Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
Jak się dostać do Raju? | Spacer zachwycającą doliną | Kto ma decydować? | Warcaby i piłka nożna. Co za emocje! | Wspomnienie po La Vallée des Oiseaux
Dziś wybieramy się do Rajskiej Doliny, lokalnej atrakcji. Znajduje się jakieś 40 km drogą na północny zachód od Agadiru i ze 20 km w głąb lądu, u podnóża gór. Popularny cel zorganizowanych tourów. Alternatywą dla Rajskiej Doliny był dla nas wypad do parku narodowego Souss-Massa (zwanego też Tamri NP), który leży w odległości 50 km drogi na północ od Agadiru. To ponoć ptasi raj zamieszkiwany, między innymi przez ibisa grzywiastego (Geronticus eremita), zwanego z angielska łysym. Za mało jednak wiem, kiedy jest najlepszy czas na obserwację ptasiego życia, Renata też nie wykazywała nadmiernego entuzjazmu dla takiego pomysłu.
– A więc dziś Paradise Valley – stwierdzamy zgodnie.
Z hotelu wychodzimy po 7:00. Od śpiącego na przystanku Marokańczyka próbujemy wydobyć informację, którym autobusem dojedziemy do Aurir. Bariera językowa lub intelektualna (bo facet wygląda na lekko przytępionego) nie pozwala nam na uzyskanie pełnej informacji. Inni podają różne numery autobusów: 11, 31, 32...
– Zdaje się, że typują numery totolotka – uznaję.
Jakieś dziewczę francuskojęzyczne oferuje mi pomoc i dzwoni do koleżanki znającej angielski. Niewiele to pomaga, gdyż tamta mieszka chyba w Nowej Zelandii, sądząc po niezrozumiałych dźwiękach wydobywających się z komórki. Ostatecznie wsiadamy do jakiegoś autobusu i za jedyne 5,5 dirhama od osoby jedziemy do Aurir. W miasteczku natychmiast wyłapuje nas kierowca stojącego przy krawężniku busa.
– Vallée du paradis? – pyta, a potem kontynuuje coś po francusku.
– Yes, Paradise Valley – odpowiadam.
W pojeździe niemal komplet pasażerów. Wpycham Renatę do środka, chociaż ta logicznie zachęca mnie najpierw do sprawdzenia ceny. Jeden z pasażerów pokazuje 5 palców. Nigdy w takiej sytuacji nie wiem, czy to jest 5 czy 50. Przejazd oceniam na 20 dirhamów za dwie osoby, tyle zamierzam dać.
Jedziemy dojść okrężną drogą przez kilka wiosek. Trasa jest bardzo malownicza, zwłaszcza pod koniec drogi. Moje obawy, że nie znajdziemy potem transportu powrotnego są uzasadnione, gdyż dojście do Rajskiej Doliny prowadzi w bok od głównej drogi. Liczę na powracającego busa lub autostop. Na miejscu mała sprzeczka. Kierowca domaga się po 20 dirhamów. Ostatecznie po wymianie kilku ostrych słów płacę za przejazd tę kwotę.
Przed nami Rajska Dolina. Okolica z miejsca powinna wzbudzić mój zachwyt, ale tak nie jest. Może z powodu zachmurzonego nieba i pory roku, która pozbawiła przyrodę soczystych, zielonych barw. Dróżka prowadzi początkowo w dół na dno krętej doliny, którą przepływa potok niezbyt zasobny w wodę o tej porze roku.
Tu, w głębi doliny, znajduje się kilka, może kilkanaście, domów tworzących osadę. Budynki położone są tuż nad rzeczką, a w wielu z nich znajdują się stoiska z pamiątkami, sklepiki lub bary, gdzie można coś zjeść lub się czegoś napić. Dno doliny tonie w zieleni, są tu zarówno palmy daktylowe i kępy bambusa, także stare sady i zwykłe krzaki. Tam, gdzie gromadzą się turyści, wstawiono nawet krzesła i stoliki do potoku, by mogli relaksować się w tym ślicznym miejscu, mocząc nogi w wodzie. Można przy okazji obserwować spore, kilkunastocentymetrowe ryby przepływające między nogami. Ścieżka wyprowadza nas poza osadę. Dolina staje się jakby szersza, roślinności ubywa. Poruszamy się teraz prawym (orogr.) zboczem doliny porośniętym samotnymi akacjami i sukulentami. W zasadzie nie ma tu nikogo poza nami, jedynie gdzieś w oddali widzę paru miejscowych w białych galabijach. Starszy Marokańczyk pędzi przed sobą dwie kozy, pokrzykując i poganiając je patykiem. W tym miejscu dolina wyraźnie się poszerza, a rzeczka tworzy rozlewisko rozdzielone łachami drobnego żwiru i kamieni. Idąc w górę doliny, dochodzimy do miejsca pokrytego wielkimi, pomarańczowymi i żółtymi głazami. Tu spotykamy wycieczkę młodzieży, która zatrzymała się na progu skalnym i podziwia ciągnącą się w górę dolinę.
Odnajdujemy ścieżkę na lewym zboczu doliny i, idąc nią, wznosimy się coraz wyżej. Teraz, gdy znajdujemy tak wysoko, dolina w coraz większym stopniu przypomina wąwóz zwany z amerykańska – kanionem. Z tej perspektywy potok, który ma już zaledwie metr szerokości, jawi się nam niczym cienka nitka wijąca się wśród wrzosowych, pomarańczowych lub szarych skał. Struga lawiruje między głazami, które kiedyś osunęły się ze zboczy na dno doliny bądź zostały rozmyte spływającą wodą przez tysiące lat. Czasem woda zatrzymuje się w zagłębieniu i tworzy miniaturowe jeziorka nie większe niż przydomowy basen. Nad dnem doliny wznoszą się coraz wyższe pionowe ściany. Skały ułożone są warstwowo, wielkie płaskie bloki wyglądają jak stos płyt chodnikowych. W pewnym momencie słyszymy dochodzące gdzieś z dołu męskie głosy. To dwóch czy trzech turystów próbuje przedostać się korytem potoku w górę doliny. Przeszkody w postaci wielkich bloków skalnych i oczka wodne są jednak dla nich zbyt trudne do pokonania i wycofują się. Gdy ścieżka zbliża się do krawędzi wąwozu z ciekawością zaglądam na jego dno.
– Spadniesz! – ostrzega mnie za każdym razem Renata.
– Ależ nie! Chodź tutaj, zrobię ci zdjęcie – namawiam dziewczynę.
Po około godzinie od zejścia na dno doliny ścieżka wyprowadza nas do jej górnej części. Tu ściany wąwozu mają zaledwie 10 a potem 5 metrów wysokości. Potok o tej suchej porze roku ledwo kapie z dwumetrowego progu skalnego. Przy większych opadach z pewnością ten mały wodospad jest bardziej atrakcyjny. Dolina właściwie tu się kończy, nie ma sensu iść dalej niknącą ścieżką na wypłaszczenie powyżej.
– Zawracamy.
Dopiero teraz spotykamy na ścieżce dwójkę wędrowców.
– Salut!
– Hi! – pozdrawiamy się.
W pobliżu wspomnianej osady skręcamy jeszcze w kierunku drewnianych domów z punktami gastronomicznymi i pamiątkami. Dziś żaden z nich nie działa, część jest zamknięta na cztery spusty. Mijamy zagajnik bambusowy i ścieżką wyprowadzającą z doliny wracamy na główną drogę.
Opędzamy się od nachalnych taksówkarzy warujących przy parkingu na turystów, którzy opuszczają dolinę, i powoli ruszamy drogą z zamiarem złapania stopa. Faktycznie po kilkuset metrach zatrzymuje się van wyładowany turystami. Kierowca, młody Marokańczyk, umieszcza nas w przestrzeni bagażowej w tylnej części pojazdu. Odstępuję Renacie oponę, a sam siadam na podłodze. Towarzystwo jest wesołe, młodzi ludzie przyjechali z Portugalii. Dość szybko zjeżdżamy z gór i po kolejnych 20 minutach jesteśmy w Agadirze. Kierowca podrzuca nas w pobliże hotelu.
– Merci, obrigado! – dziękujemy.
– Good luck, bye!
