Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]
Dziś pojedziemy shinkansenem! | Majestatyczna Fudzi | Pędzimy jak wiatr... | Parę słów o noclegach | Smoki walczą | Spokój na cmentarzu | W lesie bambusowym
Dziś pojedziemy shinkansenem. Ta myśl sprawia, że czuję podekscytowanie. Zdaje sobie sprawę, że dla Japończyków shinkaseny to codzienność. Także Francuzi przyzwyczaili się do TGV. Zgadza się, pojadę po raz pierwszy tak szybkim pociągiem, ale przede wszystkim zastanawiam się, czy wszystko pójdzie OK z korzustaniem z Japan Railway Pass. Po śniadaniu biorę plecak i z Anką idziemy na stację metra Ueno, skąd musimy przedostać się na terminal shinkansenów.
Dworzec jest olbrzymi i, jak wspomniałem wcześniej, jest zintegrowany z innymi dworcami. To kolejowe 3 w 1: jest tu dworzec shinkansenów, dworzec zwykłych pociągów oraz stacja metro. Teraz zaczynam sobie uświadamiać, że chociaż linie metra i kolei są oznakowane kolorami, to grafika oznaczeń jest różna, gdyż linie metra są oznakowane przerywaną linią, a linie kolejowe ciągłą linią. Jest to ważne w przypadku połączeń między tymi samymi stacjami, gdzie tory kolejki i metra biegną równolegle do siebie.
Na dworcu tłumy. By przejść z jednej części do drugiej, przechodzimy dwukrotnie przez bramki. Na ostatniej sprawdzane są bilety na shinkansen, które wczoraj dostaliśmy w biurze kolei. Na trasie do Kioto kursuje najszybszy shinkansen o nazwie Nozomi (のぞみ, dosł. nadzieja), który rozwija prędkość maksymalną 340 km/h. Niestety, jak wspomniałem na początku, Japan Railway Pass nie obejmuje tych najszybszych pociągów, musimy się zadowolić shinkansenami wolniejszymi, które rozwijają mniejszą prędkość.
Wkrótce na peron wjeżdża shinkansen Hikari 465. Jego lokomotywa ma charakterystyczny i znany nam wszystkim wydłużony „dziób”, pociąg składa się z kilku jednostek zakończonych wagonami o opływowych kształtach. Wagony są otwarte, bez przedziałów, a w jednym rzędzie są 3 + 2 lub 2 + 2 fotele. Ruszamy z dokładnością do kilku sekund, bez żadnych zgrzytów i szarpnięć. W ogóle muszę powiedzieć, że shinkansen zatrzymuje się na stacji na minutę lub dwie minuty, więc trzeba być przygotowanym do szybkiego wejścia na pokład. Po kilku minutach wyjeżdżamy z tunelu i opuszczamy obszar gęstej zabudowy. Pociąg przyspiesza, pędzimy przez przedmieścia Wielkiego Tokio. Jazda jest komfortowa, gdyby nie siła bezwładności, która leciutko nas wtłacza w fotel i migające widoki za oknem nie czulibyśmy, że pociąg jedzie.
– Fudżi! – mówię do Anki i chwytam za aparat.
Fuji-san, święta góra Japończyków wznosi się w odległości 20 kilometrów od linii kolejowej. Jej charakterystyczny wierzchołek jest nie do pomylenia. Mniej więcej od połowy wysokości aż po krater widoczne są białe połacie zeszłorocznego śniegu.
– Ale chciałbym tam się wspinać…
– Przykro mi, wiesz, że nie mogę, nie mam tyle sił – mówi Anka.
Wiem o tym i przecież przed wyjazdem ustaliliśmy, że rezygnujemy. Ale i tak żałuję, że nie mam tej możliwości. Nie jest to góra trudna, zwłaszcza że busy podwożą Japończyków na wysokość niemal 1500 m n.p.m. (tzw. 5 stacja), a stamtąd w ciągu kilku godzin wygodną ścieżką łatwo mogą dojść na szczyt. Niepotrzebny jest sprzęt alpinistyczny, zbędne są nawet raki. Pod warunkiem, oczywiście, że wchodzi się w porze letniej. Wkrótce sylwetka Fudżi maleje, znika w przymglonym powietrzu majowego poranka. Być może wycieczka na Fudżi będzie kiedyś motywem czy powodem do powtórnej wizyty w Japonii…
Ten nieco nostalgiczny nastrój nasuwa skojarzenie z wielokrotnie tłumaczonym haiku wspomnianego wczoraj poety Matsuo Bashō. Tak pisał:
富士の風や扇にのせて江戸土産        czyli:      Fuji no kaze ya ōgi ni nosete Edo miyage
W moim tłumaczeniu zabrzmi to natomiast w ten sposób:
       Wiatr z góry Fudżi
       spoczywa na wachlarzu,
       pamiątka z Edo.
Pociąg przelatuje przez kolejne miasta i miasteczka. Cały obszar Japonii pomiędzy Tokio a Kioto jest silnie zurbanizowany i przynajmniej w pobliżu wybrzeża nie ma pól uprawnych i lasów. Na prostych odcinkach znacząco przyspieszamy, a wyświetlacz na końcu wagonu podaje aktualną prędkość. Przekroczyliśmy 300 kilometrów na godzinę.
– 308… 315… 317! – odliczam niczym sekundant.
Swoją drogą, japońskie „strzały” mają piękne, romantyczne nazwy: „nasz” Hikari tłumaczy się jako światło, Hayate to podmuch wiatru, Yamabiko – górskie echo, zaś Tsubame oznacza jaskółkę.
Do Kioto przyjeżdżamy punktualnie. 475-kilometrowa trasa zabrała nam 2 godziny i 44 minuty. Teraz musimy się pozbyć ciężkiego plecaka, kupujemy więc jednodniowy bilet na komunikację miejską w Kioto i jedziemy do hotelu. Nasz hotel, Green Peace, jest usytuowany nieco poza centrum Kioto (3 kilometry od pałacu cesarskiego). Będziemy tam spać trzy noce. Hotel jest w dobrej cenie i chyba cud sprawił, że go znalazłem na Bookingu. Wcześniej miałem zarezerwowane inne miejsce.
Kilka słów o noclegach w Japonii. Poza hotelami w europejskim stylu są jeszcze trzy rodzaje typowo japońskich miejsc noclegowych. Pierwsze, wszystkim znane, to hotele kapsułowe, których jednoosobowe pomieszczenia mają wymiary 3 × 1,5 × 1 metra, to właściwie tylko piętrowe łóżko z ograniczoną swobodą ruchów. To najtańsza forma noclegów w Tokio i w innych wielkich miastach, użytkowane są czasem przez pracowników firm, którzy po piątkowej imprezie nie zdążyli wrócić do swojego miejsca zamieszkania, albo przez młodych ludzi szukających taniego noclegu. Brałem pod uwagę nocleg w takim hotelu kapsułowym, zawsze byłaby to jakaś atrakcja.
– Nie wiem, czy wytrzymam w takiej trumnie, mam klaustrofobię – oświadczyła przed wyjazdem Anka.
– Ale to byłoby ciekawe – mówiłem – nigdy nie spałaś w takim miejscu.
– Może bym się przyzwyczaiła i wytrzymała…
Jednak nic nie wyszło z tego pomysłu, gdyż dostępne hotele są z podziałem na hotele dla pań i panów, a Anka nie zgodziła się byśmy spali w różnych miejscach.
Drugi rodzaj typowo japońskich hoteli to ryokany (旅館) – tradycyjne hotele, na ogół o wysokim standardzie i bardzo drogie. Są urządzone jak domy, mają łaźnie (o-furo), bywają z onsenami. Posiłki są przynoszone do pokoju. Oczywiście, że chciałbym poznać i ten rodzaj hoteli i ku mojemu zaskoczeniu trafiła się tania oferta na pobyt w ryokanie w Yamaguchi.
Trzecim interesujących rodzajem hoteli są hotele miłości dla młodych ludzi lub starszych par, które z jakichś względów chcą skorzystać z takiego przybytku, śpiąc w luksusowych warunkach. Najczęściej są to apartamenty o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych z wielką łazienką i, co najważniejsze, olbrzymim łożem. Wystrój w takich pokojach bywa bardzo romantyczny, pokoje są wówczas utrzymane w kolorach czerwieni lub różu. Do dyspozycji gości hotelowych są też różne akcesoria niezbędne do tego, co się ma dziać w czasie ich pobytu. Zdarza się też, że te hotele są traktowane jak pokoje na godziny.
Okazało się, że najlepsza, promocyjna cena w Kioto jest właśnie w takim hotelu. Była to oferta na jedną noc, a po wyjaśnieniach, czym jest taki hotel, Anka go zaakceptowała, ale powstały niejasności dotyczące godziny check-outu. W tym wypadku check-out był określony jako 12 pm. W krajach anglojęzycznych oznacza to południe (12:00), lecz w Japonii może to oznaczać… koniec dnia, czyli północ (24:00). Oznaczałoby to, że znaleźlibyśmy się w środku nocy bez noclegu. Wyjaśniałem mailowo tę kwestię z hotelem, gdy pojawiła się oferta hotelu Green Peace z pokojem po 102 zł za noc i sprawa noclegu została definitywnie rozwiązana.
Nasz pokój jest mały, prócz szafy wbudowanej w ścianę (押入れ, czyli oshiire), jedynym wyposażeniem pokoju są wykonane ze słomy ryżowej i trawy igusa maty tatami (畳) pokrywające niemal całą powierzchnię podłogi. Do naszej dyspozycji są schowane jeszcze w szafie futony (布団) – japońskie posłania składające się z cienkiego materaca i równie cienkiej kołdry. To tradycyjne elementy w japońskim domu. Dawniej futony wypełnione były bawełną lub włóknami kokosowymi. Czym są wypełnione te hotelowe? Nie wiem, nie będę sprawdzać.
– Może nie będzie zbyt wygodnie, ale bardzo japońsko – stwierdzamy.
Jest godzina 11:00.
– A co z tym lasem bambusowym? – pyta Anka.
– Nie zapomniałem przecież. Dzisiaj pojedziemy.
– Teraz? Teraz zaraz? Może wypijemy najpierw kawę.
Na kawę zawsze mamy ochotę. Później pakuję plecaczek z niezbędnymi rzeczami i wsiadamy do pociągu na dworcu.
Las bambusowy na przedmieściach Kioto to atrakcja dobrze znana wszystkim turystom. Lasy – głównie cedrowe, cyprysowe, dębowe i bukowe – pokrywają ponoć 60% Japonii. Piszę „ponoć", ponieważ jakoś tego nie widzieliśmy podczas przejazdu pociągami. Oczywiście, lasy dominują w górach i północnych regionach w Japonii, zwłaszcza na Hokkaido. Wśród nich pewną część zajmują lasy bambusowe. Teoretycznie można byłoby wybrać się na wycieczkę w inne miejsce, by pospacerować po bambusowym zagajniku. W naszym przypadku odezwało się moje lenistwo, nie chciało mi się szukać alternatywnych miejsc, a jednocześnie zadziałał instynkt stadny. Jedziemy więc do Bamboo Forest, czyli do Arashiyamy, miejsca odległego od centrum miasta zaledwie o 10 km.
Wysiadamy na przystanku Saga-Arashiyama Station. Do przejścia mamy około 700 metrów. Gdy jednak dochodzimy do skrzyżowania z drogą prowadzącą do lasu bambusowego, napotykamy na spore zbiegowisko. Ruch samochodowy jest zatrzymany, a tłum tłoczy się wokół... no właśnie! Wokół czego? Nie wygląda to na wypadek samochodowy, raczej na imprezę: słychać muzykę i rytm wybijany na bębnach. Przeciskam się przez tłum, torując drogę Ance. Przed nami tańczą chińskie, czy też raczej japońskie smoki. Postacie zwierząt są animowane przez dwie osoby: jedna porusza głową, druga, oparta rękami o plecy pierwszej animuje tylną część smoka i ogon. Pomarańczowy smok nieustannie kłapie paszczą, wzbudzając u dzieci strach pomieszany ze śmiechem. aktorzy ubrali kostiumy. Ulicą zbliża się jeszcze jeden smok, również „dwuosobowy”. Tutejsze smoki różnią się wyraźnie od chińskich, który widziałem w Sajgonie (Ho Chi Minh City, Wietnam).
– Gotowe – mówię, kończąc fotografowanie – możemy iść dalej.
Ale oto słychać nasilające się dźwięki bębnów i jakichś fujarek, tłum się rozstępuje, dając przejście oddziałowi rycerzy.
– Co się tu dzieje? – pytam młodego Japończyka wyglądającego na studenta.
– Saga!
– Saga?
– Tak, Saga Matsuri Festival. My co rok obchodzimy tutaj to święto. Zawsze w trzecią niedzielę maja.
– Słyszałem o święcie Jidai Matsuri w Kioto...
– Mamy dużo świąt – śmieje się chłopak – tamto święto (時代祭, "Święto Wieków") obchodzone jest 28 października. A Saga Matsuri to wspólne święto Sanktuarium Atago i Nonomiya, ciągnie się przez tydzień. Dziś właśnie ostatni dzień uroczystości.
Chłopak milknie, zbliża się do nas grupa mężczyzn niosąca niezwykle barwny i ozdobny palankiny.
[Opis]
– To mikoshi z Atago – wyjaśnia Japończyk – wraca dziś do swojej świątyni.
– W trzecią niedzielę maja – opowiada chłopak – odbywa się ceremonia Shinko-sai. Bóstwa Atago i Nonomiya są umieszczane w palankinach zwanych mikoshi i przenoszone do tymczasowego miejsca spoczynku, otabisho.
Dziś, w czwartą niedzielę maja, trafiliśmy na uroczystość zwaną Kanko-sai, podczas której mikoshi noszone są wokół Arashiyamy w towarzystwie tancerzy w tradycyjnych strojach i procesji dzieci.
[przybycie do świątyni Daikaku-ji, opis. ]
Japończycy mają na sobie niebiesko-białe mundury
[tutaj opis, na głowie szerokie kapelusze opis]
Poprzedza ich... Niosą palankiny [opis] Ponieważ orszak czy też parada kieruje się w stronę lasu bambusowego, ruszamy wraz z nim, co ułatwia mi fotografowanie. Nie wiem, czy takie widowiska często trafiają, ale uważam, że mamy szczęście.
Nieraz zdarzało mi się, całkiem przypadkowo, zobaczyć czy też uczestniczyć w jakichś widowiskach, koncertach lub świętach. Z przyjemnością wspominam święto Seto Machhendranath Jatra w Nepalu, także występy bębniarzy i tancerzy w Sajgonie [inne święta].
Droga, którą idziemy, pnie się teraz nieco pod górę otaczają nas pierwsze kępy bambusa. Zanim jednak zagłębimy się w las, chcę zajrzeć na pobliski cmentarz.
– Las poczeka, niech sobie rośnie – mówię i dodaję: chodźmy!
Uwielbiam oglądać cmentarze. Te "nasze", chrześcijańskie, ale przede wszystkim te w innych kulturach: muzułmańskie, buddyjskie i inne.
Cmentarz, który się przed nami rozciąga, już na pierwszy rzut oka jest inny od tych, które widziałem wcześniej. To las kamiennych obelisków wysokich na pół metra, czasem półtora metra; rekordziści mają ponad 2 metry wysokości. Pokryte są pionowo umieszczonymi hieroglifami. Na wielu nagrobkach ustawiono drewniane deseczki wotywne, pozostawiono też ażurowe przykrywki na znicze.
Pomiędzy nagrobkami spaceruje kilka osób, parę innych przestanęło przy grobie bliskich i modli się lekko schyliwszy głowę.
– Jeszcze chwileczkę! – mówię, widząc, że Anka się niecierpliwi.
Robię jeszcze parę fotek i ruszamy w dalszą drogę.
Bez dwóch zdań muszę powiedzieć, że las bambusowy bardzo mi się podoba. Rośnie tu mōsō – gatunek bambusa (Phyllostachys edulis) wyrastający na 27 metrów. To 8 pięter, całkiem sporo jak na trawę*/. Źdźbła bambusa mają pięć do piętnastu centymetrów średnicy i wysokość – na ile mogę prawidłowo ocenić – 15 metrów. Rosną stosunkowo gęsto, ale swobodnie mógłbym przez ten las przejść. Inaczej było w bambusowym lesie w północnym Wietnamie, gdzie można było przejść przez las bambusowy, jedynie wyrąbując ścieżką maczetą. Tutejszy las jest zielony za sprawą obfitości grubych zielonych pni. Nie wiem, ile lat mają te bambusy, niektóre gatunki potrafią urosnąć nawet jeden metr w ciągu dnia. Palisada pni rozciąga się w każdym kierunku i zdaje się nie mieć końca. Pióropusze liści wznoszą się gdzieś wysoko. Ledwo przepuszczają promienie słońca, które na glebie pokrytej opadłymi liśćmi tworzą skaczące plamki. Zieleń pni kontrastuje z brązowymi płotkami z wikliny wyznaczającymi dwumetrowej szerokości drogę.
Właściwie już po stu metrach moglibyśmy zawrócić. W tym "monokulturowym" w lesie nie będzie niespodzianek. Ot, kilkanaście kilometrów kwadratowych wysokiej trawy. Mamy jednak dość czasu, by pospacerować po tym labiryncie ścieżek. Widać, że miejsce jest dość turystyczne, wśród odwiedzających sporo jest gaijinów – gości z odległych krajów.
– Wracamy? – pytam.
– Tak, wystarczy tego chodzenia.
Powrót odbywa się sprawnie, kolejką podjeżdżamy do centrum.
[Opisać ciąg dalszy dnia obiad obiadu i drobne zakupy powrót do hotelu]
_____________________________________________
*/ Bambus należy do rodziny wiechlinowatych czyli traw, do których zalicza się różne gatunki zbóż.