Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Wardzia-(Kutaisi)-Batumi

poniedziałek, 11 IV 2011


Otdaj moi diengi! | W twierdzy Chertwisi | Wchodzimy do Skalnego Miasta... | Bładząc pomrocznych korytarzach | Tam niczewo niet! | Aga na skoczni | Marszrutka psuje się | Miłe powitanie | Batumi, ach Batumi!


O siódmej wstajemy. Dostajemy wrzątek i jemy śniadanie. Przed ósmą jesteśmy gotowi do drogi. W holu czeka już taksówkarz i przebiera nogami. Najpierw chcę jednak rozliczyć się z hotelarką i negocjować cenę do Wardzi bez jej obecności. Płacę i wychodzimy na zewnątrz.
- Sorok lari - mówię do kierowcy.
Gruzin jęczy, że sama benzyna kosztować go będzie 50 lari.
- Eto 150 kiłomietrow!
Łże jak pies. W jedną stronę jest 55 kilometrów, benzyna będzie go kosztować najwyżej 25 lari.
- Sorok! - powtarzam twardo, chociaż wiem, że objazd Wardzi z przystankami kosztuje według LP właśnie 50 GEL. Ale nie podoba mi się, że Gruzin nie zawiezie nas do Saphary, rzekomo tylko niwą tam można dotrzeć. Nie wierzę mu! Ostatecznie staje na 45 GEL Zaglądam jeszcze do saszetki i krzyczę:
- Stoj!
Aga patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Co się stało?
Ano stało się. Dałem omyłkowo hotelarce banknot 50 lari zamiast 10 lari, a ta cholera bez słowa wzięła. Wyskakuję z taksówki, dopadam kobietę w holu. Podniesionym głosem domagam się zwrotu pieniędzy. Ma wyrzuty sumienia, bez słowa wyjmuje banknot ze skarpetki. Wyrywam jej z dłoni i daję w zamian 5 GEL. W ten sposób jej zachłanność zostaje ukarana: nocleg wyniósł nas w sumie 15 lari.
No, dobrze, uspokajam się, wracam do taksówki. Jedziemy.

Pogoda dziś mglista, niebo zachmurzone, pusta droga prowadzi nas w stronę Achalkalaki. Okolica wydaje się dzika, po obu stronach doliny piętrzą się nagie, poszarpane skały, zieleni mało, tylko nad meandrującą rzeką rosną "polskie" wierzby. Zza kolejnego zakrętu wyłania się twierdza Chertwisi a dokładniej to, co z niej zostało po po licznych najazdach w ciagu... ponad 2000 lat! Najpierww zniszczył ją Aleksander Macedoński podczas swej "wizyty" w Azji, byc może już po zburzeniu Persepolis. Po odbudowie, twierdzę zniszczyli Mongołowie, potem kolejno najeżdżali Turcy i Rosjanie. Ruiny położone są skalnym wzgórzu przy zbiegu dwóch rzek: Kury Dżawacheckiej i Kury Artaauskiej. Zjeżdżamy z głównej drogi i zatrzymujemy się u podnóża skał. Już wysiadamy, gdy kierowca pyta, po co tam chcemy iść, "przecież tam niczego nie ma". Hm, zastanawiam się, jakich turystów woził on do tej pory...?!? Po pięciu minutach ślizgania się po mokrych głazach i osuwającej się rozmokłej ziemi jesteśmy na górze. Mury wznoszą się wysoko ponad nami a jeszcze wyżej - prawie na wyciągnięcie ręki - nad zamczyskiem zawisły ciężkie szaro-bure chmury. Przechodzimy przez bramę i oto znajdujemy się na długim dziedzińcu porośniętym trawą. Zaglądamy do różnych zakamarków, potem zapuszczamy się w stronę wieży - jednej z dwóch zbudowanych przez królową Tamarę - przechodząc przez kolejne bramy. U jej stóp znajduje się niewielki taras z zawieszonym na żerdzi dzwonem. Fotografujemy się na tle flagi. Gdyby jeszcze pogoda się poprawiła, widok na dolinę Kury byłby fenomenalny! Wracamy.

Kilka kilometrów dalej, koło Nakalakevi, mijamy mury na łące po prawej stronie drogi. Domyślamy się, że to plac, na którym w starożytności handlowano niewolnikami. Tak przynajmniej twierdzi mój przewodnik. Może niewolnikami, może bydłem, wszystko jedno. Trzeba będzie obfotografować to miejsce w powrotnej drodze. Na razie ważniejsza jest Wardzia. Po chwili znów mijamy ruiny zamku Tmogvi na skale - niestety, znajdują się one wysoko, po drugiej stronie rzeki. Po kolejnych dwóch-trzech minutach mijamy drogowskaz do odległego o kilometr monastyru Vanis Kvabebi wybudowanego na skalistym zboczu.
No, co by nie powiedzieć o Gruzji, to zabytków kamiennej architektury tu bez liku! Całkowite przeciwieństwo Mongolii, gdzie mieszkańcy mieli najwyraźniej wstręt do budowania czegoś trwałego. Lub godną ubolewania zapalczywość w burzeniu tego, co zbudowali!

Jedziemy szybko. Zastanawiam się, czy dobrze zrobiliśmy biorąc taksówkę. Droga jest wygodna. Praktycznie zero ruchu. Ale na marszrutkę musielibyśmy czekać do 10:00, stop jest dzisiaj problematyczny, a powrót by się wydłużył, gdybyśmy chcieli przystawać w kilku miejscach. Po drugiej stronie doliny, którą jedziemy, widać już podziurawione niczym ser szwajcarski zbocze góry. To sławne skalne miasto Wardzia. Przypomina mi na pierwszy rzut oka jaskinie Mogao Ku w Chinach. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie mgła i mżawka.

W kasie pusto, bileter poszedł się przejść, zapłacimy później ;) Nie mam ze sobą dokładnego opisu tego miejsca, staram się więc zaglądać do każdej dziury i jaskini. Groty, wykute pracowicie przed wiekami, są w większości puste, prymitywne. Mają po dwa - trzy metry wysokości i powierzchnię pokoju, czasem dużego salonu. W niektórych zachowały się piękne, kolorowe malowidła na ścianach, w innych pomieszczeniach - tylko okopcone sklepienia. Jedna z grot zabezpieczona jest drewnianymi drzwiami i - na mój nos - skrywa coś cennego. Istotnie, wsadzając głowę między drzwi a strop widzę postacie świętych na ścianie. Są naprawdę ładne. Przywołuję Agę, musi zadowolić się oglądaniem zdjęć, które dla niej robię wsuwając aparat do środka. Ścieżka prowadzi to w dół to w górę, pomieszczeń jest dużo, mieszkało tu kiedyś mnóstwo mnichów. Mieszkania są jednoizbowe, rzadko dwuizbowe. A ja liczyłem na jakieś tajemnicze przejścia, schodki, korytarze... Ale przecież - reflektuję się - o układzie grot decydował po prostu wysiłek wkładany w kucie skał! Zresztą... to byli mnisi, powinni mieszkać samotnie.
Przechodzimy przez ozdobioną motywami geometrycznymi bramę-wieżę i tu zaczyna się najciekawsza część miasta. Oto przed nami rozpościera się fantastyczny widok! Całe zbocze pokryte jest grotami a wykute w skale schodki prowadzą to w dół to w górę ku kamiennym podestom i tarasom.

Dostajemy się do długiego, rozgałęziającego się korytarza. Pierwsza odnoga w lewo prowadzi do kilku sal na różnych poziomach, są skąpo oświetlone naturalnym światłem wpadającym przez okienko. Korytarz kolejny prowadzi do kraty spiętej kłódką. Światło czołówki niknie po kilkunastu metrach. Ciekawe, co tam może się znajdować? Korytarz na prowadzi lekko w dół, schodzimy następnie po schodkach do dużej pieczary. Światło latarki wydobywa z ciemności małą kapliczkę postawioną pośrodku. Już już chcemy się wycofać, gdy słyszymy jakieś nawoływania z zewnątrz... błyska światło elektryczne w lampach zamontowanych w korytarzu. Witamy się z mnichem - chce nam pokazać więcej pomieszczeń. Otwiera kratę do której wcześniej dotarliśmy. Korytarz kończy się ślepą ścianą, tu, w półmetrowym zagłębieniu zbiera się pitna woda.
- Skol'ka monachow zdies' żywiot? - pytam brodatego mężczyznę.
- Dwienadcat'
No tak. Dobrze im tu. Prąd tu mają, żywność i materiały wciągają sobie na stalowej linie, ale jak tu wytrzymać bez internetu!? - zastanawiam się.
- Wy uże byli w kostiele? Niet? - pyta. Kręcimy głową. Wracamy do wyjścia, mnich otwiera boczne drzwi do świątyni. Średniowieczny kościółek nie jest wielki. Z pewnością nie zmieściłby się Budda z jaskini w Mogao Ku. . Na ścianach podniszczone obrazy przedstawiające świętych.
- A tam uwiditie korola Giorgia III i korolowiu Tamaru - pokazuje mnich.
Wychodzimy z kościoła i dopiero teraz dostrzegam malowidła na zewnętrznych ścianach i sklepieniu. Są równie kolorowe jak te w środku.
- Naprawdę ich nie zauważyłeś wcześniej?! - śmieje się Aga.
Mnich zamknął tymczasem drzwi i zachęca nas do przejścia oświetlonym już teraz korytarzem w głąb góry. Mijamy znaną nam kapliczkę i wkraczamy do ciasnego korytarza. Jest bardzo wąski, posuwam się kucając. Plecaczek raz po raz zawadza o strop chodnika. Korytarz wije się to wte to wewte, ale zasadniczo prowadzi ku górze. Dochodzimy do zabezpieczonego barierką szybu. Wrzucony kamyczek niknie w czeluści bezdźwięcznie... Dwa kroki dalej już jest wyjście z labiryntu. Stajemy na tarasie i znów podziwiamy panoramę skalnego miasta.
- Warto było tu przyjechać - stwierdza Aga.
- Podoba ci się?
- Noooo...
Tak bardzo bym chciał, aby Gruzja obojgu nam się podobała. Podobała mimo zamglonego nieba i mżawki. Mimo okropnego dzisiejszego hotelu i męczących przejazdów!
Zbiegamy teraz nieco w dół do pomieszczeń położonych niżej. Jesteśmy teraz na poziomie kościółka, by znów się dostać do niego wystarczy przejść przez skalne wrota. Podchodzimy jeszcze raz na taras przez główną bramą świątyni i przyglądamy się trzem dzwonom zawieszonym pod łukiem atrium. Schodki po drugiej stronie tarasu prowadzą do pomieszczeń zamieszkałych przez współczesnych mnichów. Tam wstępu nie mamy, o czym informuje tabliczka zawieszona na poręczy. Przechodzimy dalej niższymi gankami i pasażami. W górze, kilkanaście metrów nad nami znajduje się - niedostępna dla nas - "apteka". Tak określiliśmy grotę, na ścianach której wyżłobiono kilka rzędów wnęk - jakby z przeznaczeniem na zioła czy inne medykamenty. To już prawie koniec skalnego miasta. Oglądam się za siebie: tu naprawdę trzeba było dotrzeć! Może mniej atrakcyjne od
Petry i Mogao Ku, ale bez wątpienia jest wyjątkowym miejscem. Teraz jeszcze przejście przez długi, pochyły tunel prowadzący kilka pięter w dół. I ostatnie spojrzenie na dolinę... Wracamy na parking. Płacę za wstęp 2 x 3 GEL uzyskując rabat z powodu niesprawnej kasy fiskalnej:
- Nie ma biletu, należy się zniżka - stwierdzam.

Deszcz nie ustał, wręcz przeciwnie, przeistoczył się w marznącą mżawkę. Trudno. Na powrót przebieramy buty i wsiadamy do taksówki. Jest dopiero 10:00, wracamy do Achalciche. Proszę kierowcę, by przystanął przy drogowskazie do monastyru Vanis Kvabebi.
- Zaczem? Tam niczego niet - mruczy pod nosem.
Aga zostaje, ja wyskakuję z samochodu biorąc tylko aparat. Brr! Deszcz ze śniegiem zacina i mam ochotę wskoczyć z powrotem. Chowam aparat pod kurtką i zapinam ją dokładnie, aż pod szyję.
- Wrócę jak dojdę - rzucam nieco na wyrost, bo zdaję sobie sprawę z tego, że klasztor czy też kościół położony jest w odległości 1.5 kilometra od asfaltu i znajduje się wysoko na skale.
Szybkim krokiem pokonuję pierwsze 500 metrów doliny. Monastyr zdaje się być zawieszony na skale. Próbuję go sfotografować, ale płatki śniegu wirują przed obiektywem. Muszę podejść bliżej. Dolina zwęża się, jej brzegi zbliżają się do siebie tworząc skalną bramę. W poprzek postawiono ogrodzenie, brama zamknięta na kłódkę. Osłaniając dłonią obiektyw przyglądam się w zbliżeniu świątyni. ... No dobrze, wracam.
- No i szto? Pocziemu wiernułsja? - pyta kierowca uśmiechając się z przekąsem.
A tam! Niech ma satysfakcję! Zatrzymujemy się teraz przy drodze do Vanis Kvabebi.
- Zacziem? Tam niczewo niet! - denerwuje się taksówkarz.
W porządku, facet - mruczę - rozumiem, że chcesz już wrócić do domu, ale ja chcę sfotografować to "nic"!
Plac ma wymiary sto na pięćdziesiąt metrów, jest owalny i otaczają go 2-3-metrowe mury. Hm, może rzeczywiście trzymano tu niewolników? - zastanawiam się - Bydło nie potrzebowałoby tak wysokiego ogrodzenia...
Zatrzymujemy się za twierdzą Chertwisi, by z głównej drogi zrobić lepsze zdjęcia. Gruzin pokazuje nam, zbudowaną po drugiej stronie rzeki, szkołę według projektu opartego na średniowiecznym zamku. W Achalciche podjeżdżamy do kantoru, wymieniamy kolejne 200 dolarów. Cieszę się, że nasza wycieczka do Wardzi poszła tak sprawnie.

Czeka nas teraz długi, 330-kilometrowy przejazd do Batumi. Marszrutka stoi na dworcu, ładujemy plecaki i idziemy się przejść. Mamy ponad godzinę do odjazdu. W okolicznych sklepikach kupujemy różne ciastka - Aga jest bardzo konsekwentna w poznawaniu gruzińskich wypieków - chce spróbować wszystkiego! Kupujemy też wodę Borjomi: skoro nie będziemy w tym sławnym kurorcie, w którym bywali radzieccy notable łącznie ze Stalinem - to przynajmniej spróbujemy, znanej w całym Sowietskim Sojuzie, wody. Degustację zostawiamy na później - jesteśmy w tej chwili wychłodzeni, idziemy więc na herbatę do knajpki opodal. Z zaciekawieniem oglądamy tubylców jedzących bez sztućców chinkali. No, cóż - charakterystyczny kształt tych pierogów zachęca do chwytania palcami. I na pewno ich kiedyś skosztujemy. Aga woła mnie do toalety. Pierwszy raz widzi "skocznię", koniecznie musi zrobić zdjęcie. Ech, dziewczyno, pojeździsz po Azji, to się napatrzysz! Ja z rozrzewnieniem wspominam kanał moczowy na dworcu w Homs...
Ładujemy się do busa - jest jeszcze trochę czasu, nie zebrał się komplet pasażerów. Z otwartych drzwi marszrutki polujemy aparatami na co ciekawsze twarze. Uwagę zwraca mężczyzna w czapeczce z ludowymi wzorkami. Lubię patrzeć na nakrycia głowy, są tak różnorodne. Oczarowany kiedyś byłem różnymi czapkami i czepkami zgromadzonymi w ułanbatorskim muzeum, zachwycałem się różnymi czapami podczas pobytu w Keryi na południu pustyni Takla Makan. A chusty? Wzorzyste w kwiaty w Polsce, w Rosji i w Rumunii, pastelowe w Iranie, barwne w Indiach... Książkę o tym można by napisać! A na wspomnienie różnokolorowych sikhijskich turbanów w Amritsarze od razu cieszy mi się buzia :)

Ruszamy w końcu. Najpierw znaną nam drogą do Chaszuri potem skręcamy na zachód do Kutaisi. Krajobraz się zmienia, wjeżdżamy na Grzbiet Suramski, czyli w Góry Lichskie. Niby są niewysokie, najwyższy szczyt to ledwie 1926 metrów, ale w okolicach przełęczy Surami (948 m n.p.m.) leży sporo śniegu. Jedziemy teraz w dół doliny Rioni przeskakując wciąż z jednego brzegu na drugi. Mijamy kilka wiosek specjalizujących się w garncarstwie - przy drodze mieszkańcy wystawiają długie stragany ze swymi wyrobami. Chętnie bym wyszukał dla siebie jakiś wazonik, by dołączyć go do swoich pamiątek. Może jeszcze będzie okazja. Wyjeżdżamy na Równinę Kolchidzką, mijamy wioski skryte wśród kwitnących jabłoni i wiśni. Wydaje mi się, że więcej tu zieleni, ale to może tylko złudzenie: bo my wciąż wypatrujemy wiosny, ciepła i słońca! Monotonię drogi przez równinę przerywa nam awaria układu napędowego. Kierowca marszrutki podnosi maskę i wraz ochotnikami grzebie w silniku. Rozrusznik rzęzi, ale silnik nie zaskakuje. Co prawda w Tariat spędziłem kiedyś upojną noc czekając aż mongolski kierowca naprawi uaza, ale mam nadzieję, że tym razem pójdzie sprawniej. Istotnie, półgodzinne debaty i dłubanie we wnętrznościach pojazdu kończą się sukcesem. Silnik odpala, wszyscy czują ulgę. Pędzimy do Kutaisi nadrabiając stracony czas. Na dworcu nasz kierowca trąbi i zajeżdża drogę marszrutce jadącej do Batumi. Przesiadamy się.
- Bilietow wam nie nużna. Ja dogawariłsja s nim - mówi nasz kierowca pomagając załadować plecaki. No pewnie! Przecież zapłaciliśmy za całą drogę....
Późne popołudnie. Jesteśmy już nieco zmęczeni drogą, ale z uwagą obserwujemy zmieniającą się przyrodę. Coraz więcej kwitnących drzew, coraz bardziej soczysta zieleń. Na podwórkach sporo palm i agaw.
Podróżuje z nami Amerykanka. Uczy angielskiego w Kobuleti. Przyjechała w styczniu i całkiem dobrze mówi po gruzińsku. Każdą okazję wykorzystuje, by z kimś pogadać. Aga przekłada kartę SIM na Geocell i dzwonię do guest-house'u w Batumi. Ok, nocleg mamy załatwiony.

Na miejscu jesteśmy po 20:00. Jak przystało na gruziński Sopot, miasto jest gwarne i pełne ludzi na ulicy. Zaniepokojona naszym opóźnieniem hotelarka dzwoni do nas. Uspokajam ją, że zaraz będziemy. Jadąc marszrutką do hotelu, ze zdziwieniem oglądamy rozkopane ulice. Rozumiem, że wymieniają w mieście kanalizację i wodociągi, ale czy muszą to robić jednocześnie na wszystkich ulicach?! Przecież nie mają tylu ludzi i tyle sprzętu by równolegle pracować na wszystkich odcinkach.
Jesteśmy mocno spóźnieni przez te wertepy i objazdy, ale starszy mężczyzna - jak się okaże mąż gospodyni - czeka na nas przed bramą. Prowadzi przez podwórko do środka. Tu bardzo miłe powitanie. Gospodyni i jej córki chcą konwersować po angielsku, ale względu na Agę rozmowa toczy się po rosyjsku.
Pokój dla nas jest elegancki, rzeźbiony stół, wielkie łóża. Ale ważniejsza jest łazienka - musimy się umyć po trudach podróży. Prysznic nie ma wydzielonej kabiny, co powoduje, iż ciągle chodzi się po mokrej posadzce. Ale, jak się później okaże, będzie to najlepszy nocleg w Gruzji.
Gospodyni prosi nas na kolację, nie do końca wiemy, czy traktować to jako poczęstunek wliczony w cenę pokoju, czy to zwykła gościnność. W każdym razie cepeliowskie upominki mamy. Dostajemy gruzińskie gołąbki z mięsem i warzywami, pieczywo, ser i zieloną cebulę. Ser jest słonawy, przypomina coś pośredniego między bryndzą a żółtym serem. Gruzinka proponuje czaczę, ale Aga lekkomyślnie odmawia. Poprzestajemy na winie domowej roboty. Wino ma ciemnożółte zabarwienie, jest półwytrawne, nieklarowane. To, że Gruzini nie mają zwyczaju klarowania wina widać i w przypadku win sprzedawanych w sklepach - przynajmniej my takie pijaliśmy.

Jest 21:30, pora na nocny spacer. Na sąsiedniej ulicy siedzimy pół godziny przy internecie, później idziemy nad morze. Plaża kamienista, woda atramentowo czarna, jak przystało na morze o tej nazwie. To już druga moja wizyta nad tym morzem, ciekawe, czy zdarzą mi się wakacje na północnym krymskim wybrzeżu? Albo na południowym, w Turcji?
Batumski deptak, słynny bulwar jest rzeczywiści uroczy - także w nocy, a to za sprawą zielonych świateł nadających niezwykły efekt palmom rosnących w równych rzędach. Idziemy w kierunku centrum mijając koło diabelskie i pałac. Gdzieś dalej pewnie otwarte są kawiarnie, ale, skoro już wypiliśmy dziś wino - odpuszczmy, zwłaszcza, że dochodzi już północ.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej