Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Świeradów-Zdrój - Szklarska Poręba - Przeł. pod Śnieżką

sobota, 29 V 2010


Startuje...ale bez biegania! |Jest ładniej niż kiedyś... |Kamienie? Niu, niu, niu! |Szklarska Poręba: półmetek |Na karkonoskim grzbiecie |Piękne widoki |PTTK dezinformuje |Nocleg pod Śnieżką


Świeradów Zdrój 6:00 - Polana Izerska 8:40 - Wysoki Kamień 11:45 - Szklarska Poręba 12:45 - Hala Szrenicka 14:30 - przekaźnik TV 16:00 - Przeł. Karkonoska 18:00 - Przeł. pod Śnieżką 20:30 Świeradów-Zdrój

W ten sposób już o 6 rano znalazłem się na początku szlaku. Jest to dla mnie o tyle ważne, że zamierzam nocować w Karpaczu. Czyli przede mną sporo drogi.

Ostatni raz w Świeradowie byłem ze 20 lat temu. Był to obóz Szkoły Twórczego Bycia. Niezapomniane wspomnienia ;-) Teraz wędruję przez śpiące jeszcze uliczki miejscowości oglądając poniemiecką zabudowę: piękne wille i pensjonaty. Mijam pamiątkową tablicę poświęconą dr. Mieczysławowi Orłowiczowi, przechodzę przez park i zaczynam mozolną wędrówkę na Stóg Izerski. Rychło okazuje się, że ścieżki są i błotniste i wodniste, zaś poranna rosa sprawia, że nogi mam szybko odświeżone ;-) Wdrapuję się pod schronisko i, nawet tam nie zaglądając, wędruję dalej.

Mam ze sobą ściągnięty z sieci opis szlaku wraz z podanymi czasami przejść. O ile opis jest rzetelny i pomocny, o tyle podane czasy są nierealne, znacznie zaniżone. Najwyraźniej autor pokonywał kolejne odcinki GSS marszobiegiem. Średnia prędkość wynosiła u niego 4.5 km/h, co w jest tempem nienormalnym. Dość powiedzieć, że Główny Szlak Beskidzki pokonywałem z szybkością 3.3 km/h, a przecież chodzę dość szybko (ciut szybciej niż czasy PTTK-owskie). Piszę o tym nie dlatego, by poddawać w wątpliwość wiarygodność tych czasów z sieci, lecz by zwrócić uwagę na ich nikłą przydatność dla tych, którzy się wybiorą na GSS. Owszem, tak szybko można iść, ale tylko na krótkich odcinkach. Najgorsze jest jednak to, że czasy te - znacznie krótsze od tych z tabliczek - są cytowane w Wikipedii i w przewodniku "Sudeckim Szlakiem", przez co wprowadzają w błąd coraz szersze rzesze potencjalnych turystów na szlaku GSS. Polana Izerska

Idę zatem swoim równym krokiem w stronę Polany Izerskiej. Słońce przygrzewa, ptaszki śpiewają, idzie się więc dobrze. Prawie dobrze! Od czasu do czasu trafiają się na wypłaszczeniach bardziej mokre odcinki, trzeba przedzierać się przez borówczane krzaki lub balansować na wpół zatopionych kamieniach. Ale droga ogólnie podoba mi się. Z tamtych młodzieńczych ;-) wędrówek zapamiętałem Góry Izerskie jako ciąg wiatrołomów, wpół-uschniętych lub po prostu martwych połaci iglastych lasów. Były to przygnębiające widoki. Dziś klęska ekologiczna spowodowana osłabieniem drzewostanu dwutlenkiem siarki a później atakiem robactwa, wydaje się być już przeszłością. Wszystko wokół się zieleni a błękit nieba odbija w kałużach. No i jak pusto! Na całej trasie pod Wielki Kamień spotykam ledwie jednego wycieczkowicza. Siadł sobie na ławce i rozkoszuje się panoramą Izerów. Kopalnia kwarcu Stanisław

Po czterech godzinach wędrówki zbliżam się do kamieniołomu wyżłobionego w zboczu góry. Zawsze lubiłem takie wielkie dziury w ziemi, więc i ta kopalnia kwarcu wydała mi się interesująca. Idąc i przyglądając się drodze, mam wielką ochotę zbierać kolorowe kamienie. Rozsądek bierze jednak górę: nie mogę sobie na to pozwolić. Pamiętam, jak trzy lata temu znalazłem w Kletnie obfite złoże fluorytu w rozmytym przez potok zboczu. W ciągu godziny nazbieraliśmy z Sergiuszem kilka kilogramów fioletowych kamieni. Ciężko je było wozić po Ziemi Kłodzkiej, wpadliśmy więc na pomysł, by "płacić" nimi za autostop. Kierowcy, co prawda, nigdy nie chcieli od nas pieniędzy, ale myślę, że dla obu stron taki skromny upominek był sympatyczny. Tyle wspomnień.

Maszeruję więc drogą i wzdycham, że zostawiam za sobą tyle skarbów: różowe porfiry, błyszczyki, śnieżnobiałe kwarcyty... Prawda, kilka kamyczków już mam w kieszeni... Szlak wyprowadza mnie przed budynek kopalni "Stanisław" i... znika. Wokół zniszczone magazyny, części maszyn, jakieś zardzewiałe konstrukcje metalowe... W sumie - ciekawe miejsce. Załomotałem do drzwi piętrowego domu, po chwili pojawia się zaspany stróż. Gadamy chwilę, mężczyzna wskazuje mi drogę i idę dalej. A dalsza trasa jest równie atrakcyjna: w lesie zaczęły pojawiać się skałki, niektóre z nich noszą "turystyczne" nazwy ("Wieczorny Zamek", "Skarbki", "Zawalidroga"). Przekaźnik TV

W końcu schronisko pod Wielkim Kamieniem (1058 m n.p.m.), miejsce niezbyt ciekawe ("wrzątku nie sprzedajemy, jest herbata i kawa"), pełne dzieciarni zawleczonej przez rodziców na szczyt. Stanąłem nad przepaścią i chłonąc oczami przymglone pasmo Karkonoszy myślę sobie: "Ależ mam jeszcze kawał drogi do przejścia!". Na swych wędrówkach często doświadczam takiego zabawnego uczucia: patrzę na swój odległy cel i droga wydaje mi się nie do przebycia. A po kilku godzinach oglądam się za siebie i z niejakim zdumieniem stwierdzam: "To ja aż tyle przeszedłem?!" I cieszę się wtedy jak dziecko.

Już południe. Szybkim krokiem schodzę do Szklarskiej Poręby. Znów miłe uczucie powrotu na "stare śmieci". To tu organizowałem obóz Klubu "Puls", tu bywałem na różnych konferencjach. A jak wiadomo, konferencje naukowe organizowane są specjalnie w górach, dla takich jak ja ;-)

Mijam wodospad Kamieńczyka ("dziękuję widziałem dwa razy"), płacę za wstęp do KPN (5 zł) i człapię na Halę Szrenicką. Ciąży mi żołądek: zbyt dużo żarcia wziąłem do autobusu i idąc szlakiem objadałem się ponad miarę. Nic więc dziwnego, że co rusz jakiś młodzieniec w adidasach mnie wyprzedza. Z kolei ja wyprzedzam kijkarzy, skupionych na macaniu ziemi przed sobą ;-) Przed schroniskiem zrobiło się trochę chłodniej, z przyjemnością więc wypijam kawę i robię sobie chińską zupkę. Tu wrzątek gratis. Nie bez powodu o tym wspominam: na swój użytek dzielę schroniska na te z darmowym i z płatnym wrzątkiem. Te pierwsze wydają mi się sympatyczniejsze: bo jest u mnie zakorzeniony archetyp: w schronisku wędrowca trzeba napoić. Dać mu się ogrzać. Pieniądze są drugoplanowe: przecież właściciel nie zarobi na wrzątku ani ja nie stracę dużo kupując go. Tu chodzi o zasadę.

Czas na mnie. Narzucam ortalion na siebie (nie brałem kurtki Alviki, by przyoszczędzić na ciężarze) i raźno ruszam na grań głównego grzbietu Karkonoszy. Pojawia się kosodrzewina i wielkie głazy pokryte seledynowymi porostami. O, jak ja to lubię! Nad Śnieżnymi Kotłami

Mijam Trzy Świnki i już jestem na polsko-czeskiej granicy. W tłumie wysokogórskich spacerowiczów! Sobota zachęciła Czechów i Polaków do wyjścia z domu. Co chwilę "cześć, cześć, dzień dobry", do znudzenia. Wypatruję osób z dużymi plecakami - bezskutecznie. Nie szkodzi, przynajmniej popatrzę sobie na modne outdoorowe ciuchy ;-)

Ha! Zupełnie zapomniałem, jak wygląda Szrenica (1362 m n.p.m.). Góra ze schroniskiem na szczycie wydaje mi się zawsze zabawna! I przypomina mi się Omu (2507 m n.p.m.) z komiczną chatką na samym wierzchołku.

Nie czuję przesadnego zmęczenia. To dobrze, bo przede mną jeszcze sześć godzin drogi. Najpierw wieża telewizyjna nad Śnieżnymi Kotłami. Liczę piętra drewnianego budynku: trzy, sześć... dziewięć! Ho ho! Zza wielkich szyb przezierają paraboliczne anteny odbiorcze. Jest coraz chłodniej. Niebo pokryło się chmurami, ściemniło się. Przy barierkach nad urwiskiem kilka osób, robimy sobie zdjęcia na tle śniegu zalegającego w dole.

Wędruję dalej po równo ułożonych płytach z wielkich głazów. Idąc tak wygodną ścieżką, rzadko kiedy zastanawiamy się, jak wiele wysiłku wymagało jej zrobienie. Dobrze, że nikt kiedyś nie wpadł na pomysł zrobienia betonowej dróżki!

Nad Kotliną Jeleniogórską wiszą ciężkie chmury. Ale nie pada. Oby tak dalej! Szybkim krokiem przechodzę przez Czeski i Śląski Kamień, ludzi tu jakby mniej. Jest już 17.00, większość osób już zeszła do dolin.

Teraz czas na "Odrodzenie". Kilkaset metrów przed Przełęczą Karkonoską gubię "polski" szlak i z rozpędu idę czeską stroną. Okrążam nieczynne czeskie schronisko i wracam do Polski ;-) Z "Odrodzenia" dobiegają śmiechy i głośne rozmowy młodzieży. Nie wstępuję do środka, pić mi się nie chce a jestem przejedzony. Postanawiam nocować w "Domu Śląskim" pod Śnieżką. Będę na miejscu po 20.00.

Z pofalowanego morza kosodrzewiny wystaje ostatnia już rafa: to Słonecznik (1420 m n.p.m.), odwieczny zegar mieszkańców Borowic. Przy skale, młodzi ludzie zażarcie dyskutują trzymając porywaną przez wiatr mapę. To jedyne osoby na drodze z "Odrodzenia" pod Śnieżkę. Śmielec

Idę dalej przemykając drewnianymi pomostami. Przede mną a raczej pode mną Wielki i Mały Staw. Widać Strzechę Akademicką i Samotnię. Zbocza gór pokryte są płatami śniegu. Lekka mgła unosi się wokół... Dla takich widoków warto tu przyjeżdżać.

Pół godziny drogi dalej - Równia pod Śnieżką. I tu się autentycznie złoszczę: bo mam przed sobą PTTK-owską tabliczkę "Słonecznik 15 min". To nie jest OK., to nie jest niedokładność podania czasu. Ja rozumiem, że odcinek 5-godzinny może być oznaczony "4.5 h" lub "5.5 h". Bo nie da się dokładnie wyznaczyć czasów przejścia. Ale nie tu, pod Równią! Pytam więc władze karkonoskiego oddziału PTTK, dlaczego wprowadzają turystów w błąd. Dlaczego dezinformująca tabliczka wisi tu, w tak uczęszczanym miejscu? To nie jest czepianie się z mojej strony. To oczekiwanie zwykłego turysty i podatnika, by odpowiedzialne za utrzymanie szlaku osoby poprawnie i odpowiedzialnie wykonywały pracę, za którą dostają wynagrodzenie.

No, dobrze. Jeszcze pół godziny po płaskim, już widać żółty budynek "Domu Śląskiego". Słońce wychyliło się spod chmur i zalało pomarańczowym światłem okolicę. Nie jest jednak w stanie rozgrzać mgły pokrywającej Śnieżkę. Tak więc karkonoskiej królowej tego dnia nie zobaczę. Trudno.
Heh, przypomniała mi się pewna konferencja w Karpaczu. W któryś, kolejny dzień, wstałem bladym świtem i pognałem na Śnieżkę. I zdążyłem na śniadanie i wykłady! :)
Dom Śląski i Śnieżka

W pół do dziewiątej jestem na miejscu. W schronisku pustawo. Panienka bierze ode mnie 30 zł, ale nie kwapi się z rachunkiem. Na zdrowie! Jest miła, podaje mi wrzątek i cukier. Daje mi też klucz od tylnego wyjścia, bym mógł o świcie wyjść z budynku. Nocuję w pokoju z trójką 20-latków. Przyszli tu ze Szklarskiej Poręby, padli i śpią jak zabici. Obok impreza na całego: młodzież licealna czy może nawet gimnazjalna hałasuje na korytarzu. Daję dziewczynie akumulatorki do naładowania, kątem oka widzę na stoliku kilka butelek wódki przygotowanych na nocną libację. Zapowiada się dobra zabawa...

Pierwszy dzień był udany: prawie 50 kilometrów, 14.5 godziny marszu, dwa pasma górskie za mną. Nie doszedłem, co prawda, do Karpacza, nie szkodzi.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej