Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Trafalgar – Laudat – Boiling Lake

niedziela, 24 XI 2019


Trudny start | Nasza Golgota | Nie lubię Dominiki! | W wilgotnym lesie deszczowym | Zabawiam się w przewodnika | Agnieszka marznie | Fascynująca Valley of Desolation | Nad Wrzącym Jeziorem | Kąpiel w strumieniu – jest cudownie | Nocny marsz przez dżunglę | Szaleńczy powrót do domu

Dzisiaj wybieramy się do Wrzącego Jeziora. Boiling Lake – ta nazwa niesamowicie rozpala wyobraźnię. Gdy po raz pierwszy usłyszałem o tym jeziorze, widziałem, że będę chciał je kiedyś w życiu zobaczyć. Jeszcze rok wcześniej nie przewidywałem, że to wkrótce nastąpi. Wiem, że będzie to coś niesamowitego. Oglądałem bowiem filmiki na YouTube i chociaż niewiele było na nich widać, gdyż zwykle jezioro zasnute jest białymi oparami, to moja wyobraźnia budowała niezwykle, dantejskie niemal obrazy. Wrzące Jezioro... Dziś się przekonam, jak jest w rzeczywistości.

Wstajemy koło 6:30, może o 7:00, myję się pod prysznicem w ogrodzie i idę do nieczynnej o tej porze restauracji zorganizować dla nas wrzątek na kawę. Na początku napotykam na komplikacje. Czajnik elektryczny, co prawda, stoi tam, gdzie wczoraj, lecz napięcie w sieci jest wyłączone. Obok, pod ścianą, stoi akwarium z włączonym napowietrzaniem, podłączam się więc do rybek. Niestety zasilane jest napięciem 24 V i grzałka praktycznie się nie rozgrzewa, co stwierdzam dopiero po paru minutach. W końcu znajduję odpowiednie gniazdko i zagotowuję wodę. Ostrożnie niosę przez ogród kubki z wrzątkiem, przy okazji zaglądam do naszych sąsiadów "na parterze". Śpią, heh!

Agnieszka jest już ubrana, ale powoli jej idzie pakowanie rzeczy na drogę. Robię śniadanie.
– Z czym dzisiaj chcesz? – pytam.
– A co nam zostało?
– Trochę pasztetu, masło z orzechów arachidowych...
– Nie chcę masła. Nie smakuje mi!
– Okay, dla ciebie zrobię kanapki z pasztetem.
Faktycznie, ciężko jest przyzwyczaić się do smaku i zapachu tego masła. Naprędce zjadamy kanapki popijając kawą. Po trzeszczących schodach schodzimy na dół zaglądając znów do chłopaków. Chociaż jest już 7:30, nadal śpią.
– Nie sądzę, aby dziś poszli do Wrzącego Jeziora, chociaż wspominali o tym wczoraj – mówię – nie zdążyliby.

Opuszczamy teren naszego noclegu i, idąc asfaltową drogą w dół wsi, mijamy gorące źródło. Kierujemy się dalej w stronę Trafalgar. Zdajemy sobie sprawę z tego, że przed nami daleka droga. Trasa będzie ciężka, najlepiej byłoby podjechać stopem.
– Łapiemy, co się da! – zapowiada Agnieszka.
– Jasne, tylko widzisz, że nie ma tu ruchu...
Kilometr za źródłem przystajemy zasapani na zakręcie. Droga ostro pnie się pod górę.
– Ktoś jedzie! – mówię słysząc szum silnika.
– Ale z przeciwnego kierunku – uściśla Agnieszka.
Kierowca mija nas, ale hamuje i zawraca.
– Dokąd chcecie się dostać?
– Do Laudat.
– Mogę was wziąć...
– Za ile? – pytam siląc się na obojętność.
– 200 US dollars.
Wzruszam ramionami i odwracam się, Szkoda komentować, nawet nie chce mi się negocjować ceny. Czujemy jak strasznie nienormalny jest ten kraj, jak wielka jest różnica pomiędzy Dominiką a Martyniką, gdzie podróż stopem była bezproblemowa. Pół godziny później w oddali widzimy sławne wodospady Trafalgar. Zastanawiam się, czy zdążymy je odwiedzić w drodze powrotnej. Póki co, wobec szczątkowego ruchu samochodowego, podejmuję decyzję o przejściu do Laudat szlakiem przez górę zwaną Golgotą.
– To będzie nasza Golgota – stwierdzamy.
Skręcamy w prawo, w głąb wioski. Domy są byle jakie, zaniedbane, podwórka zagracone. Zza płotów czasem któryś z mieszkańców zerknie na nas, zamacha przyjaźnie ręką. Specjalnego zainteresowania raczej nie widzę. Za wsią asfaltowa droga zanika, idziemy coraz węższą ścieżką prowadzącą zakosami po zboczu. Nieco powyżej nas znajduje się dom, obok którego pracuje gospodarz. Tnie maczetą jakieś gałęzie. Witamy się, pozdrawiamy.
– Czy chcecie soku ze świeżych owoców? – pyta.
– Nie, nie, dziękujemy! – pospiesznie odpowiadam.
Na wszelki wypadek nie pytam nawet o cenę, żeby się nie denerwować.
Ścieżka ostatecznie zanika, próbuję odnaleźć szlak myszkując w różnych kierunkach. Na stromym zboczu rosną bananowce, pomiędzy nimi piętrzą się chaszcze.
– Może spróbujemy bananów? – pyta Agnieszka.
– No, nie. Przecież one są niedojrzałe. Nie da się... Zresztą zaraz przyleci właściciel, przecież tutaj nie ma niczyich bananowców. Na pewno do kogoś należą, one nie są dzikie.
Ostatecznie, po kilku nieudanych próbach odnajduję coś, co od biedy można nazwać ścieżką. Ruszamy dalej ślizgając się, bo jest bardzo stromo a ziemia jest rozmoknięta po nocnym deszczu. W miarę jak wznosimy się coraz wyżej, odsłaniają się widoki na całą dolinę. Dzień jest, co prawda, pochmurny, niebo jest zasnute ciężkimi chmurami spomiędzy których tylko czasem wyłania się słońce, ale widoki są fantastyczne. Szlak się nieco wyrównuje, możemy zatrzymać się na chwilę i odsapnąć w zagajniku.
– Rozpoznajesz te drzewa? – pytam Agnieszkę wskazując na grube "pnie".
Wciąż wczuwam się w rolę przewodnika. 😉
– No, bambus chyba...
– Masz rację, oczywiście, bambus!
Agnieszka fotografuje te zwykłe-niezwykłe trawy – akurat tutaj bambusy mają grubość męskiego ramienia. Robią wrażenie! Uśmiecham się w myśli do siebie. Pierwszy raz gaje bambusowe zobaczyłem w naturze w 2005 roku w Chinach. Jadąc autobusem przez dłuższą chwilę nie mogłem sobie uświadomić, że ta widoczna w oddali roślinność to nie wierzby płaczące, lecz "nieco" wyrośnięta trawa. 😉 Pamiętam również ścieżkę wyrżniętą poprzez bambusowy las w północnym Wietnamie. Zdrewniałe źdźbła tworzyły tak gęstą zaporę, że była nie do przebycia bez maczety. A tu – bambusy naprawdę imponują wielkością!

Uparcie, powoli wspinamy się na górę. W lesie jest półmrok, olbrzymie półmetrowe liście i gęste zarośla bambusów przysłaniają światło przez co nie ma tu zbyt wielu kwiatów. Ptaki również są niewidoczne choć o ich obecności zaświadczają przeróżne gwizdy, ćwierki i skrzeczenia. Czasem przeleci jakiś motyl, pokrąży wokółjakiegoś krzaka, przysiądzie na liściu skąpanym w smudze światła słonecznego, przeciskającego się przez bujne zielone korony drzew, zatrzepie różnobarwnymi skrzydłami i... frr! tyle go widać. W końcu wydostajemy się na grzbiet, pojawia się nawet trochę słońca. Po prawej ręce znajduje się stumetrowe urwisko, niżej dolina a po przeciwnej stronie widać dwa wodospady Trafalgar. Mamy je teraz jak na dłoni. Woda spływa dwoma równoległymi kaskadami. Są to 38-metrowy "Ojciec" i 23-metrowa "Matka".
– Odpoczniemy chwilę?
Agnieszka skwapliwie kiwa głową.
– Masz – wyciągam butelkę z plecaka.
Wzięliśmy ze sobą około 3 litrów wody. Wiadomo, że będziemy musieli uzupełnić ten zapas. Od czasu do czasu zerkam do komórki i ustalam pozycję na mapie. Próbuję pocieszyć towarzyszkę drogi zapewniając ją, że już niedaleko do szczytu. Zapatrzony w mapę dekoncentruje się na chwilę, trafiam na śliski kamień i... fik! padam jak długi. O tyle nieszczęśliwie, że uderzam komórką o ziemię. Pal sześć lekkie zadrapanie na ręce, gorzej, że szkło ekranu pękło na odcinku jednego centymetra. Uszkodzenie jest praktycznie niewidoczne, ale to służbowa komórka. Zły jestem strasznie, na szczęście nasza męczarnia już się kończy – minęliśmy właśnie niezbyt wyróżniający się wierzchołek Golgoty. Czy była alternatywa dla tej męczącej drogi? Oczywiście była: iść 7 kilometrów dookoła, drogą do Laudat, licząc, że ktoś się zlituje i podrzuci. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałem się, że tak się namęczymy. Wygląda na to, że nazwa góry nie wzięła się znikąd. Schodzimy teraz ku wsi. Laudat położone wśród zielonych wzgórz liczy 300 dusz i jest uważane za wrota do Morne Trois Pitons National Park. Znów się zachmurzyło, a gdy mijamy pierwsze zabudowania zaczyna padać. Nie powinno nas to dziwić, skoro w Laudat roczne opady wynoszą 9000 mm. To jest 15 razy więcej niż w Polsce! Chronimy się przed deszczem pod wiatą przystankową. Na odrapanej ścianie, ktoś przyczepił kartkę z szeregami liczb.
– Co to może być? Może rozkład jazdy? – docieka Agnieszka – Nie! – reflektuje się po chwili – to wygląda na jakiś listy wyborcze.
Faktycznie, na Dominice trwa kampania wyborcza poprzedzająca wybory parlamentarne. Widzieliśmy przecież plakaty wyborcze i kilka dżipów obwieszonych flagami z grupami aktywistów, którzy przez megafon agitowali za swoimi liderami. W tym momencie jeszcze nie spodziewamy się, że będziemy wciągnięci za parę dni w tę kampanię. 😉
– Przestaje padać, chodźmy dalej – mówię i zarzucam plecak.
Skręcamy na główną drogę prowadzącą ku rzece. Koniecznie chcę wziąć wodę we wsi wierząc, że będzie to woda nadająca się do picia – w dżungli spodziewam się zamulonej wody przy takiej pogodzie. Jak na złość nikogo w pobliżu domów nie ma. Z wnętrza większego piętrowego budynku dochodzą jakieś głosy, wchodzę na podwórko i zaglądam przez przymknięte drzwi. Okazuje się, że jest to kościół albo jakiś zbór protestancki; w każdym razie odbywa się tam jakieś nabożeństwo. W dużej sali w ustawionych ławkach siedzi kilkadziesiąt osób. Odpuszczam (Teraz, po powrocie, myślę, że to mogło być spotkanie przedwyborcze).
W ostatnim budynku przed zejściem do doliny znajduje się sklepik i bar. Takie dwa w jednym. Pytam o wodę do picia pokazując pustą butelkę po coli.
– My nie dajemy wody tylko sprzedajemy – odpowiada mężczyzna za ladą.
Mam dość Dominiki.
– Słuchaj gościu – mówię – w moim kraju każdy w takiej sytuacji daje wodę. Częstuje. Ten kraj nazywa się Polska, zapamiętaj to.
W tym momencie wtrąca się właścicielka lokalu i mówi, że oni tutaj wodę też kupują, ale bierze ode mnie butelkę i nalewa kranówę. Dziękuję i żegnamy się.

Schodzimy ku rzece osłaniając się przed wciąż utrzymującym się drobnym deszczem. Nie jest to zbyt optymistyczna sytuacja, zdajemy sobie sprawę, że wycieczka do Wrzącego Jeziora będzie aż nadto "mokra". Nad rzeką kończy się utwardzona droga. Za parkingiem trafiamy na kilka budynków, przed którymi kłębią się ludzie. Widzieliśmy już wcześniej jak podjeżdżają do tego miejsca busami. Są to zorganizowane toury, busy są wynajęte i trudno byłoby liczyć na takiego stopa. Tłumy te czekają na swoją kolejkę, aby przyłączyć się do spływu po rzece w sławnym wąwozie Ti Tou Gorge. Sama rzeczka nie jest zbyt szeroka, ale jej wartki nurt ich tworzy szereg kaskad, co pozwala na urządzanie spływów w kamizelkach ratunkowych i kaskach. Zbędne są tu łodzie czy pontony: woda sama przerzuca z miejsca do miejsca Myślę, że to fajna rozrywka i nie bez powodu są tu takie tłumy.
My jednak mamy inny cel dzisiaj.

Ruszamy ścieżką w górę mijając tablicę obwieszczającą, że wkraczamy na teren Morne Trois Pitons National Park. Park został utworzony 45 lat temu a jego nazwa pochodzi od górującego nad okolicą trójwierzchołkowego wulkanu (1424 m n.p.m.). Wulkan należy do kategorii drzemiących, co –jak przyjmuję – jest jego dużą zaletą. W parku znajdują się jeszcze trzy inne wulkany, więc jeśli dodamy do tego Wrzące Jezioro i inne miejsca z aktywnością wulkaniczną, to widać, że miejsce to jest wielką atrakcją dla górołazów.
Już po chwili cichną roześmiane głosy turystów niesionych prądem rzeki, zagłębiamy się w wilgotny a raczej mokry las deszczowy. Na szczęście szlak jest dobrze utrzymany, buty jeszcze względnie suche. Nastroje mamy dobre, w miarę szybko poruszamy się ścieżką, która wspina się na niewysokie, ale rozległe wzgórze. Wokół paprocie drzewiaste, epifity zawieszone wysoko na pniach innych drzew, plątanina lian i bluszczy. Ta bujna zieleń jak zawsze mnie zachwyca. Uwielbiam te widoki! Uwielbiam spacerować po dżungli (wiem, że to zabawnie brzmi!), sycić oczy tą soczystą zielenią, szukać wzrokiem kolorowych punktów: kwiatów lub motyli, które tak uatrakcyjniają tę gęstwinę. Przypomina mi się pierwsze zetknięcie z taką przyrodą – był to las sal w Nepalu, później lasy tropikalne w Tajlandii i Laosie, wilgotne lasy deszczowe w Brazylii, na Borneo i Jawie, mgliste lasy w Kostaryce... Dziś mamy prawdziwy las deszczowy, wszystko zaczyna być mokre, nie tylko las, ale i my. Ja idę w ortalionie, Agnieszka osłania się parasolką. Wbrew pozorom parasole w tym klimacie się sprawdzają: osłaniają przed deszczem, ale człowiek się w nich nie poci tak, jak pod nieprzewiewnym ortalionem. Oprócz wielkich drzewiastych paproci widzimy palmy areka, są też papaje, oleandry, drzewa laurowe i mnóstwo innych gatunków. Wciąż jestem zły na siebie, że nie potrafię rozpoznawać wielu z tych gatunków.

