Dzień: [1] [2] [3] [4] [5]


Frankfurt – Koblencja

czwarteka, 18 XI 2021


Poranny spacer po mieście | | Upojny śpiew Lorelei | Nieprzyjemne oblicze Franfurtu


Dziś jadę do Koblencji. Bilet na FlixBusa mam na godzinę 11:35, pierwsze godzinny poranne chcę więc przeznaczyć na zwiedzanie Frankfurtu.

[Zwiedzanie Frankfurtu]

[Wyjazd do Koblencji]

Pierwsze kroki kieruję na dworzec kolejowy, by kupić bilet powrotny do Frankfurtu. Niestety nie udało mi się wcześniej znaleźć połączenia autobusowego. To znaczy może i były, ale zbyt drogie. Po dłuższych dyskusjach w informacji decyduję się na powrót pociągiem pospiesznym o 17:00. Bilet też nie jest tani, kosztuje 18 euro. Jedynym plusem tego wariantu jest to, że podróż pociągiem będzie ciekawsza, gdyż linia kolejowa jest poprowadzona Doliną Renu, tuż nad rzeką. Mam zatem 5 godzin na zwiedzanie miasta.

[Zwiedzanie Koblencji]

Czas wracać do Frankfurtu, kieruję się ku dworcowi. Odjeżdżamy punktualnie. Widzę, że praktycznie wszyscy są w maskach. Co najmniej połowa pasażerów ma założone maseczki FP2. Przed wyjazdem przeczytałem informację, że maski FP2 są obowiązkowe w komunikacji miejskiej i międzymiastowej. Na wszelki wypadek wziąłem ze sobą kilka.

Pociąg pędzi krętą doliną Renu. Tory poprowadzone są czasem 10 metrów od brzegu, czasem linia kolejowa oddala się na pół kilometra od rzeki, zagłębiając się między wzgórzami, wpadając w tunele i przejeżdżając wiaduktami. Z przyjemnością oglądam malowniczo usytuowane nad wodą domy po obu stronach rzeki. Na drugim planie, po północnej stronie Renu, ciągną się wzgórza, a ich strome zbocza chwilami zbliżają się do rzeki.

Ren! To kolejne moje spotkanie z tą rzeką. Ileż to razu już ją widziałem w różnych miejscach? Pierwszy raz – podczas autostopu po Europie Zachodniej w 1992 roku. Pamiętam długą wędrówkę wzdłuż brzegów i przez mosty w Kolonii. Potem byłem nad Renem w Bazylei – tam szerokość rzeki była dwukrotnie mniejsza niż Düsseldorfie. Ach, prawda! widziałem jeszcze Ren podczas przekraczania granicę między Szwajcarią a Liechtensteinem… Ale wówczas, szukając miejsca na rozbicie namiotu, nie zwróciłem na rzekę uwagi.

Minęliśmy miasteczko St. Goarshausen, kolejnym będzie Oberwesel. Przejeżdżamy teraz obok 132-metrowej skały Lorelei. W tym miejscu Ren jest najwęższy: rzeka ma zaledwie 113 metrów szerokości i z powodu silnych prądów oraz mielizn jest niebezpieczna dla żeglugi. To z tej skały rzuciła się w otchłań Renu zrozpaczona po zdradzie ukochanego Lorelei – piękna, blondwłosa dziewczyna. Od tamtej pory jej duch zwodzi żeglarzy swoim magicznym śpiewem, powodując, że rozbijają się o skały. Heinrich Heine tak pisał w 1824 roku:

Die Luft ist kühl und es dunkelt,

Und ruhig fließt der Rhein;

Der Gipfel des Berges funkelt,

Im Abendsonnenschein.

Die schönste Jungfrau sitzet

Dort oben wunderbar,

Ihr gold'nes Geschmeide blitzet,

Sie kämmt ihr goldenes Haar.

Mnie jednak Loreley kojarzy się z piosenką Kapitana Nemo pt. „Twoja Lorelei”:

To do niej tak płyniesz aż na życia skraj

Lorelei

Dopłyniesz i zginiesz

W Lorelei

Lorelei

Dziś miast „potężnej cudownej melodii” słyszę tylko monotonny rytm kół pociągu. Wieczór faktycznie zapadł, zdjęcia są już niewyraźne. Za półtorej godziny dojedziemy do Frankfurtu. Nie zobaczę pozostałych zamków nad Renem. Ale już teraz się cieszę, że odwiedziłem Koblencję.

Znajomy dworzec we Frankfurcie. Szybkim krokiem ruszam do mojego hostelu. W ciemnych uliczkach spotykam głośno zachowujące się grupki jeszcze ciemniejszych mieszkańców. Imigrantów, ma się rozumieć. Nie odczuwam specjalnego zagrożenia, chociaż nocny spacer nie jest komfortowy. Ponoć bardziej niebezpieczna jest dzielnica Frankfurter Bahnhofsviertel położona po wschodniej części dworca. Okolice ulic Moselstrasse, Kaiserstrasse i Niddastrasse stanowią centrum narkomanów. Tam handluje się crackiem, marihuaną, tabletkami ecstazy. Policja wciąż nie może sobie poradzić z kilkudziesięcioosobowym gangiem dilerów z Jamajki. To tam odnotowuje się w ciągu roku ponad ćwierć tysiąca napadów i trzy razy więcej kradzieży kieszonkowych. Imigranci, których dziś spotykam, nie wyglądają na narkomanów lub gangsterów. Stoją przed jasno oświetlonymi wejściami do pubów, konsumują kebaby przy fast-foodach, rozmawiają, śmieją się, lub zwyczajnie dokądś się spieszą. Wygląda na to, że zakończyli długi dzień pracy (lub szukania pracy), a teraz relaksują się i integrują. Gdy wychodzę na szeroką i ruchliwą Mainzer Landstraße, czuję ulgę.

W hostelu znów się męczę. Mam zwyczaj i potrzebę napicia się wieczorem kawy lub zjedzenia chińskiej zupki. Planując nocleg w dużym hostelu z dostępem do kuchni, wyjątkowo nie wziąłem ze sobą grzałki. Jestem zły na siebie, ale jeszcze bardziej na hostel, który uniemożliwił korzystanie gościom z kuchni. Znowu muszę prosić o wrzątek w barze.

W pokoju niewielka zmiana: facet, który tak potwornie chrapał, wyprowadził się, reszta towarzystwa mało rozmowna.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej