Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]


Rio de Janeiro

czwartek, 11 IX 2014


Śniadanie z widokiem | Spacer przez favelę | W drodze do Chrystusa | Kolorowo jest | Spotkanie pod symbolem | Ach, Copacabana! | Nerwowe zakupy | Wieczór w faveli | Nocny przejazd


Rano pojawia się Max, właściciel hostelu. Rozliczamy się (20 USD) i wypytujemy, jak się dostać na Corcovado. Pomnik Chrystusa górujący nad miastem jest przecież obowiązkowym punktem naszego programu! Podjedziemy autobusem miejskim do Cosme Velho (bilety po 3 reale), a potem na górę busem (po 25 reali). Dobrze!

Podczas pakowania Małgosia odkrywa, że zgubiła okulary przeciwsłoneczne.

– Musiałam zostawić w samolocie…

– Trudno.

– Bo mnie tak pospieszałeś do wysiadania, że zapomniałam.

Hm. Zapewne tak było.

– To były jakieś szczególnie drogie okulary?

– Bardzo to nie, ale trochę wydałam.

– Napiszemy do biura rzeczy znalezionych na lotnisku, może się odnajdą – pocieszam.

Śniadanie jest już przygotowane dla nas, świeże bułeczki, ser, owoce, nawet jogurt, który odstępuję Małgosi. Jemy przy stolikach na werandzie, mając przed sobą panoramę Rio. Oczywiście, ze wzgórza, na którym znajduje się nasza favela, widok roztacza się jedynie na... sąsiednie favele. To skupisko niezliczonych, mniejszych lub większych domów na zboczach. W dolinach bardziej nowoczesne budynki i obiekty przemysłowe. Uzupełnieniem tych widoków jest odległe, zalesione pasmo gór.

Ciekawe, jaki będzie ten dzień? Przeżyliśmy pierwszą noc w faveli, trzeba teraz dostać się do miasta i spotkać się z dziewczynami przy pomniku Chrystusa.

Ustalamy z właścicielem, że bagaże odbierzemy po południu. Max odprowadza nas do wyjścia. Gdy za naszymi plecami zatrzaskuje się potężna brama, zostajemy sami na pustej uliczce faveli.

Dopiero teraz możemy przyjrzeć się okolicy, w której znajduje się nasz hostel.

– Z tamtej strony przyjechaliśmy, chodźmy – komenderuję.

Ruszamy szybkim krokiem pochyłą, brukowaną i wąską uliczką. Po obu stronach stoją parterowe lub piętrowe budynki, każdy z nich jest inny, „z innej parafii”. Pełno tu przybudówek, nadbudówek. Ich fasady pomalowane są na najróżniejsze kolory – takie, które wybrali mieszkańcy lub akurat się trafiły. Wiele okien ma kraty w oknach, a drzwi są metalowe lub zakratowane. W paru miejscach trafiamy na bardziej estetyczne budynki, których mieszkańcy ozdobili je na zewnątrz kafelkami, a nawet ustawili parę kwiatków w donicach. Pełno tu zaułków, ślepych uliczek, a całość zabudowy sprawia wrażenie strasznie chaotycznej. Nad nami dziesiątki kabli elektrycznych tworzących na słupach znaną mi w poprzednich wyjazdów chaotyczną plątaninę.

– Nie jest źle, skoro mają tu prąd – zauważam.

Studzienek kanalizacyjnych jednak nie dostrzegam.

Dobrze, że wczoraj wieczorem przyglądałem się trasie przejazdu taksówki. Rozpoznaję charakterystyczny ostry zakręt i wiem, że jesteśmy na dobrej drodze. Jeszcze kilkaset metrów, parę zakrętów i opuszczamy wzgórze. Stąd już niedaleko do głównej drogi. Dochodzimy do Terminal Rodoviário Novo Rio. To tu trafiliśmy wczoraj w nocy. Muszę przyznać, że dziś (i do końca naszego pobytu w Brazylii) nie w pełni jesteśmy świadomi potencjalnych zagrożeń poruszania się po dzielnicach takich jak Santo Cristo. Przechodnie mówią, że przystanek, gdzie zatrzymują się miejskie autobusy w kierunku Corcovado, znajduje się przy głównej drodze.

Początkowo jedziemy przez mało ciekawe przedmieścia z wyglądu przypominające okolice naszego hostelu. Tyle tylko, że większy tu ruch samochodowy i sporo ludzi robiących zakupy w niewielkich sklepikach. Dalszy przejazd odbywa się po drodze szybkiego ruchu, która łączy dzielnice Santo Cristo z Santa Teresa, Botafogo i Copacabaną. Co ciekawe, te międzydzielnicowe drogi poprowadzone są często tunelami wykutymi pod wzgórzami.

W pewnym momencie dostrzegam pomiędzy domami sylwetkę Chrystusa na wzgórzu. I od tej chwili staram się śledzić jego położenie. Wysiadamy w dzielnicy Cosmo Velho, teraz musimy podejść kawałek wzdłuż ulicy o tej samej nazwie na parking, skąd jeżdżą busy pod pomnik. To jeszcze z pięć kilometrów, mało komu z mieszkańców i turystów chce się drałować pod górę. My również nie chcemy tracić czasu. Płacimy wygórowaną kwotę 25 reali za bilety i jedziemy.

Po drodze zatrzymujemy się na chwilę przy punkcie widokowym. Przed nami rozciąga się wspaniały widok na zatokę Guanbara z licznymi wysepkami i półwyspami wrzynającymi się w głąb zatoki i oceanu. Widok jest tym bardziej godny uwagi, że teren, na którym zbudowano Rio, jest pofałdowany, wręcz górzysty. Wśród wzniesień wyróżnia się oczywiście wspomniana Pão de Açúcar.

– Widzisz kolejkę na górę? – pytam Małgosię, wskazując cieniutką linę, do której podwieszone są dwa wagoniki z turystami.

– Pojedziemy tam?

– Chciałbym, ale wydaje mi się, że dziś już nie zdążymy. Może, jak będziemy wracać z Chile.

U naszych stóp, na wybrzeżu, rozbudowało się miasto. W tej części Rio nie ma już faveli, dominuje zwarta, nowoczesna zabudowa: osiedla złożone z 25-piętrowych wysokościowców, osiedla apartamentowców i starsze kamienice. Widać również przed nami plażę z jasnym piaskiem i ludzi kąpiących się ludzi.

– To Copacabana? – pyta Małgosia.

– Nie wiem, raczej nie.

Sprawdzam na mapie miasta. Wygląda na to, że najsławniejsza plaża jest bardziej na południe, a przed nami to Praia de Botafogo. Nieco bardziej na prawo widoczne jest jezioro. To Lagoa Rodrigo de Freitas. Ten nieregularny w kształcie zbiornik wodny o kilometrowej średnicy otoczony jest wieżowcami i parkami, za którymi znajdują się plaże Ipanema i Copacabana. Spoglądając natomiast za siebie widzimy wyrastający na najwyższym w okolicy wzgórzu 710 m n.p.m.) pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redenptor). Wydaje się nam, że jest jeszcze bardzo odległy. „Jeszcze chwila cierpliwości” – myślę sobie – „zaraz tam będziemy”.

Ale zanim znów wsiądziemy do busa, jest czas, by podelektować się bujną przyrodą południowoamerykańską. Jak wspomniałem, wzgórze Corcovado pokrywają lasy. Niestety, nie umiem rozpoznać większości miejscowych drzew. Dostrzegam jedynie palmy areka, akacje oraz pandany (Pandanus tectorius) . Ten ostatni gatunek nie jest natywny dla Ameryk, drzewo zostało tu introdukowane zapewne z Azji. Jego kuliste owoce mają średnicę od kilku do kilkunastu centymetrów. Wiele z tutejszych roślin ma okres kwitnienia. I to nie dlatego, ze mamy tutejszą wiosnę (wrzesień!). W tej strefie klimatycznej zawsze można spotkać kwitnące rośliny. Wśród nich widzę zebrane w baldachy białe kwiaty ponakliny, czyli krynii (Crinum americanum). Kwitną teraz bauhinie (zapewne Bauhinia variegata), prawie bezlistne niewysokie drzewa z rodziny bobowatych. Jej wielkie różowe kwiaty z długimi pręcikami pięknie komponują się na tle błękitnego nieba. Natomiast na żółto kwitnie krzew czy raczej drzewo zwane tu ipe-amarelo (znane gdzie indziej jako lapacho lub tahuero, Tabebuia ochracea), z którego wyciągi są stosowane w medycynie ludowej. Uśmiecham się do niego: to drzewo jest narodowym symbolem Brazylii. Kwitnie tylko przez tydzień, właśnie we wrześniu, a jego bezlistne gałęzie sprawiają, że drzewo przypomina nasze forsycje na wiosnę.

Spotykamy również przedstawicieli miejscowych fauny. I to dość niespodziewanych, bo oto na pobliskiej akacji żerują małpki. Są niewielkie, może 20-centymetrowe, z długim pręgowanym ogonem. Wokół pyszczka po dwóch stronach głowy sterczą białe „bokobrody”. Te sympatyczne – przynajmniej z wyglądu – zwierzątka to marmozety, czyli uistitie białouche (Callithrix jacchus). Później zobaczymy pazia thoas (Papilio thoas brasiliensis), przepięknego czarno-żółtego motyla przypominającego „naszego” pazia królowej.

Przed wejściem na platformę, na której znajduje się pomnik, musimy zapłacić po 22 reale za wstęp. Jeszcze kilkaset stopni po schodach i stajemy pod pomnikiem. No cóż, mogłem się spodziewać tych tłumów.

Kierujemy się na taras widokowy, z którego najwygodniej ogląda się posąg. Wraz z 8-metrową podstawą mierzy 38 metrów wysokości. Zbudowany w stylu art deco niemal 100 lat temu, miał upamiętniać stulecie niepodległości Brazylii. Nie jest to dla mnie jakieś szczególne miejsce, myślę że większość osób, które tu docierają, ma cel wyłącznie turystyczny. Tym niemniej, cieszę się, że tu dotarłem. Jakby nie było, to jeden z siedmiu nowych cudów świata – i szósty, który odwiedziłem. Została mi jeszcze do obejrzenia piramida w Chichen Itza w Meksyku. Parę minut poświęcamy na fotografowanie się pod pomnikiem i zachwycanie się panoramą.

– Trzeba odszukać Gosię i Monikę – mówi Małgosia i w tym momencie podchodzą do nas dwie dziewczyny.

– Cześć, to my!

Przedstawiamy się. One już zdążyły zwiedzić to miejsce, ustalamy, że jedziemy na plażę. Miejski autobus, do którego wsiadamy, zmierza do zachodnich dzielnic, my wysiadamy wcześniej, na przystanku w pobliżu Praia de Ipanema. Co prawda pojawiły się kontrowersje, którą plażę wybrać, która jest ładniejsza: Ipanema czy Copacabana. Doszedłem jednak do wniosku, że można zobaczyć obie.

Plaża, na której się rozkładamy, faktycznie jest ładna, szeroka i czysta. W wodzie i na piasku mnóstwo ludzi. Głównie są to młodzi Brazylijczycy o różnych, mniej lub bardziej ciemnych odcieniach skóry. I trzeba przyznać, że bardzo atrakcyjnie wyglądają: zarówno skąpo odziane dziewczyny, jak i dobrze zbudowani chłopcy. Praktycznie nie widać tu osób starszych, nie ma tu też kaszalotów tak charakterystycznych dla europejskich plaż. Polskie dziewczyny się rozbierają, lecz nie wskakują do wody, ograniczając się do opalania.

Ustalamy plan na jutro. Zgodnie z tym, co wstępnie planowaliśmy jeszcze w Polsce, chcemy odwiedzić jedno z piękniejszych miast w Brazylii, a mianowicie Ouro Preto. To barokowe miasto położone jest około 400 kilometrów na północ od Rio, co, jak na warunki brazylijskie, jest całkiem blisko. Ze względów logistycznych dotrzemy tam nocnym autobusem, rezygnując z kolejnego noclegu w Rio.

– No, jak, dziewczyny? Idziemy na drugą plażę? – proponuję po dwóch godzinach opalania.

Ja już się wykąpałem i trochę się nudzę.

– Idziemy – mówią.

Brzegiem morza, opędzając się od dzieciaków, które o coś proszą po portugalsku i napotykając na ciekawskie, a czasem i pożądliwe spojrzenia Brazylijczyków idziemy w stronę Copacabany. Plaże rozdzielone są kilkusetmetrowym odcinkiem z zielenią miejską (Parque Garota de Ipanema). Kolejna, najsławniejsza chyba, plaża w Rio, Copacabana, w gruncie rzeczy jest podobna do poprzedniej. Ograniczamy się tu tylko do krótkiego odpoczynku. Monika z Gosią chcą się teraz z nami pożegnać, pójść na obiad i do hotelu. Umawiamy się na dworcu autobusowym wieczorem. Zobowiązuję się kupić bilety do Ouro Preto.

Jesteśmy znów więc sami. Wracamy do Santo Cristo autobusem nr 126. Kasjer z ociąganiem wydaje mi resztę… Nie dam się oszwabić! Przyjeżdżamy wzdłuż nadbrzeżnych dzielnic, stąd dobrze z bliska widać Głowę Cukru. Odnotowujemy liczne tunele po drodze.

Novo Rio. Na dworcu biegamy dość chaotycznie w poszukiwaniu przewoźnika obsługującego trasę do Ouro Preto. Okej. Bilety są na 23:40 po 70 BRL.

– Paszporty i nazwiska!

Robi się problem: nie mam numerów paszportów obu dziewczyn. Nie wiem nawet, jak się nazywają! Smsuję do Moniki.

– Tylko trzymaj te bilety dla nas – mówię jeszcze do sprzedawcy.

Mija 20 minut i nic. Wściekamy się. Dzwonię. Dwa sygnały – nic. Cztery sygnały – włącza się poczta głosowa. Po 10 minut dzwonię ponownie, tym razem odbiera Monika.

– Co jest?

– Nazwiska i numery paszportów, szybko! Wyślij dane do Małgosi również.

W końcu dostajemy SMS i już bez kolejki idziemy do okienka. Miejscowi wyzywają nas od gringo.

– Nie ma już biletów – mówi facet.

– Jak to?! Przed chwilą było ich pełno – kolega sprawdzał, były...

Niech to szlag trafi!

– Chcecie do Belo Horizonte!?

Oczywiście, bierzemy. Najtańsza opcja 79 BRL, o 22:00. Trzeba będzie jeszcze dopłacić do przyjazdu z Belo Horizonte do Ouro Preto. Wysyłam kolejnego SMS-a i wracamy do naszej faveli po bagaże. Zrobiło się już ciemno, a przecież trzeba jeszcze zrobić zakupy.

– Zaschło mi tak w gardle, że zaraz umrę – skarżę się.

Na obrzeżu faveli odnajdujemy supermarket. Małgosia dopada do półki ze szczoteczkami do zębów, a potem podrywa sprzedawcę, dyskutując o wodzie mineralnej. Chłopak, oczarowany Polką, biega tam i z powrotem sprawdzając ceny.

– Bierzemy owoce? – przerywam te amory.

– Ja bym chciała jabłka.

Ba! Ale jabłka to się je w Polsce, tu są rarytasem po 9 zł za kilogram… No dobrze, zakupy zrobione. Już po ciemku docieramy do hostelu. Na szczęście jest tylko wczorajszy pomocnik szefa. Małgosia bajeruje mu o dzisiejszej wycieczce, ja szybko biorę prysznic. Korzystamy z sytuacji i robimy sobie kolację w kuchni. Na koniec bierzemy numer do bossa. Biedny Max, chociaż się stara, niewiele kapuje z tego, co mówimy. O 20:00 opuszczamy hostel, nie chcemy przeginać z gościnnością.

– O popatrz! – wskazuję dziewczynę spacerującą po ulicy faveli z otwartym laptopem – pewnie sprawdza, kto chce ją napaść!

Zdajemy sobie sprawę z tego, że w faveli różnie może być. Tu i teraz akurat jest spokojnie. Przed domami siedzą staruszki, rozmawiają; dzieciaki grają w piłkę… Nie odczuwamy wielkiego zagrożenia.

– Ale idź środkiem ulicy! – upominam Małgosię.

Na dworcu znów się denerwujemy. Dziewczyny nie odpowiedziały do tej pory na SMS-a. Nie mamy pewności, czy go dostały. Wysyłamy więc kolejną wiadomość, poprawiając godzinę odjazdu na 22:00.

[dok. wieczora]


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej