Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Delta Dunaju-Galati

niedziela, 17 VIII 2003


Płynę w Deltę! |Nieznośne oczekiwanie |"Reu benzin", ale płyniemy! |Ptasi raj - jest super |Ciorba de peste |Rozliczam się |Przejazd do Galati: jest już późno... |Noc z Mołdawianami


Delta

Dziś dzień ma być specjalny i rzecz jasna - udany. Jadę, czy raczej płynę łódką w Deltę. To tak zwany Światowy Rezerwuar Przyrody obejmujący obszar o powierzchni sporego województwa. Teren prawie płaski, zalesiony, poprzecinany tysiącami kanałów i odnóg Dunaju. To ptasi raj: kormorany, pelikany, czaple, ibisy, warzęchy gnieżdżą się tu tysiącami. Nie wiem, ilu jeszcze gatunków można tu się doliczyć... To także raj dla wędkarzy i miejsce wypoczynku dla rumuńskich rodzin.

A zatem zamierzam oglądać te stada ptactwa. Zamierzam - to dobre słowo, gdyż sytuacja jest wciąż niejasna. Waruję na przystani już od godziny 8.00, jest 10.00... Co chwilę podchodzę do jakiegoś właściciela łodzi lub on podchodzi do mnie. Ceny mniej więcej są jasne 300.000 lei za godzinę. Problem polega na tym, że jestem sam i muszę czekać aż uzbiera się grupa. Niestety, kolejne łódki odpływają z kompletem pasażerów, widocznie umówionych wcześniej, a mnie wciąż zwodzą, że będzie grupa, lub bym sobie znalazł duo persone. Delta Wszyscy tu już mnie znają a ja powiedziałem, że jest mi wszystko jedno z kim popłynę. Długo targuję się ze szczeniakiem mającym do dyspozycji fast-boat - jeden z tych ślizgaczy, które tak ładnie wyglądają na "Policjantach z Miami". Chce 20€/h, później 20€/2h. To stanowczo za dużo dla mnie, nawet gdybym miał pogłaskać pelikana. O 11.00 nadjeżdża małżeństwo wraz z gościem, z którym również się umawiałem. Dochodzi do kłótni między obu właścicielami łódek. Ja decyduję się jechać z małżeństwem: 3-4 godziny za 15€ słyszę od nich. Dziwię się tej cenie, jeszcze nie wyczuwam podstępu.

Ładujemy się do łodzi i ku mojemu zadowoleniu na głównym kanale kierujemy się w górę Dunaju. I tu zgrzyt - dosłownie. Silnik zatrzymuje się, facet zaczyna cyrki ze świecą, powtarzając w kółko "reu benzin". Po kilku minutach ruszamy dalej, lecz siedząc na dziobie zamiast się relaksować i rozkoszować tym co widzę, jestem cały czas podenerwowny i poirytowany. A sytuacja z silnikiem powtarza się raz na kwadrans. Dobrze przynajmniej, że jest ładna pogoda. Brzegiem kanału spacerują bociany i białe czaple, nad nami przelatują pospolite rybitwy i mewy. Wpływamy do wąskiego, może 3-metrowego, krętego i zarośniętego wierzbami i trzciną kanału. Przez moment czuję się jak Malone z "Zaginionego Świata" A. Conan Doyla. O tym, że jestem w "cywilizowanej" części świata przypominają liczne butelki PET na brzegach - zdegradują się zapewne za milion lat - Rumun przecież nie sprzątnie śmieci - a już na pewno nie swoje. Delta

Jest dobrze: z wody co chwilę startują bączki, z krzykiem lecą parę metrów dalej i chowają się na pochylonym drzewie. Nasz "kapitan" pokazuje palcem stado pelikanów wykonujących zgodne ewolucje i nabierające wysokości w kominie cieplnym. Pierwszy raz widzę coś takiego i jestem tym zachwycony.
Wpływamy teraz na duże jezioro - na płytkiej wodzie dużo żółtych grążeli, po ich liściach skaczą żabki :-) Nieco dalej aż biało od rybitw. Samotnie przechadzają się czaple białe i nadobne. Pelikany musiały gdzieś wylądować, gdyż już ich nie widać na niebie. Podpływamy do pelikana-samotnika; cóż, spłoszony naszą obecnością ciężko podrywa się do lotu. Dużo zgrabniejsze są dzikie kaczki startujące niby Mirage.
Przez ukryty w trzcinie krótki kanał przepływamy na mniejsze lecz głębsze jezioro z niewielkimi trzcinowymi wysepkami. Lawirujemy między nimi a ja przy okazji wychylając się z łodzi poluję na pływające w wodzie w dużej ilości puste muszle skorupiaków. Są wśród nich muszelki spiralne, wydłużone jak wrzeciono i zwyczajnie zwinięte jak u winniczków. Żałuję, że nie mam lornetki - ale byłoby to dodatkowe obciążenie z którego świadomie zrezygnowałem. Łatwiej byłoby się przyglądać kormoranom małym siedzącym stadnie wśród uschniętych wierzchołków drzew. Delta
Łódka na moment przyspiesza i z rykiem silnika przedzieramy się przez trzcinę na inne jezioro z obstawą w postaci stada rybitw na zwisającym nad wodą konarze. Może pilnują sieci rybackich poustawianych tu w wielu miejscach? Robimy zgrabne kółko denerwując odpoczywające tu pelikany. Czasem i my odpoczywamy a nasz kierowca czyści świece tłumacząc "benzin". Czasem tuż przy łódce woda zakotłuje się - to ryby się rzucają w wodzie - są dość duże sądząc po ogonach i hałasie. Wracamy w towarzystwie rybitw spadających pionowo w pogoni za rybą lub też zwisających nieruchomo nad nami.

Małżeństwo podpuszczone przez faceta pyta, czy mam ochotę na zupę rybną - podobno wyjątkowo smaczną tutaj. Czy mam czas? Czas tak - chyba (bo doba hotelowa dawno się już skończyła - jest 14.00 a bety dalej mam w domku). Cumujemy przed ekskluzywnym czterogwiazdkowym hotelem "Kormoran". Ciorba de pesti - bagatela 70.000lei, chcę jeszcze mamałygę 50.000, co wzbudza nieco zdziwienia. Została bowiem potraktowana, podobnie jak inne zamówione sosy - jako dodatek do zupy. Heh, oto i zupa - najpierw na salę wjeżdża półmisek z pokawałkowanym ponadpółmetrowym sumem. Osobno sama zupa - wywar z tego pechowca. Odpowiedni smak zupy - początkowo mało gęstej, uzyskujemy dobierając ze wspólnych salaterek ów piekielnie ostry sos paprykowy lub równie zabójczy sos czosnkowy i moją mamałygę. Do tego zagrycha z chleba i długich, wąskich papryczek. Na koniec rozgrabiamy półmisek - nasz kierowca wybiera to co najlepsze - kawał głowy z oczami i wąsami. Ja zadowalam się jednym dzwonkiem. Uff... objadłem się (110.000). Delta

Na kanale prowadzącym do kempingu chłopak od fast-boat popisuje się swoją maszyną. Na brzegu stresujące chwile. Daję przewoźnikowi 400.000lei (11€) tłumacząc, że straciliśmy 1 godzinę na naprawy silnika. Przyjmuje to, ale chłopak od ślizgacza jest czujny i chce bym zapłacił 15€. A więc to tak! Te extra 5€ miało być za odstąpienie klienta... O nie, moi panowie. Nic mnie nie obchodzą wasze rozliczenia. Chłopak wyklina po rumuńsku ale nie ustępuję.
Do Tulczy jedziemy we czwórkę samochodem małżeństwa - sami zaproponowali mi podwiezienie wcześniej. Miło, że mnie zabrali ale mam żal, że rozumiejąc treść wcześniejszej kłótni przewoźników, tę wiedzę zatrzymali dla siebie.

W Tulcea jestem dopiero o 16.30. Rzecz jasna zero połączeń kolejowych z Suczawą o tej porze, idę na autobus do Galati (75.000). Jadąc w niemiłosiernie zatłoczonym lokalnym autobusie "odkrywam" dla siebie całkiem ciekawe pasmo gór M. Macinului, niby niewysokie bo do 460m, ale jakie wysokości względne! Autobus ledwo wjeżdża na niektóre odcinki. Kurs kończy się przed Dunajem - dodatkowa komplikacja - nie ma tu mostów, muszę kupić bilet na prom (6.000). Jeszcze transport na dworzec kolejowy (5.000). Jest już późno i zdaję sobie sprawę, że znalezienie połączenia z Buzau, bym mógł tam złapać nocny pociąg o 23.00 do Suczawy graniczy z cudem. Na dworcu w Galati porzez dobrą godzinę męczę panienkę z informacji, każąc jej wyszukiwać najbardziej skomplikowane warianty z przesiadkami. Nie mogę uwierzyć, że jedyne realne połączenie mam dopiero rano. O 23.00 poddaję się i kupuję bezpośredni bilet do Suczawy (245.000, accelerat). Miejscowy tajniak jest wyjątkowo uprzejmy dla mnie: "Mister! What can I do for you?", proponuje spędzenie nocy w poczekalni I klasy (a tak!, są tu takie) Delta

Czas spędzam początkowo grając w kółko i krzyżyk z jakimiś chłopakami na gigancie (ok. 12 lat; nigdy nie byli w stolicy), później rzeczywiście przenoszę się do lepszej poczekalni, gdzie nocuje rodzina Mołdawian: Joan, Tatiana i śpiący już Kris. Niewinne "Would you like to talk with me?" przeradza się w trzygodzinną arcy-ciekawą dyskusję. Rozmawiam z Joanem - wykształconym i znającym Polskę i Niemcy 30-latkiem - o wszystkim, ale przede wszystkim o problemach wewnętrznych Mołdawii, o przemianach w rolnictwie, o prywatyzacji. Ilość problemów etnicznych jak na tak mały kraj jest zaiste olbrzymia. Po pierwsze Republika Transdniestrzańska (Zadniestrzańska) popierana przez Moskwę, z własnymi władzami, parlamentem, walutą i siłami zbrojnymi. I pomyśleć, że Mołdawianie, żeby przejechać do Tiraspola - ośrodka administacyjnego tej samozwańczej, nieuznawanej na zewnątrz republiki, muszą okazywać paszport na jednym z dwóch przejść granicznych! Czuję się dziwnie - jakoś nie pamiętam, by w polskich massmediach ten konflikt wewnętrzny był nagłośniony - a przecież w 1992 roku w ciągu kilku miesięcy zginęło tu 10.000 osób po obu stronach (tak przynajmniej twierdzi Joan). Dalej - konflikt etniczny związany z narodowością Gagauz - potomkami osadników tureckich z czasów imperium Osmańskiego. Mołdawskie tłumaczenie tej tureckiej nazwy - "sprzedawczyki" dobrze oddaje stosunek Mołdawian do tej nacji szczodrze finansowanej przez Turków. Dalej - spory graniczne z Ukrainą zakończone wymianą odcinka autostrady i linii kolejowej. Konflikt z Cyganami w północnej Mołdowie i z mniejszością bułgarską na południu w okolicach Causani. O terenach nadmorskich na południe od Tarutyne lepiej w ogóle milczeć.
Delta A rolnictwo i prywatyzacja, w wyniku której 93% terenów rolnych zostało rozparcelowanych na 2-3 hektarowe gospodarstwa między kołchoźników i nie tylko? To po prostu cios w serce w podstawy ekonomiczne kraju, który miał się transformować. Szkoda, że ten biedny kraj nie ma właściwie nic - poza kilkoma monastyrami i podziemnymi składami wina w kopalni soli pod Cricovą - do zaoferowania turystom. A do tego jeszcze wizy.. Ech!
O trzeciej mówię dobranoc i zasypiam. Joan walczy z karaluchami.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej