Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Tokio

sobota, 21 V 2016


Metro, kolejka i pociągi | Japoński koloryt | Pierwsza gejsza | Zabawne tanuki i praktyka mizuko-kuyō | Czy tabi pasuje do geta? | Królowie Niebiescy | Japończycy wróżą | Parę słów o kabuki | Jeszcze więcej świątyń | W drodze do zoo | Tabliczki wotywne | "To mój ulubiony malarz!" | Podziwiamy dzieła europejskich mistrzów | Japońskie cacka | Ależ one są pocieszne! | Trzewikodzioby i pieski preriowe | Głodne pelikany | Tokijskie drapacze chmur | Sztuka tworzenia haiku


Dziś w planach zwiedzanie Tokio. Oczywiście nie da się tego zrobić w ciągu jednego dnia, ale też podzielimy poznawanie miasta na dwie części: jeden dzień na początek i dwa dni na koniec. Wybieramy się do sławnego ogrodu botanicznego w Ueno i do świątyni Asakusa i być może muzeum sztuki. Generalnie unikam wizyt w ogrodach zoologicznych, mam traumę z dzieciństwa po wizytach w krakowskim zoo, z którego zapamiętałem śmierdzące klatki dla zwierząt. Podobnie mam zresztą z ogrodami botanicznymi – wychodzę bowiem z założenia, że ogród botaniczny najczęściej ma gatunki drzew i innych roślin, które nie występują na danym terenie. A przecież chcę poznać przyrodą miejscową. Czasem robię wyjątki, zwłaszcza gdy ZOO albo ogród botaniczny są szeroko reklamowane jako wyjątkowe. O tokijskim zoo słyszałem dużo dobrego, a ponieważ Anka też optowała za wizytą, to zdecydowaliśmy się je poznać.

Opuszczamy nasz hotelik i płacąc za przejazd metrem kartą Suica, podjeżdżamy najpierw do dzielnicy Asakusa. Tu muszę powiedzieć, że stacje metra są czasem zintegrowane z dworcami kolejowymi i chociaż metro jeździ po oddzielnych torach, to trzeba uważać, żeby się nie zgubić. Linie kolejowe i metra są oznaczone kolorami, ale początkowo nie potrafię odróżnić tych informacji zawartych na wyświetlaczach i piktogramach. Jedno trzeba przyznać: panuje tu niesamowity porządek. Wszyscy bez wyjątku pasażerowie, jadący schodami ruchomymi, trzymają się lewej strony, natomiast przed wejściem do wagonów metra tokijczycy ustawiają się w kolejkach w wyznaczonych miejscach oznakowanych strzałkami na podłodze peronu. Tor kolejowy metra jest oddzielony od peronu barierkami z przesuwnymi drzwiami. Pasażerowie zazwyczaj czekają, aż inni opuszczą wagon metra i dopiero wtedy wchodzą do środka.

W dzielnicy Asakusa po raz pierwszy widzimy japoński koloryt. Zaczynamy od Kaminari-mon (Brama Grzmotów) – pierwszej bramy prowadzącej do świątyni Sensō-ji. Pierwotna brama została wzniesiona w 941 roku z rozkazu Kinmasy, jednego z wczesnych dowódców klanu Taira (Taira no Kinmasa). Później brama była wielokrotnie niszczona: a to jakiś pożar, a to jakaś wojna… Dla niepoznaki bramę odbudowywano za każdym razem w innym miejscu.

– O, już widać królów niebiańskich – mówię, podchodząc bliżej.

– Królów niebiańskich? – zaciekawia się Anka.

– Zazwyczaj przy bramie prowadzącej do głównej świątyni buddyści umieszczali posągi swych bogów, tak zwanych Czterech Królów Niebiańskich. Uosabiają różne żywioły. Widziałem to już kiedyś w Mongolii a potem w Chinach.

Faktycznie, w dwóch zadrutowanych gankach po południowej stronie bramy widoczne są drewniane, malowane posągi. Po prawej, stoi Fūjin (風神), bóg wiatru. To jeden z najstarszych szintoistycznych bogów. Przedstawiony jest jako demon o odrażającym wyrazie twarzy. Muskularny humanoid ma zieloną skórę, sterczące w górę „płomienne” rude włosy, na ramionach ma zarzucony worek z wiatrami. Po lewej stronie od przejścia ustawiono posąg Raijina (雷神), boga piorunów i burz. Podobnie jak jego brat (ten od wiatrów) ma atletyczną budowę i przedstawiony jest z zawziętą, przerażającą miną. Wywija młotkami trzymanymi w rękach, uderzając w otaczające go bębny taiko. Bez wątpienia postrach dzieci. Mówią, że podczas burzy matki każą dzieciom zasłaniać pępki, by Raijin je nie porwał i nie zjadł… W przejściu zawieszony jest wielki 4-metrowej wysokości lampion zwany chōchin. Po północnej stronie bramy znajdują się mniej spektakularne posągi: buddyjskiego boga Tenryū i bogini Kinryū.

Po drugiej stronie bramy wkraczamy w inny świat, bardziej tradycyjny i… komercyjny. Idziemy ulicą Nakamise-dori, to właściwie deptak z małymi sklepikami. Są jeszcze pozamykane, jest przecież dopiero 8:00 godzina. Wzrok nasz przyciąga morze szyldów i banerów w języku japońskim. Przypomina mi się moje pierwsze zetknięcie z chińską ulicą w Yinningu. Tam, po prostu, zostałem przytłoczony, wręcz obezwładniony ilością i wielkością napisów w niezrozumiałym języku i alfabecie. Tu, na tej spokojnej o tej porze ulicy, przechodnie, nie spiesząc się, spacerują po deptaku, sklepikarze otwierają drzwi i podnoszą żaluzje. Sobotni poranek.

– Gejsza – mówi ściszonym głosem Anka, widząc kobietę w tradycyjnym stroju.

Trzydziestoletnia kobieta ubrana jest w niebieską suknię sięgającą kostek i przepasaną równie wzorzystym pasem obi (帯) o szerokości 30 centymetrów. Pas tworzy na plecach rodzaj poduszki, wygląda to trochę zabawnie. Kobieta idzie w klapkach i w skarpetkach tabi (足袋) specjalnie wydzierganych z wgłębieniem na palucha. Ma ze sobą torebkę i siatkę na zakupy.

– Zrobiłeś zdjęcie? – dopytuje Anka.

– Tak, kilka.

Uśmiecham się w myśli. Wiem, że wiele osób krępuje się robić zdjęcia mieszkańcom podczas wyjazdów. Wracają do domu ze zwykłymi widoczkami i… z selfie. Ewentualnie fotografują to, co dostali na talerzu w knajpie. Cały koloryt scenek ulicznych pozostawiają w ulotnej pamięci. Odkąd używam aparatów z ultrazoomem nie przejmuję się tym, czy wypada czy nie wypada robić komuś zdjęć.

W oddali już widać Sensō-ji – najsławniejszą świątynię w Asakusa. Po drodze przyglądamy się architekturze domów czy raczej willi skrytych w ogrodach. Ich dachy pokryte są charakterystyczną dachówką, a w narożnikach umieszczono również charakterystyczne rzygacze. Trafiamy na Chingodō (鎮護堂), szintoistyczną świątynię zwaną też Otanuki-sama. Jej patronem jest tanuki (狸). Nie wiecie, co to takiego? Też początkowo się nad tym zastanawiam. Angielskie tłumaczenie „racoon-dog” sugeruje, że chodzi o szopa pracza. Jednak rzut oka na drewniane postacie zwierzaka ustawione obok świątynki rozwiewa wątpliwości. Tanuki to jenot azjatycki (Nyctereutes procyonoides), zwany czasem lisem japońskim lub szopem ussuryjskim. Tanuki ma zaokrąglone uszy przylegające do ciała, podczas gdy uszy "zwykłego" szopa pracza (Procyon lotor) są odstające i szpiczaste. Tanuki odgrywa ważną rolę w kulturze Japonii. Uosabia psoty, figle i… udawaną niewinność. Mianem tanuki-gao (狸顔) Japończycy określają wyraz twarzy kogoś, kto udaje niewiniątko. Mógłby ktoś zapytać, po co było budować świątynie dla jenotów. Otóż te sympatyczne zwierzątka wchodziły często do mieszkania głównego kapłana świątyni Sensō-ji, zanieczyszczając swymi odchodami maty tatami. Denerwowało to (łagodnie mówiąc) gospodarza. Pewnej nocy przyszedł do niego we śnie tanuki i obiecał, że ochroni jego rezydencję przed ogniem i przyniesie dobrobyt na zawsze, pod warunkiem zbudowania świątyni poświęconej tanuce. Skromna świątynia stanęła w 1883 roku, tanuki zaś dotrzymał swojej części umowy: zarówno rezydencja kapłana, jak i świątynia tanuki przetrwały pożar po wielkim trzęsieniu ziemi w Kanto w 1923 r. i amerykańskie bombardowanie w 1945 r.

Podchodzimy pod posąg Mizuko Jizo, czyli Buddy Jizo, japońskiego odpowiednika bodhisattwy Ksitigarbha, opiekuna dzieci, podróżnych i ciężarnych kobiet. Kamienny posąg ubrany jest w czerwoną wełnianą czapeczkę i takąż czerwoną narzutkę. W ręku dzierży dzieciątko również ozdobione czerwoną czapeczką, a u jego stóp stoi sześcioro miniaturowych dzieci. Jizo jest również patronem dzieci nienarodzonych. Do niego modlą się kobiety, które straciły dziecko lub poddały się aborcji. Zwyczaj, czy też ceremonia mizuko-kuyō (水子供養) jest rozpowszechniony w Japonii i praktykowany w różnych w świątyniach japońskich, ale również w prywatnych domach. Rodzice składają ofiary materialne (datki, zabawki) lub niematerialne (czytanie sutr), wznoszą prośby o boską ochronę i szczęście w następnym świecie. Popularność zwyczaju jest wzmacniana przez przekonanie, że jeśli rodzice nie modlą się o ich reinkarnację, a tylko opłakują je samolubnie, to ich zmarłe lub nienarodzone dziecko znajdzie się w sai no kawara, na brzegu mitycznej rzeki Sanzu, czyli w lokalnym piekle. Będzie tam bez końca budować świątynie z piasku, niszczone nieustannie przez demony. A ponieważ problem dotyczy potencjalnie każdego Japończyka (ponoć 300 tysięcy rocznie aborcji dokonywanych jest w tym kraju), nie należy się dziwić, że Jizo stał stał się tutaj drugim co do popularności (po Kannonie) bóstwem buddyjskim.

Idziemy dalej deptakiem. Sprzedawcy wystawili już przed sklepami stoiska z pamiątkami, wśród nich królują tandetne plastikowe maskotki, kolorowe słodycze i papierowe wachlarze. Na chodniku wystawiono też stojaki ze skarpetami tabi. Białe skarpetki noszone do sandałów stały się kiedyś w Polsce symbolem elegancji, a następnie wsiowego obciachu. Dziś znowu się to zmienia. Tu, w Japonii, białe skarpetki tabi (足袋) są jednym z elementów tradycyjnego japońskiego stroju kobiet i mężczyzn oraz ważną częścią kultury. Zostały zaprojektowane do noszenia z sandałami zōri (草履) lub drewnianym obuwiem geta (下駄) w XVI wieku, a największą popularność zyskały w epoce Edo (1603-1868). Dzisiaj skarpetki z jednym palcem zakładane są nie tylko do kimona czy yukaty, lecz także do codziennych stylizacji. Moda skarpetkowa i w Japonii jest zmienna, kiedyś dominował kolor biały, dziś nosi się tabi zarówno czarne jak i kolorowe. Dziewczęta lubują się we wzorzystych tabi – często z wizerunkami pokemonów lub innych infantylnych elementów.

Na końcu ulicy widać już wysoką, 53-metrową pagodę. Jej pięć poziomów symbolizuje pięć elementów buddyzmu japońskiego: ziemię (chi), wodę (sui), ogień (ka), wiatr () oraz pustkę lub niebo (). Po raz pierwszy została zbudowana w 942 roku przez wspomnianego wcześniej dowódcę wojskowego, Taira no Kinmasa. Uśmiecham się w myśli. Odnoszę bowiem wrażenie, że tu, w Japonii, wszystkie budynki były wznoszone po raz pierwszy, po raz drugi… i po raz ostatni. A w międzyczasie były burzone, palone, niszczone… Po raz ostatni pagoda została odbudowana w 1973 roku dzięki datkom wierzących z całego kraju. Spoczywające tu prochy Buddy – Busshari – były przekazane w darze od królewskiej świątyni Sri Lanki. Na jej szczycie znajduje się charakterystyczny dla świątyń buddyjskich szpic złożony z ośmiu krędgów i miedzianej kuli ponad złocistym wzorzystym ażurowym elementem.

Ale zanim podejdziemy do pagody, na naszej drodze staje wielka, 23-metrowej wysokości brama Hōzō-mon (Brama Skarbiec). W przejściu powieszono trzy gigantyczne lampiony, z których środkowy mierzy niemal 4 metry wysokości i waży ponoć 400 kilogramów.

– Ko… bu… na… chō – udaję, że odczytuję wielkie hieroglify na lampionie (小舟町).

Wiem, że to właśnie mieszkańcy miasta Kobunachō w 2003 roku ufundowali ten lampion.

Chociaż brama wygląda na zabytkową, jest młodsza ode mnie. Została zbudowana w 1964 roku za kasę Yonetarō Motoya. Niestety, Japończycy, podobnie jak się mogłem przekonać wiele lat temu mieszkańcy Państwa Środka, mają skłonność, czy też tendencję do budowania lub odbudowywania świątyń w podobnym stylu – w tym wypadku w stylu wczesnej epoki Edo (1603-1868). Powoduje to, że mało doświadczony turysta nie potrafi swym niewprawnym okiem rozpoznać epoki, poprawnie podać datowania budowli. Obiecywałem sobie wielokrotnie, że podszkolę się w tym zakresie, ale wciąż nie umiem rozpoznawać dalekowschodnich epok.

Pierwotnie brama zbudowana została w 942 roku przez Taira no Kimimasa, ale później, jako że była drewniana, ulegała wielokrotnie destrukcji, między innymi w 1649 roku. Odbudowana jako dwukondygnacyjna budowla została całkowicie zniszczona w czasie Wielkiego Nalotu w 1945 roku. Później Japończycy poszli na łatwiznę i w 1964 roku odbudowali bramę... z żelazobetonu. Tyle historii. Dodam tylko, iż od tamtego czasu w bramie przechowuje się święte pisma – między innymi kopię mahajanistycznej Sutry Lotosu Mistycznego Prawa (Myōhō Renge Kyō) powstałej między I w. p.n.e. a II w. n.e. oraz zbiór pism buddyjskich Issai-kyō, a także inne skarby świątynne.

W przejściu pomiędzy czerwonymi kolumnami ustawiono po lewej i po prawej stronie dwie drewniane ponadnaturalnej wielkości statuy. Znajdują się za metalową siatką chroniącą raczej przed gołębiami niż przed ludźmi. To straszliwi, muskularni "królowie niebiańscy", strażnicy Niō (仁王), których sama mina powinna wystraszyć wszystkich. Stojący po prawej Misshaku Kongō (密迹金剛) ma otwarte usta symbolizujące dźwięk „a” – pierwszego grafemu alfabetu devanāgarī (अ). Druga postać, po lewej, to Naraen Kongō (那羅延金剛), którego zamknięte usta symbolizują dźwięk „hūm” ostatniego grafemu (ह). Ci dwaj strażnicy Dharmy (dharampala) są więc nie tylko manifestacjami bodhisattvy Vajrapāṇi, ale też symbolami narodzin i śmierci, początkiem i końcem wszechrzeczy (tak jak alfa i omega w tradycjach zachodnich).

Oglądając te postacie i doczytując informacje na ich temat, uświadamiam sobie, że teraz lepiej rozumiem znaczenie i symbolikę bóstw i demonów, które spotykałem w buddyjskich i taoistycznych świątyniach nad jeziorem Dian Chi w Chinach. No cóż: podróże kształcą!

Przechodzimy na drugą stronę bramy.

– Poczekaj! – zwracam się do Anki – Co to może być?

Na północnej ścianie Hozo-mon zawieszone są dziwne, wykonane ze słomy przedmioty. Ach! To przecież gigantyczne waraji, słomiane kapcie. Widziałem je wcześniej na straganie, lecz te, przy bramie, mają 4,5 metra długości! Są wykonywane i ofiarowane świątyni raz na 10 lat. Mówi się, że powieszone waraji odstrasza demony, a dotknięcie ich łagodzi wszelkie dolegliwości związane z nogami i plecami. Teraz rozumiem, skąd tu pod ścianą tyle starszych osób!

Przed nami otwiera się teraz widok na spory plac z dominującą pośrodku główną świątynią Senso-ji. Ale zanim do niej podejdziemy uważnie rozglądamy się wokół. W pobliżu bramy znajduje się szereg pawilonów, między innymi budynek wielkości kiosku, w którym można sobie powróżyć. Wystarczy delikatnie wstrząsnąć pudełko kilka razy i wyciągnąć patyczek z numerkiem. Następnie należy pobrać kartkę z szuflady oznakowanej tym numerem i przeczytać sobie proroctwo. Wróżby te zwane są o-mikuji (おみくじ). Jeśli wróżba jest niepomyślna, karteczkę należy tu pozostawić, przywiązując ją do stojaka. Dobrą wróżbę można natomiast wziąć do domu. Jednakże, jak poucza zwyczaj, dobra wróżba nie powinna skłaniać do beztroski, a zła do obawy. W obu przypadkach należy postępować jak najlepiej. Wezmę to sobie do serca – bez wróżenia!

Obok kolejna atrakcja: jokoro, duża kadzielnica; to przykryty daszkiem wielki kocioł wykonany z brązu. Do wypełniającego go piasku religijni Japończycy wtykają zapalone kadzidełka i modlą się przed nimi, wdychając „oddech boga”. Dym kadzideł, jak wiadomo, oczyszcza: z robaków i złych myśli. Stąd ich popularność w świątyniach buddyjskich. Ale warto pamiętać, że zwyczaj to nie (aż) tak stary. Kadzielnice przywędrowały do Japonii z Chin pod koniec ery Sengoku, czyli w XVI wieku.

Kilka kroków dalej mamy możliwość uczestniczenia w kolejnej japońskiej tradycji. Oto przy wodotrysku z ośmioma strumyczkami wody spływającej do korytka wokół wodotrysku ustawił się tłum, młodych na ogół, Japończyków. Wodotrysk czy też może fontanna zwana tu temizuya ozdobiona jest dwumetrową figurą bóstwa wspartego na kiju z jakimś gadzim zwierzęciem na głowie. To posąg Sasary Ryuo, opiekuna wód, autorstwa Kōuna Takamury. Japończycy, używając metalowych chochelek, wykonują jakieś, niewidoczne początkowo dla mnie, czynności. W chwilę później staje się to jasne. To umywalnia, często stawiana przed wejściem do kaplic i świątyń, w której wierni mogą umyć ręce i przepłukać usta. Prawidłowa metoda ablucji polega na nabraniu chochlą wody wypływającej z paszczy smoka, umyciu lewej i prawej dłoni, następnie nalaniu wody do lewej ręki w celu przepłukania ust. Po ponownym umyciu lewej ręki trzyma się chochlę w pozycji pionowej i pozwala, by woda spłynęła w dół. Fajne.

Podchodzimy teraz do głównej świątyni, Kannon-dō. Już z daleka widoczny jest niesamowicie zdobiony, złoty ołtarz, w którego centralnej części znajduje się przepiękny, haftowany paw. Gdyby jednak zajrzeć za tę tkaninę ujrzelibyśmy wielką… swastykę. Ten stary symbol szczęścia znajduje się zresztą na sporym kamiennym naczyniu postawionym na ołtarzu.

Wokół ustawiono świece oraz powycinane z metalu, złocone kwiaty. Po bokach stoją niewielkie złote posągi boddhisattwów. Wokół pełno świeżych kwiatów, a z sufitu zwisają dwa rzędy białych lampionów. W głębi sali za ołtarzem można zobaczyć gokūten, pomieszczenie, gdzie przechowywany jest wizerunek Kannona-sama. Wizerunek ten znany jest jako gohibutsu; niestety nie jest on pokazywany publiczności, nawet wiernym.

Przed bramą gromadzi się tłum. Miejsce najwyraźniej darzone jest przez japońskich buddystów czcią i szacunkiem; widać na twarzy skupienie, nikt nie śmieje się, ani głośno nie rozmawia. Na lewo i prawo, po obu stronach świątyni znów trafiamy na szufladki z wróżbami o-mikuji. Nie wiem, co przyciąga tu Japończyków: prawdziwa potrzeba poznania swojej przyszłości, czy też traktują te wróżby jako zabawę, tak jak my andrzejkowe wróżenie z lanego wosku. Ale z pewnością poważnie do wiary przodków podchodzi starszy mężczyzna, który zamarł w kilkuminutowym pokłonie przed kamiennym pomnikiem Buddy ustawionym na zewnątrz.

Pomiędzy świątyniami znajduje się pokryty zieloną patyną pomnik wojownika. Szogun jest przedstawiony w bardzo dynamicznej pozie. W obu dłoniach dzierży katany i ma bardzo groźną miną.

– Ciekawe, co to za władca Japonii był?

Niestety podpis na pomniku jest tylko po japońsku, ale szybko się orientuję, że to pomnik poświęcony twórcy i czołowemu aktorowi teatru kabuki, Ichikawie Danjūrō IX (1838-1903), który zasłynął z roli samuraja Kamakury Gongorō z epoki Heian w słynnej sztuce kabuki pt. „Shibaraku”. Postać ważna w nowoczesnej historii Japonii. Danjūrō IX żył w erze Meiji, „epoce światłych rządów”, czyli okresie w którym Japonia przekształciła się z izolowanego społeczeństwa feudalnego w nowoczesny, uprzemysłowiony naród. Danjūrō IX, tworząc klasyczny dramat taneczny niejako przeciwstawiał się ogarniającej kraj westernizacji i marginalizacji japońskiej kultury.

Tuż obok, na niewielkim placyku otoczonym kamieniami, rośnie olbrzymi miłorząb (Ginkgo biloba). To właściwie kikut wysokiego ongiś drzewa. Takich ponad 200-letnich pomników przyrody jest tu więcej, ale warto wiedzieć, że w południowej części Tokio obok wiekowej świątyni Zenpuku-ji rośnie najstarsze drzewo w mieście - również miłorząb – liczące niemal 800 lat. Notabene stylizowany liść miłorząb – shinboru – jest symbolem metropolitalnego Tokio.

Spacerujemy jeszcze długo między pawilonami i świątyniami w Asakusa. Wśród nich, za skromnym kamiennym torii, trafiamy na świątynkę Trzech Bóstw, Sanja-sama (Asakusa-jinja). Przed złymi demonami strzeże ją para kamiennych „koreańskich lwów”*/. To skrzyżowanie lwów i psów, zwane w Japonii komainu (狛犬) jest reprezentacją yin i yang (w Japonii: in-yō). I tak jak strażnicy Niō, jedna z bestii (po prawej) ma otwarty pysk, druga (po lewej) – pysk zamknięty. Chyba nie muszę tłumaczyć, które z tej pary jest samicą, a które samcem?

W przeciwieństwie do głównej świątyni, ta jest szintoistyczna. To przykład koegzystencji obu głównych religii w Japonii, synkretyzmu shintō-buddyjskiego. Świątynia, a raczej chram, jest poświęcona trzem fundatorom. Dwóch z nich, w 628 roku, wyłowiło posąg bodhisattvy Kannon (a właściwie Kannony, gdyż to postać żeńska) z rzeki Sumido przepływającej przez Tokio. O znalezisku rybaków dowiedział się bogacz Haino Matsuki i umieścił posąg Kannon w małej świątynce. Wydarzenie było na tyle ważne w życiu braci, że nawrócili się na buddyzm. Ostatecznie zostali deifikowani. Bracia zrobili więc karierę lepszą niż apostoł Piotr, który awansował z rybaka „zaledwie” na świętego.

Budynek jest wybudowany w stylu gongen-zukuri w czasach wczesnej epoki Edo. I podobnie jak w europejskiej architekturze barokowej, styl tutejszego chramu cechuje się nagromadzeniem dekoracyjnych detali. Haiden (拝殿) – budynek poświęcony modłom i obrzędom kultowym jest parterowy, przykryty dwuspadowym dachem podobnym do innych dachów w kompleksie Asakusa. Podtrzymywany jest czerwonymi słupami o kwadratowym przekroju. Wokół budynku biegnie pas drewnianych paneli z wymalowanymi kolorowymi postaciami zwierząt. Ściany wewnątrz sanktuarium również ozdabiają malowidła mitycznych stworzeń, m.in. feniksów i smoków. Sufit jest kasetonowy, niezwykle barwny. Ołtarz jest zaskakująco skromny. Z boku postawiono na stojaku wielki drewniany bęben, z sufitu zwisają haftowane złotem szarfy i sztandary.

Za budynkiem znajduje się honden – główny pawilon, w którym przebywają kami i przechowywane są święte przedmioty. Tam, oczywiście, nie mamy wstępu. Przebywać tam mogą wyłącznie kapłani lub… cesarz**/.

A oto maleńka buddyjska świątynka: jest wielkości kiosku Ruchu, usytuowana na platformie z ganeczkiem, prowadzi do niej kilka stopni. Zenizuka Benzaiten zbudowana jest w stylu tsuremitsudo (druga połowa okresu Kamakura) i pomalowana na tradycyjny ciemnoczerwony kolor. Nad schodami umieszczono kolorowy ażurowy drzeworyt przedstawiający żonę smoka. A nad nią – swastykę. Na dachówkach okapowych można dostrzec graficzną reprezentację imienia Tomoe – symbol przypominający trzy kijanki. To Benzaiten jest jednym z Siedmiu Szczęśliwych Bogów i bóstwem chroniącym buddyzm. A przy okazji opiekun sztuk performatywnych i nauki. Może zapamiętam.

Obok znajduje się kilka jeszcze mniejszych świątynek, czy też kaplic hokora (祠). Znajdują się w nich znajduje posągi Jizō-bosatsu (地蔵菩薩). O tym, że są stare i cieszą się dużym uznaniem, może świadczyć starta, jakby zniszczona przednia powierzchnia jednego z posągów – to efekt ciągłego pocierania bóstwa małymi kamyczkami. W nieco większej kapliczce, za drewnianą kratą umieszczono posągi Ebisu (恵比須)i Daikoku-tena (大黒天), przy czym ten drugi jest zdaje się hinduistycznym importem.

Nie powiedziałem jeszcze o jednym. Wiosna tu w pełni! Kwitną wokół kwiaty i krzewy, a wszystko jest pięknie urządzone na kształt japońskiego (a jakże!) ogrodu. Spacerujemy więc wśród rabatek i kompozycji z głazów, pomiędzy którymi szemrze strumyczek, słoneczko przygrzewa, a ptaszki śpiewają. Jest świetnie!

– O, riksza! – mówi Anka, wskazując dwukółkę – Pamiętasz, jak jechaliśmy w Kalkucie na dworzec?

Pewnie że pamiętam! Wówczas w Kalkucie trwał strajk komunikacji miejskiej, a my musieliśmy zdążyć na pociąg jadący do Siliguri.

– Tak. Ale tamten Hindus nie miał za bardzo sił, by nas uciągnąć – zauważam.

Istotnie, chłopak, który stoi przy rikszy z młodą japońską rodzinką, ma ze 25 lat, wielkie bicepsy i muskularne nogi. Z pewnością poradzi sobie z uciągnięciem rikszy. Tutaj te pojazdy służą raczej rozrywce, są atrakcją turystyczną, a nie zwyczajnym środkiem transportu, jak w niektórych regionach Indii.

– Gdzie teraz idziemy? – pyta Anka.

– Podjedziemy metrem do stacji Ueno. Tam znajduje się Muzeum Narodowe Sztuki Zachodniej, a potem pójdziemy do zoo.

Transfer odbywa się sprawnie. Jeszcze parę dni i będziemy czuć się tokijczykami.

Wychodzimy z podziemi metra i natychmiast trafiamy na wielkomiejski zgiełk. Wzdłuż alei Chuo-dori pędzą samochody, w oczy kłują wielkie reklamy. Mnie najbardziej rzuca się w oczy wysoki, lecz bardzo wąski budynek narożny. Sto metrów dalej znajduje się wspomniane muzeum. Ale zanim do niego dojdziemy przystajemy na sporym placu z pomnikiem Saigo Takamori. Anka siada na chwilę przy fontannie w postaci ściany ze spływającą wodą.

– Zrób mi tu zdjęcie!

Jasne. Pamiątka musi być. Jesteśmy trochę zmęczeni i chwila wytchnienia się należy – zwłaszcza mojej towarzyszce podróży.

– Zanim pójdziemy do tego muzeum, proponuję spacer po parku. Tam jest jeszcze trochę świątyń do oglądania. Jeśli masz siłę.

– Tak, chodźmy.

Na szczęście nie musimy nosić ze sobą bagażu. Ja mam mały plecaczek, Anka – torebkę. Idziemy.

W parku przyjemna atmosfera. Przekwitły już w Tokio wiśnie, ale kwiatów na innych drzewach wciąż sporo. Po przejściu kilkudziesięciu metrów dochodzimy do świątyni Kiyomizu Kannon-dō. Zbudowana jest na kilkumetrowym podwyższeniu, prowadzą do niej schodki. Jak wiele innych świątyń buddyjskich jest pomalowana na ciemnoczerwony kolor, ma dwuspadowy dach z charakterystycznymi dachówkami okapowymi. Na krawędzi kalenicy i końcach okapów znajdują się typowe ozdoby, m.in. smoki. Krokwie ozdobione są drewnianymi, „złoconymi” elementami z motywami roślinnymi i swastykami. Podobnie jak w Asakusa, przed świątynią znajduje się zadaszona umywalnia z blaszanymi chochelkami oraz stojaki z wetkniętymi wróżbami o-mikuju. Z tego, co się zorientowałem, wróżby dzielą się na dobre, kichi (吉, szczęście) i złe, kyou (凶, pech). Aby ułatwić sytuację i zapobiec totalnej euforii lub totalnej depresji, szczęścia i pechy dzielą się na „wielkie” „średnie” i „małe”. A dodatkowym atrybutem może być określenie „przyszłe”. Wróżyć sobie nie będę, ale liczę na 末小吉, czyli „przyszłe małe szczęście”.

Tu po raz pierwszy spotykamy się z szintoistycznym zwyczajem ema (絵馬). W epoce Nara, czyli ponad 1300 lat temu, ofiarowywano świątyniom (np. z okazji ślubu lub w intencji zwycięstwa w bitwie) konia (馬), czasem ograniczano się do przekazania konia na obrazku (絵). Dziś jakby koni mniej, za to próśb i życzeń więcej – wypisywane są na drewnianych deseczkach (do kupienia w chramie, rzecz jasna) i wieszane na stelażu ustawionym przed świątynią. Tu, przed Kiyomizu Kannon-dō, powieszonych tabliczek wotywnych są setki. Ciekawe, czy po „okresie gwarancji” podlegają recyklingowi, czy idą na opał?

– Chciałbym taką tabliczkę zawieźć do domu – stwierdzam.

– Chyba nie będziesz stąd zabierać?! – z przestrachem mówi Anka.

– Teraz nie, poczekam na inną okazję.

Ograniczam się do zrobienia zdjęć deseczkom z prośbami. Nie przeczytam ich treści, ale przynajmniej część dotyczyć musi potomstwa, jako że Kiyomizu jest popularna wśród kobiet pragnących mieć dziecko.

Zaglądamy jeszcze na tyły świątyni. Schodki, ganki, werandy i różne metalowe lub drewniane ozdóbki. W sumie sympatyczne miejsce. I chociaż w pobliżu znajduje się więcej podobnych starych świątyń i kamiennych lampionów, idziemy do muzeum.

Muzeum Narodowe Sztuki Zachodniej usytuowane jest we wschodniej części parku Ueno. Gdy podchodzimy na duży plac przed budynkiem (a raczej z zespołem budynków), widzimy spory tłum. A co dziwniejsze, przed wejściem uformowała się kilkudziesięciometrowa kolejka. Wielkie plakaty i banery informują, że w muzeum czynna jest obecnie wystawa obrazów Michaelangelo Caravaggia.

– To mój ulubiony malarz! – woła Anka - muszę go zobaczyć.

Hm, gdybym był sam, pewno bym odpuścił tę wystawę. Gdyby to jeszcze byli impresjoniści albo wystawa dzieł Salvadora Dali? Nigdy nie byłem fanem włoskiego baroku, a artyści malujący w stylu realizmu nie wzbudzali mojego specjalnego zainteresowania.

– Dobrze.

– Ja zasponsoruję tę wystawę – mówi Anka, widząc wysoką cenę wstępu (1600 JPY).

Stojąc w kolejce po bilety, uśmiecham się: bo oto przy budynku ustawiono stojaki na parasole. Są darmowe i zamykane na kluczyk. I są ich setki! Ale powód jest oczywisty: dwukrotnie większe opady niż w Krakowie i 130 deszczowych dni w roku.

Budynek muzeum, przy którym stoimy powstał w 1957 roku sprawdzić i wiąże się z nim ciekawa historia. Przegrana Japonii podczas II wojny światowej sprawiła, że kolekcja Japończyka... .. zamieszkałego pod Paryżem została skonfliktowana przez władzę francuskie. Gdy stosunki między pokonanymi a zwycięzcami unormowały się, postanowiono zwrócić Japończykom kolekcję, wszelako pod warunkiem, że w Tokio powstanie zaprojektowany przez Francuzów budynek muzeum, w którym zostaną umieszczone zbiory. Projekt budynku powstał z udziałem trzech japońskich architektów zatrudnionych w Paryżu w pracowni Le Corbusiera. A samo muzeum otwarto w 1959 roku. 60 lat później budynek muzeum wraz z 16 innymi obiektami zaprojektowanymi przez Le Corbusiera i rozsianymi po całym świecie wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Modernistyczna bryła budynku to postawiony na kolumnach wielki, betonowy kloc z kilkoma przybudówkami. Uwagę zwraca elewacja w postaci paneli teksturowanych kruszywem żwirowym. Do wnętrza, niczym do świątyni sztuki, prowadzą schody. Wchodzimy i my. W holu głównym wita nas rzeźba "Myśliciel" autorstwa Auguste Rodina. To pomniejszona kopia pomnika stojącego na zewnątrz. Notabene francuski rzeźbiarz zrobił niezłą karierę z tym pomnikiem, gdyż jego dzieło zostało zwielokrotnione, a 24 odlewy rozsiane są po całym świecie - od Buenos Aires przez Kopenhagę i Tel Awiw po Kioto i Dżakartę. Rzeźb Rodina jest tu zresztą więcej, może to były hurtowe zakupy?

Obecnie w muzeum, prócz pierwotnej kolekcji, zgromadzono prace El Greca, Veronese’a, Rubensa, Bruegla, Delacroix, Courbeta, a także impresjonistów i przedstawicieli postimpresjonizmu: Moneta, Renoira, Van Gogha, Gauguina. Są też dzieła Picassa, Miro i Rodina. Zaczynamy od pięknych, renesansowych i barokowych obrazów. "Ukrzyżowanie", portret dwóch śpiących dzieciaczków pędzla kogoś tam portret pani, a dalej bardziej współczesne malarstwo obrazy Cezana, narcyze i nenufary, "płaskie" obrazy Gaugena, kropkowane pejzaże Sisleya. A dalej przechodzimy do kubizmu i symbolizmu: obrazy Miro i Picassa. To jest to, co lubię.

Po wyjściu spacerujemy między kolejnymi rzeźbami Rodina, oglądamy, między innymi, grupowy pomnik "Mieszczanie z Calais" upamiętniający niedoszłe ofiary wojny stuletniej oraz dość niecodzienną, bogato zdobioną bramę "Wrota piekieł" (kopia) ze scenami inferno z Boskiej Komedii i na której można odnaleźć miniaturowy posąg „Myśliciela”. Czas na chwilę wytchnienia w parku Ueno, spędzamy kwadrans wśród piknikujących na trawnikach rodzinach.

Czas w końcu na sztukę japońską w pobliskim Muzeum Narodowym (tym razem bilety tańsze, po 600 jenów). Oglądamy bogatą kolekcję brązowych i złotych czy też mosiężnych figur (co prawda to importy chińskie); wśród bogów są Tary, wieloręki Śiwa. Dalej mamy kamienne stele, mniejsze lub większe głowy buddów, a dalej fryzy z rzeźbionymi scenkami podobnymi do tych, które oglądałem w Khajuraho. Jest też trochę ceramiki: wazy, talerze i misy z malowanymi postaciami i wzorkami. Są terakotowe posągi, gliniane kielichy w kształcie buta, niewielkie, żelazne figurki bogów. Jak zawsze uśmiecham się do miniaturowych metalowych figurek, którymi bawiły się dzieci tysiąc czy dwa tysiące lat temu. Są tu importy z Syrii i Iranu, właściwie z całej Azji. Ja jednak chciałbym oglądać lokalną sztukę. A oto i ona. W kolejnych salach podziwiamy inkrustowane pudełka o wymyślnych kształtach, misy z motywami roślinnymi, emaliowane metalowe naczynia, także finezyjne złote kolczyki. A dalej trochę "prawdziwej" japońskiej sztuki: panele papierowe z wielkimi hieroglifami, rozkładane papierowe i płócienne parawany z filigranowymi wzorkami, malowane na matach z bambusu obrazy ze scenkami rodzajowymi. Jest i XIX-wieczna porcelana, a także zbroje szogunów oraz ich broń, między innymi pięknie zdobione katany, hełmy nabijane ćwiekami, ozdobne elementy ubioru, a także to, czego nie można było zabraknąć: haftowane i aplikowane kimona oraz malowane na papierze ryżowym obrazki przedstawiające XIX- i XX-wieczne społeczeństwo japońskie. Są też typowe dla sztuki Japonii kakemono (掛け物), czyli obrazki na papierze lub jedwabiu z żurawiami, kwiatami, gałązkami wiśni i rzecz jasna z Fuji-jamą. Z zainteresowaniem oglądam bogatą kolekcję dachówek z różnymi stemplami, złote blaszki, które służyły jako pieniądze. W kolejnej sali znów metalowe mosiężne posągi buddów, różne akcesoria kadzielnice i tak dalej. Zbiory są bardzo duże, ale czuję się trochę rozczarowany liczyłem przede wszystkim na sztukę japońską, a nie przegląd kultury azjatyckiej. No dobrze, kończymy z muzeami na dzisiaj, czas na tokijskie zoo.

Jak już chyba wspominałem, mam niezbyt dobre wspomnienia z dzieciństwa z wizyty w krakowskim ogrodzie zoologicznym: stłoczone zwierzęta, śmierdzące klatki. Ta trauma nie zachęcała mnie w późniejszych latach do wizyt w takich miejscach. Tym razem uległem, ze względu na nie tyle sławę tokijskiego zoo, co możliwość zobaczenia pand. Zwierzęta te zazwyczaj kojarzą się z Chinami, lecz podczas mojej podróży po Państwie Środka w 2006 roku nie było mi dane ich spotkać. Bilety są po 600 i 300 jenów, do przełknięcia. Od razu kierujemy się do wybiegu dla pand. Tutaj od razu muszą powiedzieć, że trzymane są tu pandy wielkie (Ailuropoda melanoleuca). Mają gigantyczne rzeczywiście rozmiary: do 115 kilogramów wagi, do półtora metra długości.

Pandy są wielkie i... niemrawe. Ich ruchy są powolne, leniwe. Duży samiec zwany Ri Ri (力力 to głowa rodziny. Oparł na kamieniu i leżąc na wznak chwycił źdźbło młodego bambusa. Nie spiesząc się, gryzie. Zamyślił się. Może wspomina swojego krewnego Ling Ling, który wyzionął tutaj ducha w 22 roku życia? Nieco na uboczu siedzi samica, Shin Shin (真真), przyjechała z Chin 5 lat temu. Jest mniejsza od swego partnera, pewnie zastanawia się, jak znowu namówić samca na potomstwo***/). W pobliżu znajduje się para małych pand. Nie baraszkują wesoło jak małe niedźwiadki, po prostu siedzą, obserwują teren i coś tam gryzą. Pandy są znane z nieustannego przeżuwania pokarmu, słabo przyswajają bambus, muszą go więc pochłaniać w wielkich ilościach. W końcu Ri Ri ziewa i wstaje nad tylne nogi. Robi kilka kroków w naszym kierunku i... siada. Oj, pocieszne są te pandy!

Żegnamy się z tymi sympatycznymi zwierzętami, czas goni. Obok znajduje się aviarium. Są tu zarówno europejskie ptaki takie zimorodki (Alcedo atthis) i azjatyckie łowce (łowiec płomienny, Halcyon coromanda) i inne kingfishery. Trafiam również na ptaki, których nie spotkałem wcześniej, między innymi na bagiewnika białopierśny (Amaurornis phoenicurus), średniej wielkości ptaka z rodziny chruścieli pochodzącego z Azji Południowej oraz mieszkańca Nowej Gwinei, mniszkę wielkodziobą (Lonchura grandis). Niestety, siatka w klatkach ma drobne oczka i niezbyt wygodnie robi im się zdjęcia. Tuż obok niewielki staw z różowymi flamingami (flaming karmazynowy, Phoenicopterus ruber). Stoją na jednej nodze lub żerują z dziobem zanurzonym w płytkiej wodzie. Z tymi pięknymi ptakami spotkałem się już dwa lata temu w Boliwii nad jeziorem Laguna Colorada. I dopowiem, że zdecydowanie wolę oglądać je naturalnym otoczeniu. Zwłaszcza że tutejszym zoo numery inwentarzowe ptaków zawieszone na nogach aż biją po oczach. Niespodzianką natomiast jest dla mnie shoebill zwany po polsku trzewikodziobem (Balaeniceps rex). To wielki, masywny ptak z dwuipółmetrowymi skrzydłami i – jak nazwa wskazuje – z dziobem w kształcie buta. Siedzi teraz na ściętym pniu i rozgląda się wokół. Jego upierzenie jest szaro-popielate, ma ze 100 cm długości i waży zapewne z sześć kilogramów. Znudzony, zrywa się do lotu i powoli, ciężko łopocząc skrzydłami przelatuje parę metrów dalej i siada na gałęzi sąsiedniego drzewa. Ciężko zazdrościć mu takiego żywota.

Znacznie weselej jest obok. Na sporej otwartej przestrzeni urządzono wybieg dla małych zwierzątek. Mają 25 centymetrów długości, jasnobrązową sierść i prowadzą bardzo aktywny, rodzinny tryb życia. Od czasu do czasu zastygają nieruchomo, stając na tylnych łapkach. Kręcą główkami, rozglądając się i identyfikując potencjalne zagrożenie.

– To pieski preriowe – mówię trochę niepewnym głosem.

Ale po chwili potwierdzenie znajduję na tabliczce. Do tej pory te zwierzątka z rodziny wiewiórkowatych znane mi były tylko z amerykańskich westernów****/. Osobników w tym stadzie jest chyba kilkadziesiąt. Co chwilę pojawiają się nowe lub znikają jakieś zakamarkach i dziurach. Popiskują przy tym nieustannie. Czasem ustawiają się w rządku na kamieniu i wyglądają wówczas przezabawnie, gdy wykonują zsynchronizowane ruchy głową. Później zaskakują z głazu i pędzą do miejsca, gdzie wysypane mają pożywienie.

– Bardzo się cieszę, że zobaczyłem te zwierzęta mówię.

– Ja też nigdy nie widziałam, w żadnym zoo – przytakuje Anka.

Wiemy, że atrakcją tokijskiego ogrodu zoologicznego jest karmienie pelikanów. Posiłkując się ulotką z planem zoo kierujemy się nad staw. Cztery pelikany (pelikany różowe, Pelecanus onocrotalus) podpływają do brzegu, do miejsca, w którym stoimy. Widocznie zegar biologiczny podpowiada im, że zbliża się pora posiłku. Na obiad załapią się również mniejsze ptaki – kormorany zwyczajne, czyli czarne (Phalacrocorax carbo). Pelikany już przebierają nóżkami. Póki co, fotografuję te niezwykłe ptaki. Potężne dzioby mają po 50 centymetrów długości, czasem rozpościerają swe skrzydła chwaląc się ich wielkością (240 centymetrów). Są spokojne, można rzec, ospałe. Sytuacja zmienia się radykalnie, gdy podchodzi pracownik zoo z wiadrem pełnym ryb. Ożywiają się i zaczynają przeciskać do brzegu. Otwierają szeroko dzioby pokazując, że dawno w pysku nic nie miały. Japończyk bierze po kolei ryby z wiadra i rzuca w powietrze, niespecjalnie celując. Pelikany błyskawicznie rzucają się, bezbłędnie obliczając trajektorię lotu ryby. Schwytane ryby wpadają do wielkiej ponaddziesięciolitrowej torby pod dziobem. Większe ryby wymagają podczas przełykania podniesienia dziobu do góry i intensywnego potrząsania. Widać, jak pokarm przeciska się przez długą szyję, to moment, kiedy pelikan jest bezbronny. A konkurencja nie śpi! W tym momencie mniejsze kormorany wydają różne dźwięki, kwaczą i piszczą, dopominając się o swoją część. Spoko i wy dostaniecie! Karmienie trwa 15 minut, a każda pochwycona ryba wzbudza nasz entuzjazm i aplauz.

Tylko na chwilę zatrzymujemy się przy wybiegu dla makaków, małp w Indiach widzieliśmy dość i trochę. Dalej mamy niedźwiedzia polarnego (Ursus maritimus), który nerwowo porusza się tam i z powrotem po kamiennym podeście nad wodą. Pomalowane na biało i udające lód betonowe bloki wyglądają dość żałośnie. Może ta sceneria została dobrana dla dobrego samopoczucia zwierząt?

Gatunków ssaków oraz innych gadów i ptaków w tokijskim zoo jest zbyt wiele, by je tutaj wymieniać, opuszczę więc te wszystkie antylopy, hipopotamy, krokodyle i żółwie. Chciałbym jednak wspomnieć o okapi (Okapia johnstoni), którego po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tutaj. To niesamowite zwierzę z brązowym umaszczeniem i biało-czarnymi pasami na nogach jest jakby skrzyżowaniem zebry, konia i żyrafy. I tak, jak widok araukarii podczas trampingu nieodmiennie kojarzy mi się z książką Arkadego Fiedlera „Orinoko", tak okapi przywołuje moje wspomnienia z lektury „Przygód Tomka na Czarnym Lądzie" Szklarskiego.

Jest już późne popołudnie, gdy opuszczamy zoo. Mamy jeszcze chwilę czasu, by przystanąć nad sztucznym nieodległym stawem (Shinobazuno Pond). Pływają po nim łódki kolorowe łódki w kształcie... łabędzi czy też raczej kaczek.

– Jak na mój gust, to Japończycy nie mają gustu – komentuję.

– W tym wypadku przynajmniej – dopowiada Anka.

Rozumiemy jednak, że pływanie na takiej różowej kaczuszce może być rozrywką dla małych dzieci.

Na drugim planie, sponad drzew, wychyla się wysoka wieża telewizyjna. To Tokio Skytree wzniesiona w dzielnicy Sumida zaledwie cztery lata temu. Liczy sobie 634 metry, jest więc drugą co do wysokości budowlą na świecie (po Burj Khalifa mierzącym 828 metry)*****/. Znajduje się tam taras widokowy, ale ze względu na odległość (i zapewne cenę wstępu) dziś już tam nie pojedziemy. Projekt wieży łączy klasyczne motywy architektury japońskiej z futurystycznym designem. Co ciekawe, jej przekrój zmienia się wraz z wysokością: u podstawy konstrukcja jest trójkątna, wyżej jej obrys ulega zaokrągleniu, a na wysokości 300 m przybiera kolisty kształt. Można mieć nadzieję, że wieża w tym sejsmicznym terenie przetrwa dłużej niż nasz – ongiś rekordowy – maszt w Konstantynowie (646 m). Dla uniknięcia drgań zawieszono wewnątrz strojony tłumik masowy – wielki okrągły zbiornik połączony z konstrukcją odpowiednimi linami.

Zanim podjedziemy metrem w stronę naszego hotelu, idziemy na wieczorny spacer po dzielnicy biurowo-mieszkalnej. W drapaczach chmur wznoszących się wokół zapłonęły światła, wiele z nich jest iluminowanych na zewnątrz, widać, że w wielu biurach wciąż trwa praca.

Podjeżdżamy na stację Minamisenju. Tu, na placu przy zachodnim wyjściu, znajduje się skromny pomnik bosego mężczyzny w tradycyjnym japońskim stroju. W dłoniach trzyma tabliczką i pędzelek. Ta całkiem świeża, bo z zeszłego roku, rzeźba autorstwa Hirano Senri przedstawia japońskiego poetę Matsuo Bashō. To z tego miejsca 16 maja 1689 roku poeta wyruszył w długa włóczęgę po kraju. Wędrując wśród pól ryżowych i wzgórz zapisywał swoje wrażenia i myśli tworząc Oku no Hosomichi (dosł. "Wąska droga na głęboką północ”) – najbardziej znany haibun – wierszowany utwór z elementami autobiograficznymi, krótkimi historyjkami i podróżnymi zapiskami. Poeta jest jednak bardziej znany jako twórca haiku, 17-sylabowego utworu, często o dowcipnym wydźwięku. Klasycznym przykładem jest jego haiku o żabie nad stawem:

古池や蛙飛び込む水の音         furu ike ya kawazu tobikomu mizu no oto.

Ten mini utwór był tłumaczony setki razy na różne języki, pozwolę więc sobie dołożyć i swoje******/:

    Antyczny akwen,

    amfibian-akrobata.

    Akwenu akord!

W dzielnicy, w której zatrzymaliśmy się, znajduje się dużo barów i knajpek. Dopiero teraz przepracowani Japończycy wstępują do nich na posiłek. Z komórką pod ręką, jeszcze w garniturze i pod krawatem, spożywają w samotności zupę z makaronem lub ryż z warzywami. To, co nam najbardziej się jednak podoba, to umieszczenie w witrynach barów gotowych potraw z cenami. Jedzenie wypełniające talerze jest wykonane w całości z tworzywa sztucznego i wygląda bardzo apetycznie. Takie plastikowe posiłki będziemy spotykać niejednokrotnie w czasie naszego trampingu.

I w końcu nasz hotel. Jesteśmy zmęczeni po długim dniu, mamy siłę tylko, by wypić jeszcze coś ciepłego przed położeniem się spać.

___________________________

*/ Chyba pierwszy raz z tymi strażnikami, shishi (石獅) spotkałem się w Chinach, m.in. w pekińskim Zakazanym Mieście. Później oglądałem lokalną nepalską wersję, singha lub chinggam (शेर, সিংহ lub சிங்கம்)) podczas wyprawy do Indii i Nepalu (m.in. w Kathmandu).

**/ Jak widać, szintoistyczne sanctum sanctorum ma podobną funkcję jak garbhagrha w hinduizmie (z którym mogłem się zapoznać w Khajuraho). Można dopowiedzieć, że honden jest odpowiednikiem judaistycznego Kodesz ha-Kodaszim (קֹדֶשׁ הַקֳּדָשִׁים), najświętszego miejsca w biblijnym Namiocie Spotkania, w którym znajdowała się Arka Przymierza.

***/ Urodzone w 2012 roku bliźniaki zdechły po 5 dniach. Shin Shin urodziła młode w rok później (oraz bliźnięta w 2021 roku).

****/ Systematyczna nazwa pieska preriowego to nieświszczuk czarnoogonowy (Cynomys ludovicianus)

*****/ W 2023 roku wieża Skytree musiała ustąpić miejsca budynkowi Merdeka 118 – gigantycznemu, wznoszącemu się na 679 metry drapaczowi chmur wzniesionemu w Kuala Lumpur.

******/ Ambitne, gdyż złożone z wyrazów na „a” 😉.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej