Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Jedziemy nad wodospady | | | | Miły wieczór
Kończy się nasza 636-kilometrowa podróż. O 6:00 dojeżdżamy do Foz do Iguaçu – granicznego miasteczka na skraju stanu Parana. I pomyśleć, że jeszcze w 1910 roku była to niewielka osada, która dopiero co uzyskała status „vila”… Dobrze, że rozwijające się miasteczko odwiedził później Alberto Santos-Dumont – pionier brazylijskiego lotnictwa. Zauroczony widokiem wodospadów, skutecznie namówił rząd do zorganizowania parku narodowego w celu ochrony tego miejsca. Dziś miasto liczy ponad ćwierć miliona mieszkańców a licznba trurystów, którzy chcą zobaczyć sławne wodospady przekracza milion.
Po przyjeździe na dworzec musiemy podjechać miejski autobusem do centrum miasta. Priorytetem staje się zorganizowanie wyjazdu nad wodospady. Odpuszczamy sobie zwiedzanie miasta, chociaż fajnie byłoby choć spojrzeć na Puente Internacional de la Amistad, czyli Most Przyjaźni. Kupujemy bilety powrotne do Parku Narodowego i ruszamy.
[zwiedzanie wodospadów]
Cabeza de Vaca – hiszpański odkrywca usłyszał od miejscowych Indian o wodospadach. Zobaczył je w 1549 roku i nazwał – mało oryginalnie – wodospadami Świętej Marii. Trzeba przyznać, że gość był niezłym trampingowcem. Nie tylko uczestniczył w sławnej ekspedycji Narváeza (1527 r.) z Hispanioli, przez Kubę i Florydę i dalej do Meksyku, ale i udało mu się przeżyć tę 8-letnią wycieczkę: z 600 awanturników została czwórka…
Jest godzina 16:00. Postanowiliśmy przejechać na stronę argentyńską. Tam spodziewamy się znaleźć tańsze noclegi. Małgosia i Monika akceptują moją propozycję. Chcą zresztą zobaczyć wodospady i z drugiej strony.
Podjeżdżamy autobusem do centrum Foz de Iguasu i tu przesiadamy się na autobus kursujący do bliźniaczego Puerto de Iguasu. Bilety kosztują po 4 BRL, muszę przyznać, że transport jest tu dobrze zorganizowany. Przekroczenie granicy trwa moment.
Głównym naszym zadaniem jest teraz zorganizowanie sobie noclegu. W okolicach dworca zaczepia nas jakiś miejscowy i proponuje swój hotel. Ma również pokoje czteroosobowe. Po niezobowiązującej akceptacji jego oferty, zabiera nas busem do siebie. Po zapoznaniu się z warunkami decydujemy się na wzięcie dwóch oddzielnych pokoi.
Rozkładamy rzeczy, Małgosia idzie do łazienki się odświeżyć. Po 10 minutach wraca i mówi z wysiłkiem:
– Wiesz. jak tam jest?!
– Brudno?
– Nie. Gorąco! Ja tam ledwo wytrzymałam.
– Rozumiem.
Małgosia znów wychodzi do łazienki. Po sekundzie słyszę krzyk.
– Co się stało?
– Uderzyłam się w głowę! – wychyla się zza drzwi.
– Daj, podmucham – robię zatroskaną minę.
– Rób notatki, póki jeszcze coś pamiętasz.
– Wszystko pamiętam, spokojnie.
– I niczego nie zapomnisz!? Hm. Pewno pozapominam. Tyle zabawnych i ciekawych rzeczy się wydarza na każdym kroku...
Po kwadransie Małgosia wraca.
– Boli mnie – Małgosia przykłada rękę do brzucha i wymownym ruchem przesuwa ręką ku górze.
– Brzuszek? – kiwam głową. – W pierwszym trymestrze tak bywa...
– Nie, nie! – zaperza się Małgosia.
– To trzeba było nie tylko nie jeść tyle papai – wzdycham.
– Ależ nie, trzeba jeść tak!
Przekomarzam się z nią cały czas.
Cóż, temat dolegliwości żołądkowych na wyjazdach jest mi znany, ale bardziej z relacji innych osób i nie stanowi przedmiotu moich osobistych doświadczeń. Zawsze uważałem, że mam strusi żołądek i na ogół pozwalam sobie na uliczne jedzenie i świeże owoce. Raz tylko w Indiach mój żołądek uległ atakowi lokalnych bakterii, ale po jednej nocy wszystko się uspokoiło.
Wieczór spędzamy w patio. W hostelu jest niewielu gości, jakaś parka europejskich turystów siedzi przy innym stoliku. Dobiega do nas wesoły śmiech ze strony dwójki Latynosów. Gosia co chwile zerka w ich stronę.
– Pogadam z nimi.
Jak się okazuje, są to chłopaki z Peru. Przyłączają się do nas na chwilę, potem znikają gdzieś wraz z Gosią.
– Tylko uważaj na siebie! – ostrzega Monika.
– Dorosła jestem.
Wkrótce i my kończymy imprezę i wracamy do pokoju. To był udany dzień.