Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]
W drodze na wybrzeże | Sieroty jesteśmy! | | | | | |
Dziś zasadniczo dzień transportowy. Z gór przejedziemy do morza, a dokładniej chcemy się dostać na półwysep Samara i tam spędzić parę dni.
Koło 8:00 siedzimy już w busie jadącym do Conception de la Vega. Miasto średnio ciekawe znajdują się tu resztki fortu zbudowanego przez Krzysztofa Kolumba w 1494 roku. Fort pierwotnie drewniany, później murowany, wykonany z cegieł ladrillo strzegł miasto przed napadami miejscowej ludności i piratów, których kusiło bogactwo mieszkańców wydobywających złoto w pobliskiej kopalni. Może i warto by było zobaczyć te resztki fortu, gdyby nie to, że nie znamy lokalizacji, że na żadnej mapie nie mogę go znaleźć*/. Zresztą nie mamy za dużo czasu, odpuszczamy.
Na razie przysiedliśmy na centralnym placu w oczekiwaniu na bus do San Francisco, który ma odjechać za pół godziny.
– Małgosiu, mam jeszcze kilkaset haitańskich pieniędzy, trzeba byłoby się ich pozbyć.
– No i?
– Tam jest bank – mówię, wskazując budynek kilkaset metrów dalej.
Bank właśnie otworzyli o 10:00.
– Chcę wymienić gourde na peso. – tłumaczę i pokazuję banknoty.
Patrzą tu na mnie, jak na wariata.
– Nie dasz rady sprzedać haitańskich pieniędzy poza Haiti, tu są nic nie warte – mówi mi pracownica banku.
No nic, będę miał pamiątkę podobną do tamtej białoruskiej makulatury, którą kiedyś przywiozłem z podróży do Karelii.
Kolejne miasto, San Francisco (San Francisco de Macorís), jest oddalone o 25 km. Ponoć to stolica regionu zwanego Thierra del Cacao. Obiecuję sobie, że będę bacznie się przeglądać krajobrazowi podczas przejazdu przez ten region w drodze na wybrzeże. Kolejny autobus jedzie już do Sanchez nad Bahia de Semana.
– Strasznie powoli dzisiaj idzie nam ta droga… – wzdycha Małgosia.
– No, ale widzisz, nie ma tu bezpośredniego autobusu.
– Rozumiem, Piotr, ale chciałbym być już na miejscu.
Po godzinie dojeżdżamy nad ocean w okolicach miejscowości Nagua i przez kilkanaście kilometrów jedziemy wzdłuż wybrzeża. Między palmami widoczny jest piaszczysta plaża i spokojne błękitne morze. Po drugiej stronie drogi pomiędzy palmami kokosowymi dostrzegam kakaowce. Nie uprawia się ich na monokulturowych plantacjach, najlepiej rosną w cieniu innych drzew**/. Mijamy kolejne miejscowości, wypatruję Sanchez. W końcu pytam pasażerów pasażera, czy daleko jeszcze do Sanchez. Coś mi odpowiada po hiszpańsku i gestykulując wskazuje, że Sanchez jest... za nami. Sieroty jesteśmy! Będziemy musieli się wrócić.
Wysiadamy na najbliższym przystanku. Na szczęście różne busy jeżdżą tu często i za 75 peso wracamy do Sanchez. Teraz bus do Las Terrenas. Małgosia wygląda na zmęczoną, wcale jej się nie dziwię. Ostatni, kilkunastokilometrowy etap drogi jest interesujący. Bus mozolnie wspina się krętą drogą na pasmo wzgórz o wysokości 400 metrów, potem czeka nas łagodny zjazd do Las Terenas.
– Nareszcie! – oddychamy z ulgą.
Pokonanie 200 km czterema autobusami zajęło nam 6 godzin.
__________________________________
*/ Ruinas de Concepción de La Vega znajdują się około 9 kilometrów na północ od miasta, przy drodze do Río Verde Arriba.
**/ Podobna sytuacja jest z krzewami kawowca. Również uprawia się go w cieniu innych drzew. Spotkałem się z tym zarówno na Wyspach Zielonego Przylądka, jak i w Gwinei Bissau.