Nareszcie w hotelu. Przechodząc między bungalowami wciąż odnoszę wrażenie, że panuje w nim martwy sezon. Większość domków wygląda na niezamieszkane, właściwie nie widzę gości hotelowych. Puste leżaki rozłożone przy błękitnym basenie z palmą pośrodku wyglądają cokolwiek smutno.
– Nie lubię hoteli z tłumami, ale tu naprawdę jest… – urywam, bo brakuje mi odpowiedniego słowa.
– Melancholijnie?
– No.
W pokoju zimno, podkręcam kaloryfer.
– Idę pod prysznic.
– Poczekaj, najpierw tam nagrzeję – mówię i w łazience odkręcam gorącą wodę.
Para wypełnia pomieszczenie, wkrótce za zasłoną przy wannie robi się sauna.
Wskakujemy później pod kołdrę, by się zagrzać.
– To co robimy jutro? Co byś chciała? – pytam.
– A ty?
– Możemy jechać do Tarudant, który zwany jest Małym Marrakeszem. A potem wrócić tu na noc albo jechać od razu do Ouarzazate i tam nocować. Więc?
– Ty decyduj.
A pewnie, że zdecyduję. Tylko ja czasem chciałbym, aby i druga osoba miała wpływ na wyjazd, zwłaszcza że dla mnie Maroko jest powtórką...
– Proponuję, abyśmy pojechali do Ouarzazate, Tarudant zobaczymy po drodze, tam i tak będzie pół godziny przerwy w podróży. W ten sposób będziemy mieć więcej czasu na okolice Ouarzazate.
– Dobrze, jak chcesz.
Jasne.
– W takim razie przydałoby się już dziś kupić bilet na jutro i zobaczyć na noclegi na Booking.com.
Niestety, z jakiejś dziwnych przyczyn nie udaje się nam kupić biletu biletów online, postanawiam przejść się na dworzec.
– Wiem, że to daleko, ale postaram się najszybciej sprawę załatwić.
– Kup jeszcze jakiś chleb na kolację i jutro.
– Dobrze. Będziesz tutaj, czy idziesz na plażę?
– Zostanę przy basenie, poopalam się – stwierdza Renata.
Biorę plecaczek i nie tracąc więcej czasu, ruszam szybkim krokiem. Dworzec autobusowy zlokalizowany jest w północnej części miasta, to ponad 4 kilometry, ale przebieżka dobrze mi zrobi.
Bilety kosztują po 195 dirhamów (85 PLN), to całkiem sporo, nawet jeśli weźmie się pod uwagę wygodę przejazdu i sporą odległość.
W drodze powrotnej przystaję przy mężczyznach grających w warcaby. Siedzą po turecku na chodniku z podciągniętymi galabijami, a dwóch Arabów im kibicuje. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że plansza do gry jest narysowana kamykiem na płycie chodnikowej, a pola zaznaczone są zielonym kolorem przy użyciu roztartych liści. Jako pionów mężczyźni używają kapsli i kamyków. Co najciekawsze, po awansie piona na królówkę, nie jest on wymieniany, gracz tylko informuje o tym przeciwnika pukając w pion kilka razy palcem. Od tego momentu muszą pamiętać, który kamyk czy kapsel jest królówką. Pytam o pozwolenie i, zachęcony uśmiechem, siadam przy nich również po turecku. Partie rozgrywane są bardzo szybko, a liczba zwycięstw jest odnotowywana przez dokładanie kamyków na kupkę zwycięzcy. Jeden z graczy ma wyraźną przewagę, czasem dochodzi do ostrej wymiany zdań, w momencie, gdy piony są zbijane. Mam ochotę sfotografować tą miłą scenkę, ale gdy sięgam po aparat i gestem pytam o zgodę, gracze żywo oponują. Żegnam się i robię im zdjęcia z większej odległości.
Skręcam teraz w stronę bazaru. Dziesiątki sklepików w nich kolorowe sterty bluzek, manekiny odziane w dżinsy, zwoje dywanów, kilimy i narzuty rozwieszonych pod sufitem barwnych sukienek. I mnóstwo skórzanych butów lub raczej pantofli z kolorowymi wzorami haftowanymi kordonkiem. A także worki i kosze pełne przyprawam i orientalnych specjałów. Brakuje tylko tak charakterystycznego gwaru kupujących i pokrzykiwania sprzedawców. Większy ruch jest zapewne do południa. Ale i tak powiem: lubię te klimaty! Czuję rybi „aromat”. Zapach dochodzi dużej hali, w której znajduje się targ rybny. Tu też pustawo, klientów jak na lekarstwo. Ale ryby są! Małe, średnie, duże i olbrzymie. Cienkie jak węgorz i płaskie. Srebrne, czarne i różowo-czerwone. Zawsze w takich miejscach żałuję, że nie mogę kupić tych ryb. Bo przecież nie usmażę ich w hostelu. Są tu też półmetrowe homary. Niektóre wciąż żywe, poruszają szczypcami i długimi patykowatymi odnóżami. Wystarczy oglądania.
Dziś ciąg dalszy mistrzostw świata w piłce nożnej. Dziś gra, jak się okazuje, polska drużyna. W wielu miejscach: w kawiarniach, pizzeriach, w barach z kebabami siedzą Marokańczycy i oglądają mecz na ekranach dużych telewizorów. Właściciele dostarczyli dodatkowe stołeczki dla gości, tak że lokale pękają w szwach. Z ciekawością raz i drugi zatrzymuję się, patrząc na wynik spotkania drużyn Polski i Francji. W jednym z barów Marokańczycy zapraszają mnie do stolika. Przysiadam się. Kibice głośno komentują każdą akcję przeciwników, a po oddaniu strzału w kierunku bramki rozlegają się jęki zawodu bądź okrzyki zachęcające do kolejnych ataków.
– I am from Poland – mówię, wspomagając się gestami.
– Vive la Pologne! – odpowiadają mi chłopaki i poklepują po ramieniu.
– I have to go – żegnam się po chwili, muszę przecież jeszcze kupić chleb.
Na jednej z cichych uliczek mediny zaglądam do sklepu zwabiony zapachem pieczywa. Nie ma tu ruchu, zero klientów. Właściciel w samotności ogląda mecz w telewizji. Biorę "arabskie" chlebki i z przykrością stwierdzam, że mecz kończy się przegraną Polaków. Z tą wieścią wracam do Renaty.
– Trudno. Ale można się było spodziewać – stwierdza bez większej emocji.
Nie jesteśmy fanami piłki nożnej.
– Bilety mamy na jutro na godzinę 8:00. A co robimy teraz?
– Poszłabym jeszcze raz na plażę.
Spacerujemy po opustoszałej plaży. Jest tu zaledwie garstka antyfutbolistów, reszta Marokańczyków siedzi przed telewizorami.
– Pamiętasz, mówiliśmy, że pójdziemy do Doliny Ptaków? – przypomina Renata.
Faktycznie to jedna z niewielu atrakcji w mieście. Niestety w Agadirze brak spektakularnych zabytków, wspaniałych meczetów i pałacu. Trzęsienie ziemi, które nawiedziło Maroko w 1960 roku zniszczyło miasto, ale nie jestem pewien, czy wcześniej było w nim wiele atrakcji. W każdym razie przewodniki prócz Rajskiej Doliny i tych ogrodów z ptakami nie listują zbyt wielu miejsc wartych uwagi turystów. To jednak typowe miasto dla wczasowiczów.
Lokalizuję na mapie La Vallée des Oiseaux i ruszamy. Miejsce okazuje się parkiem czy też rzadkim lasem ogrodzonym ze wszystkich stron wysokim płotem. Znajduje się tu ponoć ptaszarnia, mini-zoo, są alejki i fontanny. Piszę ponoć, bo, jak się za chwilę okaże, park jest... zamknięty. Przez kraty próbujemy wypatrzeć jakieś ptactwo, ale poza ptakami krążącymi nad drzewami, nie widzimy tu żadnych zwierząt. Z informacji przy zamkniętej bramie wynika, że ogród jest w remoncie. Trudno. Zawiedzeni wracamy do hotelu. Bukuję pokój w Ouarzazate na jutrzejszą noc, zjadamy kolację i idziemy spać. Z pewnością nie zmarzniemy, kaloryfery odkręcone są na full.