Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]


Oristano – Bosa

piątek, 1 X 2021


Poranek na plaży | Autostop po sardyńsku | Oristano | Z wioski do wioski | Boska Bosa | Zamek i Czterech Maurów | Kolacja na balkonie


To był całkiem fajny nocleg, myślę, że oboje możemy to przyznać. Słońce jeszcze kryje się za wzgórzami.

– To co, zrobimy sobie kawę? – Alicja wyciąga mini palnik i rozpala kostkę paliwową.

Ja na wszelki wypadek zbieram jeszcze trochę suchych patyków. Po 15 minutach delektujemy się już kawą.

– Przydałoby się mleczko, ale jak nie ma, to trudno – stwierdza Alicja.

Ba! I tak dobrze, że zagotowaliśmy sobie wodę. Gdybym był tu sam, to chyba nie odważyłbym się palić ognia. Alicja nie przejmuje się niczym i to mi się w niej podoba.

Pakujemy się i schodzimy w dół, ku morskiemu brzegowi. Słońce wychyliło się zza wydm, promienie słoneczne oświetliły już plażę, a niebo przybrało błękitną barwę. Na plaży widzę przepiękne białe kwiaty wyrastające z tej małej urodzajnej gleby. To pankracjum nadmorskie (Pancratium maritimum), występujące w całym basenie Morza Śródziemnego. Widziałem je kiedyś na mozaikach z pałacu w Knossos na Krecie. Kwiaty ma o tyle niezwykłe, że ze względu na budowę zapylają je jedynie motyle, i to tylko latem. Gdy roślina się spóźni z zakwitnięciem, nie wyda nasion – jesienią motyli już nie ma…

Idziemy plażą w kierunku Pistis – sąsiedniego miasteczka. Po nocnym przypływie plaża jest wygładzona, wyrównana. Stawiamy "dziewicze kroki". Jest godzina 7:00 rano, zdaje się, że wszyscy jeszcze tutaj śpią. Mija nas tylko wóz techniczny zbierający śmieci.

Dziś musimy przejechać do miasta Bosa, mamy tam zarezerwowany nocleg.

– Ciężko tu będzie złapać stopa, zero ruchu.

– Trudno, Alicjo, przejdziemy się kawałek…

– No, przecież nic nie mówię. Chodźmy!

Idziemy asfaltem, czasem machamy na przejeżdżający samochody, ale na razie nikt się nie reaguje. Dopiero za kolejnym rozwidleniem zatrzymuje się chłopak i podrzuca nas na skrzyżowanie za Sant'Antonio di Santadi. W lewo odchodzi droga prowadząca dalej przez most na jeziorze (a właściwie płytkiej zatoce wciskającej się głęboko w ląd) i chociaż tu ruch wydaje się być mniejszy to tę drogę, jako krótszą, wybieramy. Jeszcze na dobre nie pożegnaliśmy się z chłopakiem, a zatrzymuje się samochód z kilkoma Angielkami. Dziewczyny się zgubiły i tylko pytają o drogę. W chwilę później jedziemy już z włoskim małżeństwem. Alicja znów jest w swoim żywiole, może sobie porozmawiać po włosku. Przejeżdżamy przez most przecinający wspomniany akwen, po prawej stronie znajduje się Stagno di Marceddì, rezerwat ptactwa morskiego.

Wjeżdżamy do Marceddì, tu okazuje się, że Włosi jadą dalej i chętnie podwiozą nas dalej. W ten sposób dowożą nas aż do Marrubiu i podrzucają na stację kolejową. Przez pewien czas próbujemy stopa za przejazdem kolejowym, ale potem grzecznie wracamy na stację, kupujemy bilety i podjeżdżamy do Oristano.

[Oristano]

Wsiadamy do autobusu jadącego do Bosy. To chyba najlepsze rozwiązanie, ponieważ ze stopem na Sardynii niekoniecznie nam wychodzi. Poniekąd to rozumiem, podczas pandemii ludzie odzwyczaili się od zabierania autostopowiczów. Chociaż Bosę od Oristano dzieli w linii prostej 40 kilometrów, to wkrótce się okazuje, że nasza podróż potrwa dużo dłużej niż myśleliśmy. Zjeżdżamy z głównej drogi, która wiedzie doliną i objeżdżamy wszystkie miejscowości położone w górach. Ma to tę zaletę, że droga jest bardziej interesująca. Oglądamy te miasteczka i wioski z prawdziwym zainteresowaniem. Dodatkowo ciągle odsłaniają się widoki na bardziej odległe góry w interiorze. Są wapienne, czasem o bardzo stromych zboczach i z pewnością można byłoby robić sobie w nich fajne wycieczki. W miarę zbliżania się do Bosy krajobraz staje się bardziej lesisty. Z przykrością stwierdzamy, że tereny te nawiedziły pożary.

[Dalsza droga]

Zza kolejnego zakrętu wyłania się szeroka dolina rzeki Temo. Bosa – nasz dzisiejszy cel – rozłożyło się w dolinie, ale znaczna część miasta wspina się na zbocze wzgórza Serravalle (81 m n.p.m.). Setki kolorowych domów wznoszących się coraz wyżej i wyżej tworzy fascynujący widok. Jeśli do tego dodać zamek na szczycie wzgórza, to nie można się dziwić mojemu zauroczeniu Bosą. Impulsywnie chwytam za aparat i chociaż wiem, że będzie jeszcze okazja do lepszych ujęć, fotografuję miasto. Serpentynami zjeżdżamy w dół doliny.

Szybko opuszczamy autobus i odnajdujemy nasze lokum mieszczące się we wschodniej części Bosy, w domu jednorodzinnym domu z kilkoma apartamentami. Właściciela nie ma, klucze pobieramy ze skrzyneczki na płocie używając kodu dostarczonego mi przez Booking.com. Do dyspozycji mamy całe mieszkanie z dwoma sypialniami, kuchnią, łazienką i balkonem. Zostawiamy plecaki i idziemy zwiedzać miasto. Przechodzimy przez – Piazza Vincenzo Gioberti – niezbyt ciekawy plac z nowoczesną fontanną i, widząc na końcu ul. Gimnazjalnej jakieś zgromadzenie, zaciekawieni podchodzimy. Tu, na Piazza del Carmine, w niepozornym kościele obok Biblioteki Miejskiej, trwa msza żałobna. Zaskakuje mnie wielki tłum mieszkańców, którzy nie pomieścili się we wnętrzu.

– Spytaj miejscowego, czyj to pogrzeb – proszę Alicję.

Jak się okazuje, zmarł popularny miejscowy muzyk. Najwyraźniej miał wielu fanów. Ruszamy w stronę historycznej części miasta, obiecując sobie, że później zwiedzimy wnętrze kościoła.

Staramy się obejść wszystkie uliczki. Poprowadzone na różnych wysokościach i połączone schodkami lub stromymi podjazdami. Z każdą uliczką mój zachwyt rośnie. Domy są różnokolorowe, uliczki wąskie, wybrukowane kostką. Na prześlicznych balkonikach z kamiennymi balaskami lub kratami z kutego żelaza zielenią się rośliny doniczkowe i kwitną kwiaty. Na parapetach tu i ówdzie przysiadł kot, inny spaceruje pustą uliczką. Czasem podbiegnie do nas, merdając ogonem, pies. Wiele kamienic jest podniszczonych, z odpadającym tynkiem i ścianami pokrytymi grzybem. Bruk jest zniszczony, nierówny, środkiem spływa strużka nieczystości. Dzieciaki bawią się na ulicy, zapewne nie przejmują się tym znanym od urodzenia otoczeniem. Generalnie uliczki są opustoszałe, bramy i okiennice pozamykane, a żaluzje opuszczone. Czasem jednak mieszkańcy pozostawiają otwarte okno na parterze, z ciekawością zaglądam do wnętrza. Cóż! Domostwa wyglądają nader skromnie. Zaglądamy do niewielkich, acz bardzo urokliwych kaplic.

Chociaż uliczki są wąskie, przynajmniej niektóre z nich są pełne zieleni. Spotyka się również liczne dekoracyjne akcenty, jak się wydaje, zrobione pod współczesnych turystów: powieszone na ścianach ceramiczne talerzyki z wzorkami lub twarzami, „nowoczesne” rzeźby wkomponowane w otoczenie. Uroku miastu dodaje słońce wpadające między uliczki; jego promienie dają interesujący światłocień.

– No i jak ci się podoba, Alicjo?

Dziewczyna nic nie odpowiada, ale uśmiecha się szeroko. Najwyraźniej oniemiała z wrażenia. Przystajemy na krańcu miasteczka, tam, gdzie uliczka kończy się platformą widokową. Błękitne, nieco przesłonięte obłokami niebo, odległe pasma zielonych wzgórz z wyrastającymi z leśnej gęstwiny strzelistymi nagimi skałami, spalone słońcem pożółkłe łąki, i dojrzałe opuncje na pierwszym planie – stanowią zachwycający widok.

– Wiesz co? – spoglądam na planu miasta – ten zamek na wzgórzu jest parę metrów stąd…

– Ja chwilowo mam dość, idź, a ja tu poczekam.

Ruszam schodkami na wyższy poziom. Do samego zamku nie chcę wchodzić, zresztą wątpię, czy o tej porze jest otwarty. Jest godzina 18:00 i, jak później sprawdzimy, jest niedostępny. Ale chcę przyjrzeć się choćby potężnym, dziesięciometrowej wysokości, murom obronnym ciągnącym się powyżej Via Canonico Gavino Nino. W kilku miejscach znajdują się na nich interesujące płaskorzeźby i reliefy. Sam zamek – położony wyżej – wydaje się z tej perspektywy niedostępny. Zamek Serravalle (zwany również Castello di Malaspina) powstał prawdopodobnie w XII wieku, i należał do toskańskiej rodziny Malaspina de Spina. Pośrodku placu zamkowego stoi – niewidoczny z miejsca, w którym stoję – niewielki kościółek (Chiesa di Nostra Signora de Sos Regnos Altos) z szeregiem niedawno odkrytych średniowiecznych fresków. Ponoć interesujących, nie zobaczę ich, trudno. Dochodzę do końca ulicy. Już już mam zawracać, gdy widzę jak z busa wysiada dziesięcioosobowa wycieczka młodych Polaków. "No, super mają! Wszędzie ich podwiozą: na plażę lub na górę" – mruczę z przekąsem.

Nad jednym z budynków powiewa nietypowa flaga: z Krzyżem św. Jerzego (czerwony krzyż na białym tle) i czterema czarnymi głowami. To oficjalna flaga wyspy i herb historycznego Królestwa Sardynii (la Bandiera dei quattro mori). Podobno Czterech Maurów symbolizować miało saraceńskich królów pokonanych w bitwie pod Alcoraz (ok. 1096 r.)*/.

Odszukuję Alicję i bez pośpiechu wracamy. Wstępujemy jeszcze do kościoła Karmelitów z przepiękną złoconą amboną i kilkoma równie bogato zdobionymi ołtarzami. Na koniec siadamy przy kawie na placu Vincenzo Gioberti.

– Jestem bardzo zadowolony z tego, co dzisiaj widzieliśmy – podsumowuję dzień.

– Ja też. I nocleg trafił się nam bardzo przyzwoity.

– Trzeba jeszcze zjeść kolację…

W kuchni naszego apartamentu Alicja odnajduje olej i smaży zaoferowaną przeze mnie suchą polską kiełbasę. Zagotowuję wrzątek i podaję barszcz czerwony w filiżankach. Kolację zjadamy na balkonie. Przy okazji kończymy litrową butelkę napoczętego wczoraj czerwonego wina.

____________________________

*/ Rząd Autonomicznego Regionu Sardynii twierdzi, że herb pochodzi z 1281 roku i można go zobaczyć na pieczęci Królewskiej Kancelarii Piotra III Aragońskiego. W XVIII wieku utrwalono układ głów Maurów zwróconych w lewo i z zawiązanymi oczami. W 1952 roku herb ten stał się oficjalnym symbolem regionu, a w 1999 roku oficjalną flagą, tym razem jednak z Maurami zwróconymi w prawo, noszącymi opaski na głowach i z otwartymi oczami.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej