Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Zwiedzamy Vaduz | Fan futbolu z Liechtensteinu | Stopowania ciąg dalszy | Lądowanie w Landeck
Ugh, to była naprawdę mało przyjemna noc. Z drugiej strony – spaliśmy w Liechtensteinie! Dobrze wiem, jak niewielu Polaków spało w tym mini-państwie. Najtańszy pokój – w Schaan-Vaduz Youth Hostel kosztuje 500 złotych! Inna rzecz, że dla większości ludzi większe pożądanie wzbudza nocleg w Burdż Chalifa 😊.
No dobrze. Pakujemy mokry namiot do plecaka i zbieramy się. Balzers – czteroipółtysięczne miasteczko ma właściwie jedną atrakcję – położony na wzgórzu XII-wieczny zamek Gutenberg. Stroma ulica jednoznacznie wyznacza nam kierunek.
[Zwiedzamy Vaduz]
[opis przejazdu przez Austrię]
Ruszamy dalej główną drogą na północ w stronę wylotówki. Po drodze mijamy fontannę z rzeźbą przedstawiającą sympatycznego pana z teczką moknącego pod parasolem.
Kolejna miejscowość, do której zmierzamy to Feldkirch. To już Austria. Do miasta zabiera nas chłopak.
– Lubicie piłkę nożną? – pyta – Ja jestem fanem Rapid Wien.
Dyskusję o sporcie i piłkarzach zostawiam już synowi, chociaż i on nie jest zagorzałym kibicem. – Mieszkasz w Liechtenstainie? – wtrącam się do rozmowy. – Nie. Jestem Austriakiem – mówi chłopak z cieniem dumy w głosie – Lichtenstein to wiocha. Największa na świecie, ale wiocha. Z nimi można gadać tylko o pieniądzach.
Dobrze, zapamiętam.
Wysiadamy pod wieżą z szarego kamienia i włóczymy się przez dobrą godzinkę po miasteczku. Zaglądamy pod Geldhof Bing coś tam wtedy na patelnię charakterystycznym malowanym freskiem z nagimi postaciami dzieci grających właściwie młodzieńców grających właściwie młodzieży nagie młodzieży frez przedstawia różne scenki: spożywanie owoców, gry w karty, grę na instrumentach, recytacje poezji i tak dalej.
W dalszą drogę w kierunku Bludenz zabieramy się z młodym małżeństwem z Freiburga. Mogą nas podrzucić tylko kilka kilometrów, ale i tak chcemy się wydostać z tego kącika Austrii na szerszą drogą. Niestety skręcamy w stronę Niemiec, orientuję się dopiero po chwili. Proszę by się zatrzymali możliwie szybko. Chcemy kontynuować przejazd w kierunku Innsbrucka. Dziękujemy, żegnamy się i wracamy na skrzyżowanie. Stąd zabiera nas do Landeck komiwojażer. Wpychamy się na tylną kanapę.
– Handluję ubraniami – mówi, pokazując ręką stertę ciuchów w tylnej części samochodu.
Obok, na przednim fotelu trzyma laptopa, od czasu do czasu do niego spogląda. Może ma tam bazę klientów. Wjeżdżamy teraz do tunelu Arlberg. To najdłuższy tunel drogowy w Austrii i jeden z najdłuższych w Europie, a w momencie ukończenia budowy w 1974 roku był najdłuższy na świecie. Ma 13972 metry!
Landeck, podobnie jak inne wioski w Tyrolu, to niewielka mieścina z widoczną z daleka białą bryłą kościoła z wysoką, czworoboczną wieżą ozdobioną czerwonym hełmem. Jest już 18:00 i chociaż nie przejechaliśmy dzisiaj zbyt dużego odcinka, to czujemy zmęczenie.
– Zostajemy tu – decydujemy wspólnie.
Miejsca na nocleg szukamy na zboczu najbliższej góry. Droga prowadzi nas coraz wyżej, odsłaniają się widoki na dolinę rzeki Inn. Wokół pastwiska i zagajniki.
– Może podejdziemy do tego szałasu? – mówi Sergiusz.
Buda jest otwarta i… pusta. Szałas ma podłogę z desek, a ściany są nieco dziurawe Siadamy na progu i zastanawiamy się, co dalej.
– Przenocujmy tu – proponuje Sergiusz.
– Tutaj?!
Tym razem ja okazuję większe obawy.
– No, pewnie. Nikt tu nie przyjdzie – stwierdza Sergiusz i rozkłada karimatę.
Myślę, że ma rację. Ostatni nocleg w przeciekającym namiocie pozostawił w nas uraz. Rozkładamy wewnątrz namiot, by się wysuszył do końca, a sami śpimy na karimatach obok.