Pierwsze wzgórze za nami. Schodzimy teraz ku potokowi. Jest właściwie pozbawiony wody, tylko pod warstwą kamieni słychać jej szum. Wspinamy się na kolejne wzgórze. Jest jeszcze bardziej ślisko, brunatno-rdzawa ziemia ucieka spod nóg, trzeba się chwytać czego popadnie. Skupieni na drodze nie pozwalamy sobie na rozglądanie wokół. Przystajemy dopiero pod dużym drzewem.
– Przyjrzyj się mu dokładnie...
– No, drzewo...
– Popatrz na te łopaty – to korzenie szkarpowe.
Agnieszka podchodzi do drzewa. "Przypory" podpierające gruby pień są olbrzymie, mają 2 metry wysokości. Dziewczyna kryje się za jedną z nich.
– Wystaw chociaż głowę, zrobię ci zdjęcie! – śmieję się.
Agnieszka zapala papierosa a ja opowiadam.
– To drzewo kapokowe, po polsku inaczej puchowiec. W świecie znane jest pod nazwą ceiba. Teraz tego nie widać, ale za kilka tygodni, gdy pora sucha zacznie się na dobre, drzewo zakwitnie. Później zielone owoce przypominające duże pękate ogórki brązowieją i otwierają się. Z wnętrza wysypują się kłaczki włókien okrywających nasiona. Wtedy cała ziemia będzie zasnuta białym puchem. Kiedyś wypełniono nim kamizelki ratunkowe, gdyż włókno kapokowca nie namaka i nie tonie. Dziś, oczywiście, w kamizelkach stosuje się włókna syntetyczne i różnego rodzaju pianki...
Ruszamy dalej. Las spowija mgła nadająca mu niesamowity wygląd. Liany zwisają z drzew, porosty pokrywają pnie a bluszcze mocno wczepiają się w korę i mozolnie pełzną ku światłu.
W pewnej chwili zbliża się do nas truchtem dziewczyna. Przystajemy.
– Jak tam leci? – pyta.
– W porządku. Byłaś nad Wrzącym Jeziorem? Tak? O której wyruszyłaś? O której dotarłaś?
– Nad jeziorem byłam o 9:00, a wystartowałam jakoś koło 7:00. Wiecie... ja szybko biegam – stwierdza uśmiechając się szeroko.
Żegnamy się. Później, gdy przemyślałem sprawę, przestałem jej wierzyć, że dotarła w ogóle do Wrzącego Jeziora. Nawet, jeżeli zna ten teren dobrze. Spotykamy później jeszcze kilka osób, za każdym razem idących z przeciwnego kierunku. Nikt nie idzie przed nami ani za nami. Wygląda na to, że jesteśmy ostatnimi osobami, które wyruszyły na szlak tego dnia. Droga zasadniczo jest ślepa, to znaczy, że trzeba nią również wracać. Wyliczam więc, o której spotkane osoby musiały dotrzeć do celu i jakie mamy spóźnienie w stosunku do tych, którzy już byli. Trochę się denerwuję, bo czas leci: jest już 12:00 godzina a większość drogi wciąż przed nami. Poruszamy się powoli. Agnieszka nie ma takiej kondycji jak ja, ale nie mogę jej poganiać. Wziąłem od niej plecaczek, nic więcej nie mogę dla niej zrobić. Widzę jednak, że dziewczyna się stara i nie narzeka i w ogóle jest okay. Oby tylko wytrzymało do końca drogi i nie poddała się.

Kolejne wzgórze. Deszcz to narasta to osłabia się, ale cały czas pada. Mam już mokro w adidasach. Agnieszka ma lepsze buty, jeszcze jej nie przemokły. Idziemy teraz wąskim grzbietem, ścieżka ma szerokość 30 centymetrów. Po prawej i po lewej stronie, już w odległości dwóch kroków, zaczyna się 100-metrowe urwisko. Dobrze, że nie mamy lęku wysokości.
– I dobrze, że tędy poprowadzono ścieżkę. Gdyby nie ona, to naprawdę ciężko byłoby poruszać się po tej dżungli – oceniam.
Wciąż mży. W dodatku na bardziej odkrytych fragmentach drogi czujemy powiewy chłodnego wiatru. Widzę, że Agnieszka jest wyziębiona. Ja też zresztą. Ściągam koszulkę i oddaję dziewczynie. Szczęka zębami, potrząsa głową, ale ją zakłada. Widzę, że odczuwa ulgę. Ja zakładam wilgotny ortalion na gołe ciało i ruszamy dalej. Droga naprawdę jest ciężka. Ślizgamy się w tym błocie już dwie godziny a końca nie widać. Próbuję dokumentować drogę robiąc zdjęcia, ale aparat znów odmawia mi posłuszeństwa. Z kolei moja komórka jest również wrażliwe na wodę: dotykowy ekran nie działa, gdyż cały jest mokry. W końcu osiągamy szczyt (xxx m n.p.m), znajduje się na nim niewielkie wypłaszczenie, placyk, z którego odsłania się widok na okolicę. W odległości kilkuset metrów dostrzegam kilku wędrowców zmierzających w naszą stronę. Oni już wracają znad Wrzącego Jeziora. Pozdrawiamy się.
Agnieszka znalazła dwa dłuższe patyki, używa ich teraz jako kijków trekkingowych. Gdy podpiera się nimi na stromej drodze zwracam jej uwagę, by nie za bardzo im ufała.
– Nie opieraj się całym ciałem. Kijek pęknie i zlecisz!
– Uważam! – odpowiada.
Dobrze 😊.
Dochodzimy do miejsca, gdzie według mapy powinien odbijać na prawo trakt czy też ścieżka w kierunku Wotten Waven. Z tego, co wiem na podstawie wczorajszej rozmowy ze Stevem, na tym odcinku szlak jest niedostępny, nie do przejścia ze względu na huragan Maria, który spustoszył wyspę kilka lat temu. Zwalone drzewa tworzą przeszkody nie do przejścia – tak przynajmniej twierdził właściciel naszego lokum. Nie zamierzam w powrotnej drodze korzystać ze ścieżki. Być może, gdybym był sam na Dominice, to bym się zdecydował na jej odszukanie i przejście. Teraz jednak oceniam, że taka opcja jest zbyt ryzykowna: nie mam żadnych pewnych informacji na temat stanu tego szlaku, nie możemy sobie pozwolić na pójście tamtędy, utknięcie w jakimś miejscu albo zgubienie szlaku wieczorem.

Dobrze. Przed nami teraz Dolina Osamotnienia. Właściwie nie wiem, jak tłumaczyć nazwę Valley of Desolation. Może Dolina Spustoszenia byłaby poprawniejsza, ale bardziej pasuje mi określenie związane oddaleniem, osamotnieniem. Gdy przeczytałem o tym miejscu, nasunęły mi się skojarzenia z "Doliną Ludzi Milczących" – powieścią mojego ulubionego autora książek z młodości – Jamesa Curwooda. Z miejsca, w którym stoimy rozciąga się widok następujący. Dolina jest bezdrzewna, rachityczne pojedyncze drzewa rosną wysoko na zboczach wpijając się korzeniami w twardą skałę. Skaliste dno doliny spowite jest fumarolami i parą, która wydostaje się ze szczelin. Podmuchy wiatru rozganiają te wulkaniczne wyziewy odsłaniając rumosz skalny z wijącymi się strużkami wody. W 1997 roku porośnięta lasem dolina została zniszczona wskutek gwałtownych erupcji ze lokalnych źródeł siarkowych. Nic więc dziwnego, że teren sprawia wrażenie pobojowiska. Strome zbocza wydają się być nie do zdobycia a zejście do doliny możliwe jest tylko krętą i stromą ścieżką, której początek znajduje się u naszych stóp. Widzę właśnie grupę turystów z Japonii lub Korei mozolnie wspinających się w górę. Nie są przygotowani na taką pogodę, widać, że też są przemoczeni. Idą z miejscowym przewodnikiem starając się nie zlecieć w dół. No, właśnie! W internecie można przeczytać wiele wypowiedzi sugerujących, że wycieczka do Wrzącego Jeziora jest możliwa jedynie z przewodnikiem. Lub, że droga jest zbyt trudna i niebezpieczna, by zrezygnować z usług przewodnickich. Jak zwykle można dostrzec związek tych rad i opinii z partykularnym interesem biur turystycznych oraz związek z doświadczeniem górskim osób piszących w sieci. Trudno ocenić, co zdecydowało w przypadku tej napotkanej grupki. Może zwyczajnie – chęć minimalizacji wysiłku?

Powoli schodzimy na dno doliny. Padający deszcz tworzy strumyk płynący ścieżką, co znakomicie utrudnia zejście. Przytrzymujemy się rękami, chwytamy kamieni i wątłych gałązek. W kilku trudniejszych miejscach na zboczu znajdują się sznury z węzłami pomagające przy schodzeniu. Korzystamy z nich skwapliwie. Oglądam się co chwilę za siebie. Skośnoocy wędrowcy już wspięli się krawędź doliny i znikają nam z oczu. Jesteśmy u podnóża zbocza. Staram się zapamiętać otoczenie, by nie zgubić słabo zaznaczonej ścieżki podczas powrotu. Na dnie doliny jest wyraźnie cieplej niż na grzbiecie. Ciepło wydobywa się spod ziemi, czuję to przez cienkie podeszwy moich butów. Podchodzę do małego strumyka płynącego między skałami, zanurzam dłoń. Woda jest letnia, nie gorąca, w sam raz, by rozgrzać zziębnięte ręce. W innym miejscu temperatura wody jest dużo wyższa. We wnęce pomiędzy skałami znajduje się malutkie źródełko. Woda bulgocze, ale to z powodu wydobywających się gazów, a nie osiągnięcia temperatury wrzenia. Związki, które towarzyszą tej wodzie nadają skałom wyraźnie żółty kolor. To siarka, jest jej tu naprawdę dużo. Całe kopy można jej tu nazbierać. Chociaż jest to park narodowy, biorę ze sobą jeden mały kawałek. W powietrzu czuć i siarkowodór i duszący zapach SO2. Jeśli do tego dodać obecność koloidowej siarki w wodzie, która nadaje jej mleczny wygląd, to to miejsce jest wymarzone na lekcję chemii. I geologii, oczywiście! A, biorąc pod uwagę wcale nierzadkie mchy, porosty i różnego rodzaju termofity pokrywające skały, dałoby się przeprowadzić tu również ciekawą lekcję botaniki. Wyszukuję tu i ówdzie różne co ciekawsze miejsca w dolinie fotografując i filmując te cuda przyrody. Po prawej stronie dużo skał pomarańczowo-brązowych świadczących o zawartości żelaza. Strugi, które z różnych miejsc spływają po zboczach doliny formują jeden większy strumień wpadający między duże kamienne bloki i znikają gdzieś w oddali. Będziemy szli wzdłuż tego strumienia. Tak przynajmniej pokazuje moja mapa. Ale najpierw muszę odszukać ścieżkę.
– Poczekaj – wołam do Agnieszki, która już znacznie się oddaliła – muszę poszukać drogi.
W takich odsłoniętych miejscach, gdzie każdy może dowolnie się przemieszczać, brak jest wyraźnej ścieżki, penetruję więc różne miejsca, w końcu, po prawej stronie (orograficznie) strumienia, odnajdują nikły jej ślad. Dołącza Agnieszka i ruszamy dalej.

Strumień wkrótce zamienia się w potok meandrujący w wąskim jarze pomiędzy wielkimi blokami skalnymi, które zsunęły się po zboczu. Czasem tworzy kaskady i niecki z głębszą wodą. Malownicze to wszystko. Zasadniczo idziemy po prawej stronie potoku, ale w pobliżu prymitywnego schronienia (coś na kształt szałasu), musimy przekroczyć strumień i podejść drugim brzegiem. Agnieszce udaje się przejść suchą stopą, ja – obciążony plecakami i zmęczony już drogą – wpadam do wody po kolana. Trudno. I tak buty miałem przemoczone. Znów przechodzimy na prawą stronę i, chwytając się czego się da, wciągamy się na urwisty brzeg jaru. Teraz możemy nieco przyspieszyć. Czuję presję czasu – jest już 14:00. Pod jednym z tych niewielkich wodospadów kąpie się para młodych ludzi. O, jakże im zazdrościmy!
– Może i my się wykąpiemy? – zastanawia się moja towarzyszka drogi.
– Tak, ale w powrotnej drodze! – odpowiadam – Teraz musimy szybko dojść do jeziora.
– A daleko jeszcze?
– Zostało jeszcze pół godziny, może godzina. Nie wiem.
Naprawdę nie wiem, ile czasu nam zejdzie. Jezioro jest gdzieś przed nami za wzgórzem, na które mamy się wspiąć. Z tej ścieżki widać tylko jego zbocza. Schodzimy do miejsca, w którym dwa strumienie łączą się ze sobą. Kilka przywiązanych kawałków sznura z węzłami pomaga w zejściu. Pogoda tymczasem znacznie się poprawiła, pojawiły się nawet skrawki niebieskiego nieba, aczkolwiek słońce wciąż nie może przebić się przez warstwę chmur. Przekraczając strumień przekonujemy się, że woda w nim jest całkiem ciepła.
– Tu się wykąpiemy – obiecujemy sobie.
Mamy przed sobą ostatnie (jak nam się wydaje) podejście. Znowu pojawia się gęsta, bujna roślinność. Po kilkuset metrach otwiera się widok na kolejną dolinę. "O Boże! Jeszcze taki kawał drogi" – myślę sobie. Ścieżka prowadzi lewą stroną doliny, później przekraczamy kolejny, tym razem nie zaznaczony na mapie, potok i znów wspinamy się w górę. To już naprawdę ostatnie podejście. Chociaż jest dosyć stromo, to świadomość, że nasz cel jest tak bliski (według GPS-u zostało nam tylko 5 minut drogi), dodaje nam sił. Szlak się wypłaszcza, pokonujemy ostatnie metry i stajemy na krawędzi krateru. Udało się!
Radość miesza się z rozczarowaniem. Jezioro jest bowiem zasnute mgłą, ledwo co widać powierzchnią wody. Czuję zawód i niedosyt. Ale oto wzmaga się wiatr i wywiewa te opary. Przez chmury przebijają się promyki, pojawia się nawet słońce na moment i teraz widzę wszystko jak na dłoni: pośrodku jeziora gotuje się woda, gigantyczne pęcherze gazu wydobywają się na powierzchnię, ta część jeziora jest nieco jaśniejsza, wręcz mlecznobiała. Stoimy na brzegu krateru i zachwycamy się. Jezioro zasilane jest wodą z niewielkiego wodospadu po lewej stronie góry X. W pewnym momencie słyszymy niski przeciągły dźwięk i widzimy, że ze zbocza ponad nami obsuwa się w dół spora spłacheć ziemi wraz ze skałami. Nic nam nie grozi, ale gdy pomyślę sobie, że zdarzają się tu erupcja wulkanów a może i trzęsienia ziemi, to się cieszę, że prawdopodobieństwo tego jest znikome.
Agnieszka wypala papierosa, zjadamy kilka herbatników, dopijamy resztę wody z przedostatniej butelki i kończymy sesję fotograficzną.
– Jeszcze 3 minuty i ruszamy! – ostrzegam.
– Dobrze. To ja jeszcze wypalę i idziemy.
Boże, co ja mam z tymi jej papierosami!

Jest godzina 15:00, co oznacza, że od Laudat szliśmy tutaj 5 godzin. Dramat. Widać, że będzie problem z powrotem, bo w ciągu trzech godzin zajdzie tu słońce, zrobi się ciemno. Mamy, co prawda, latarkę i komórki, ale i tak będą kłopoty z powrotem z Laudat na miejsce noclegu. Wycofujemy się szybkim krokiem i po 20 minutach jesteśmy przy strumieniu. O nie! Nie odmówimy sobie tej przyjemności: musimy na chwilę zanurzyć się w ciepłej wodzie. Zachęca nas do tego usytuowana tu niecka – naturalna wanna utworzona w korycie strumienia. Agnieszka zrzuca ubranie i wskakuje do wody. Zajmuje miejsce pod miniwodospadem. Po chwili i ja dołączam do niej. Woda ma idealną temperaturę do kąpieli. Wygrzewamy zmarznięte ciała. O, jak dobrze jest nam! Chciałbym więcej czasu tutaj spędzić. Jesteśmy tu absolutnie sami, nikt już tędy nie pójdzie tego dnia, jeśli ktokolwiek jest, to w odległości kilku kilometrów od nas. Dokładnie tak! Jesteśmy sami przy Wrzącym Jeziorze, pluskamy się ciepłym w potoku w pobliżu tego jeziora, w Parku Narodowym Morne Trois Pitons, pośrodku pięknej dzikiej wyspy w Zachodnich Antylach, na Karaibach.
Wyobrażam sobie kulę ziemską z oddali i nas na tej małej wyspie; taki widok z kosmosu: czerń wokół błękitnej planety i mała kropeczka – to my! Wokół nas nikogo nie ma, żywej duszy! Cudowne uczucie: tylko ta przepiękna przyroda. Kolorowa, bujna, soczysta. Nieskażona. Chciałoby się tu zostać jak najdłużej, pluskać, cieszyć się, że tu dotarliśmy, że tu jesteśmy. Zdaję sobie sprawę z tego, jak mało osób tu było. Bo przecież na pewno trudniej tu się dostać niż pod Krzywą Wieżę w Pizie czy do Plitwickich Jezior... Ale, co tam! To, co jest najpiękniejsze teraz, to poczucie, że jesteśmy tu sami. Niesamowita przyroda niemal nieskażonej cywilizacyjnie karaibskiej wyspy i my – tkwiący w tej mlecznej ciepłej wodzie, chlapiący się, śmiejący się do siebie.
Podczas moich wyjazdów niejednokrotnie doświadczyłem takiego uczucia oddalenia od wszystkiego. Tak było parę lat temu w Queenstown w Nowej Zelandii, kiedy to z Sergiuszem poszliśmy wieczorem na molo przy jeziorze Wakatipu i patrzyłem się w rozgwieżdżone niebo. Wiem, że wokół mnie gdzieś byli ludzie, w końcu byliśmy w całkiem sporym (jak na nowozelandzkie realia) mieście, ale byliśmy wówczas dokładnie po drugiej stronie globu w stosunku do Krakowa. 20.000 km od domu... Podobne uczucie oddalenia towarzyszyło mi również w stepie mongolskim, kiedy dotarliśmy w pobliże jeziora Terchin Cagan Nuur. Położyłem się wówczas szczęśliwy na wilgotnej od rosy trawie i popatrzyłem na nocne niebo. Tak było i rankiem w San Juan w Andach, kiedy wymknąłem się w hostelu o świcie i powędrowałem poza niewielką osadę na kamieniste pustkowie. Za każdym razem czuję mieszankę radości lub szczęścia, że jestem w takim miejscu. Ale szczęścia lub radości zmieszanej ze smutkiem, może trochę z niepokojem, może z nostalgią. Te wszystkie myśli przelatują przez moją głowę w ułamku sekundy. Nie ma jednak czasu na filozoficzne rozważania.
– Za trzy minuty wychodzimy – mówię do Agnieszki – naprawdę musimy.
Ubieramy suche ciuchy na mokre ciała. O, jak dobrze było. Jest 15:30, pogoda jest całkiem znośna. Szybkim krokiem przekraczamy Valley of Desolation i zatrzymujemy się bezradni. Gdzie jest szlak, którędy tu przyszliśmy!? Pogubiłem się. Pogubiłem się naprawdę. Dolina jest rozczłonkowana, wiadomo, że musimy pójść w górę, ale w którą odnogę mamy się zagłębić!?
– Ratuj, włącz swojego GPS-a, którego masz w głowie – proszę Agnieszkę.
Ale Agnieszka też straciła orientację.
– Może tu? – zastanawiam się – Pewnie tak... Na pewno tu.
Okazuje się jednak, że tu nie ma ścieżki, musimy się wycofać. Podejmujemy jeszcze dwie próby i w końcu trafiamy na właściwe miejsce. Znajome sznury z węzłami. Wspinamy się po skałach, potem wspinaczka na grzbiet.

Na oddalony o kwadrans marszu placyk na szczycie docieram pierwszy. Padam na ortalion rozłożony na mokrej ziemi, przygotowuję szybko posiłek dla nas. Ściągam swoje przemoczone buty i próbuję choć trochę je podsuszyć. Nadchodzi Agnieszka. W pośpiechu przełykamy kilka herbatników, popijamy wodą i schodzimy znanym już nam wąskim grzbietem. Zaczyna się wyścig z czasem. Tu, w górach, słońce zachodzi jeszcze szybciej niż gdzie indziej. Jest już nisko pochylone nad horyzontem, wiemy, że gdy zejdziemy na dno kolejnej doliny będzie całkiem ciemno. Do pierwszego strumienia docieramy w półmroku.
– Zapalić latarkę? – pytam.
– Nie, jeszcze nie.
Pokonujemy kolejne wzgórze, tu jest nieco jaśniej, ale przy kolejnym strumieniu ledwo już widać cokolwiek. Zapalam czołówkę i idę jako pierwszy. Na tych szerokościach geograficznych noc zapada nagle, bez uprzedzenia. Przed nami jeszcze dwie godziny wędrówki. Po raz pierwszy idę przez dżunglę w takich warunkach. Owszem, szedłem przez dżunglę w Laosie sam ścieżką po górach przez parę godzin; owszem, z kanionu Colca wychodziliśmy w nocy, ale zasadniczo była tam otwarta przestrzeń. Nigdy jednak nie szedłem nocą przez dżunglę. Światło czołówki oświetla drogę tylko na parę metrów, reszta jest skryta w czarnej otchłani. Na karaibskich wyspach brak jest (zdaje się) dużych drapieżników, nie ma więc zagrożenia z ich strony. Mam jednak wciąż w pamięci pewną relację wycieczki do Wrzącego Jeziora, kiedy to autor za dnia napotkał na ścieżce parumetrowego pytona, który nie zamierzał w ogóle ustąpić drogi. Na wszelki wypadek nie przytaczam teraz tej historii Agnieszce. Dzielna dziewczyna, mimo zmęczenia wciąż prze do przodu, raz tylko wspomina, że bolą ją kolana a nogi drżą z wysiłku. Wiem, że nie chodzi dużo po górach i nie zdecydowałaby się na taką wędrówkę, gdyby wcześniej wiedziała co ją czeka. Szczęśliwie potrafi się dostosować do sytuacji. Za nami 10 godzin nieprzerwanego w praktyce marszu: w deszczu, w trudnym błotnistym terenie. Muszę przyznać, że rzadko spotykam takich twardzieli. Przestajemy na chwilę przy "naszym" drzewie kapokowym, czas na papierosa. Wokół latają świetliki, gdzieś w oddali słychać szum rzeczki płynącej przez wąwóz Ti Tou. Jeszcze pół godziny... jeszcze 10 minut... O 19:30 docieramy do zamkniętych o tej porze budynków przy wejściu do wąwozu. Dzielimy się resztką wody.
– Obmyj sobie twarz, lepiej się poczujesz – proponuję.
– Dobra, daj – Agnieszka sięga po butelkę.
Chyba jest zbyt zmęczona, żeby to zrobić, bo trzyma butelką dłuższą chwilę. W końcu wypija kilka łyków.
– Chodźmy, już dobrze – mówi cichym głosem.
Biorę oba plecaki i, wspierając dziewczynę ramieniem, powoli ruszamy w mrok. Przekraczamy rzeczkę i dochodzimy do wsi.

Laudat jest pogrążone w ciemnościach, tylko w paru domach świeci się światło. W oddali widzę czerwone tylne światła samochodu dostawczego zaparkowanego przed jakimś domostwem. Kierowca wypakowuje rzeczy. "Oto nasz transport" – myślę sobie i przyspieszam kroku.
– Nie podwiózłbyś nas? – pytam.
– No, nie. Dopiero co przyjechałem do domu z towarem – odpowiada.
Drugi mężczyzna włącza się do rozmowy.
– Podejdźcie tam do tego baru – wskazuje ręką – i zapytajcie o transport, może ktoś wam pomoże.
Faktycznie, sto czy dwieście metrów dalej jest bar. Podjechał właśnie jakiś samochód, kierowa zniknął za drzwiami baru. Podchodzę do kobiety, która siedzi na miejscu pasażera i pytam, czy by nas nie podwieźli. Ta zaczyna mówić coś szybko, nie za bardzo rozumiem. Musimy poczekać na kierowcę. Po chwili wraca i tłumaczę mu jeszcze raz w czym rzecz. Szybko dogadujemy się. Proponuję kwotę 50 dolców wschodniokaraibskich. Być może to nieco za wysoka kwota (jakieś 60 zł), ale biorąc pod uwagę okoliczności, cena za tę "nocną taksówkę" jest akceptowalna. Pakujemy się do samochodu i zaczynamy szaleńczą jazdę przez noc. Pędzimy do Wotton Waven pokonując z piskiem opon ostre zakręty. Wygląda to tak, jakby kierowca ucieszony ekstra zarobkiem chciał okazać swoje zadowolenie dostarczając nas jak najszybciej na miejsca. Idziemy do naszego domku. Po chłopakach z parteru śladu już nie ma, będziemy sami.
– Robimy sobie herbatę? – pytam na wszelki wypadek.
– Nie, dzięki, zbyt zmęczona jestem.
Agnieszka idzie jeszcze do pod prysznic. Ja padam jak nieżywy do wyrka. Wycieczka do Boiling Lake zajęła nam w sumie 12 godzin od momentu wyjścia z domu, z tego marszu było około 10 godzin. Jestem naprawdę zadowolony, że udało nam się zrealizować ten cel. Będzie co wspominać.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej