Chakhmaq i meczety |Wędrując po uliczkach mediny... | Niepowtarzalny nastrój w Fortecy Lwów


Yazd: Amir Chakhmaq

Dziś opuszczamy Kerman. Cieszę się, że tu dotarliśmy, że zobaczyłem Rayen. Czas jednak na prawdziwą perską perełkę - Yazd, miasto badgirów i zoroastrian. Podjeżdżamy taksówką na dworzec autobusowy, za chwilę mamy autobus do Yazdu. Swoją drogą, komunikacja autobusowa w Iranie jest rewelacyjna. Szybka, tania i dużo kursów; czasem wydaje mi się, że autobusy tylko czekają na nas. Przed nami 360 kilometrów drogi przez wyżynne obszary kraju. Droga jak zwykle piękna, choć brakuje mi widoku wielbłądów, przed którymi ostrzegają znaki drogowe.
Na miejscu jesteśmy w południe, podjeżdżamy taksówką pod kompleks Amir Chakhmaq. Tu w hotelu o tej samej nazwie będziemy nocować przez dwa dni. Menadżerem jest sympatyczny 25-latek, wita nas swojskim "Jak szie masz?", zdaje się lubi Polaków. Koniecznie chce nas namówić na drogą objazdówkę nazajutrz, dyplomatycznie odkładam naszą decyzję na później. Zostawiamy plecaki w pokoju (łóżka w trójce po 40.000 IRR) i idziemy oglądać miasto.

Amir Chakhmaq to wyjątkowy obiekt: trzy piętra łuków i dwa minarety stanowią zachwycającą, proporcjonalną kompozycję. To niemal wizytówka Iranu. To trzeba po prostu zobaczyć. Przyjdziemy tu jeszcze wieczorem, gdy będzie pięknie podświetlony a plac z sadzawką zapełni się odpoczywającymi Irańczykami. Idąc ulicą Imama Chomeiniego wstępujemy do dwóch interesujących meczetów, nieopisanych w LP, wartych jednakże krótkiej wizyty. W pierwszym znajduje się zielono-złoty zarih lśniący w świetle kompaktowych żarówek; w drugim - ozdobionym "cerkiewnymi" kopułami - spotykam tylko dwóch muzułmanów: jeden przepisowo klęczy, drugi wyciągnięty na wznak śpi na dywanach.
Zarih w meczecie w Yazd Zbliżamy się do Meczetu Piątkowego, gdzieś w pobliżu jest mauzoleum Bogheh-ye Seyed Roknaddin, ale my skupiamy uwagę na przepięknym stalaktytowym iwanie po wschodniej stronie meczetu. Jest naprawdę cudowny! Na dziedzińcu ledwie kilka osób, jest pora sjesty, chwilę się kręcimy i idziemy do siedzącego w cieniu staruszka w turbanie. Już wiemy, że to on ma klucze od wejścia do qanatu znajdującego się na dziedzińcu. Zanim otworzy bramę - pociera zgrabnie paluszkami o siebie (3.000 IRR). Do podziemnych kanałów prowadzą długie wilgotne schody. Kilka pięter niżej znajduje się niewielki okrągły basen, do którego wpływa woda z wąskiego kanału a następnie, tu rozdzielona - niknie w dwóch czy trzech innych ciemnych otworach. Całość wygląda interesująco i na pewno warto się tu pofatygować.

Idziemy szukać tzw. Więzienia Aleksandra (Wielkiego, ma się rozumieć). Wędrujemy na północ kierując się słońcem - łatwo się pogubić w tej plątaninie uliczek. Te zakamarki, podcienia i długie bramy-korytarze są naprawdę urocze. Tyle tu drobiazgów architektonicznych: rządek cegieł wmurowanych ponad portalem, ozdobna krata na balkonie, drewniana rama okna. Są niby tak zwyczajne - ale jakże pięknie dekorują medinę! Ponad domami sterczą badgiry - łapacze wiatru, mają różną konstrukcję i wysokość; ich widok w promieniach zachodzącego słońca jest po prostu fenomenalny! Na jednym z placyków otacza nas gromadka kilkuletnich dzieciaków. Są takie śliczne, nie uciekają na widok aparatu, wręcz przeciwnie, każde chce obejrzeć czary-mary w postaci swego wizerunku na ekranie LCD .
Yazd: meczet Za kolejną bramą ukazuje się jeden z najstarszych obiektów sakralnych w tej części Persji - Grób 12 Imamów (Tomb of 12 Imams). To niezbyt ciekawy XI-wieczny meczet, wewnątrz ciemny i pozbawiony ozdób i wyposażenia. Po sąsiedzku znajduje się Więzienie Aleksandra Wielkiego (Alexander's Prison) będące w istocie szkołą zbudowaną jakieś pięćset lat temu. Oglądamy tu dwie średnio interesujące salki wystawowe i spędzamy miłe pół godziny pijąc herbatę w kawiarni ukrytej w podziemiach pod dziedzińcem. Określenia "kawiarnia" użyłem świadomie - było to moje pierwsze i jedyne miejsce w Iranie, gdzie podawano kawę. Wydawać by się mogło, że sąsiedztwo Turcji i bliskość Etiopii sprawi, iż picie kawy będzie tu bardziej popularne - ale nie! Kawę pije się tu rzadko i jest wyjątkowo droga.
Odszukujemy teraz jeden z domów historycznych, Khan-e Lari. Jest zamknięty, ale po kilkuminutowym dobijaniu się wchodzimy do środka wraz z dwójką Irańczyków. Rezydencja jest równie zachwycająca jak tamte z Kashanu.

Wracamy. Mijamy świetnie zachowaną cysternę z czterema badgirami, zapuszczam się do qanatu - ten jest akurat wyschnięty, i docieramy do znanej juz nam ulicy Chomeiniego. W planie mieliśmy wizytę w zoroastriańskiej świątyni "Fortrees of Lions" leżącej na północnym obrzeżu miasta. Mimo późnej pory decydujemy się na odwiedzenie czcicieli ognia. Dają się we znaki niedoskonałości mapki z przewodnika - świątynia znajduje się znacznie dalej niż na planie w LP. Zapytani o drogę Irańczycy proponują podwiezienia nas motorami. Wsiadamy więc po trzy osoby na motorach, chłopcy zaczynają popisywać się swoimi możliwościami. Jedziemy już kilka kilometrów, jakieś podwórka i bramy, wygląda to dość niepewnie, ale ostatecznie lądujemy przed bramą zoroastriańskiej świątyni. Yazd: qanat
Jest już grubo po oficjalnych godzinach odwiedzin, na szczęście brama jest otwarta, mężczyźni, powinienem raczej powiedzieć - kapłani, wpuszczają nas do wnętrza. To dość nietypowe miejsce - brak jakiegoś jednego dużego pomieszczenia, to raczej szereg pokoi i wnęk połączonych korytarzami. Wstęp do nich wymaga zdjęcia obuwia i założenia małej białej czapeczki. Na stole, będącym w gruncie rzeczy ołtarzem pali się wieczny ogień a właściwie ogienek - to po prostu lampa oliwna zasilana olejem... słonecznikowym. Obok stoi niewielki portret Zaratusztry, na ścianach symbole zoroastriańskie. Poznajemy kilka takich pomieszczeń. Chyba sobie to trochę inaczej wyobrażałem, ale nastrój i niecodzienność tego miejsca sprawia, że wychodzimy absolutnie usatysfakcjonowani.
To jednak nie koniec przygód tego dnia. Wracając do hotelu wybieramy niewłaściwą drogę. Po 40-minutowym spacerze zostajemy znów "przejęci" przez dwóch motocyklistów i zaczyna się nocna jazda! Irańczycy ścigają się, wygłupiają, zajeżdżają wzajemnie drogę. Mam wrażenie, że zaraz wyląduję na asfalcie. Ale nie! Zajeżdżamy pod nasz hotel, chłopcy nie chcą kasy, dostają widokówki z Krakowa. Ja idę robić nocne zdjęcia kompleksowi Amir Chakhmaq, Jarek dzwoni do Polski. W hotelu niespodzianka - znów spotykamy Piotra i Beatę z Warszawy. Z podziwem zmieszanym ze zdumieniem patrzę na kulinarną działalność Piotra w hotelowej kuchni - przygotowuje duszone warzywa i frytki dla swej wybranki serca.
Yazd: badgiry
Yazd: medina
Yazd: mały Pers
Yazd: Khan-e Lari
Yazd: Grób 12 Imamów
Yazd: zoroastraińska świątynia
Yazd: Amir Chakhmaq

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej