Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Utrecht-Amsterdam

środa, 5. VIII 1992


W drodze do Utrechtu | Uprzejmy jak.. Holender | Świat esperantystów


Knału w Utrechcie

Wczorajszy desant pod Arnhem odbył się tak szybko, że dopiero dziś poczułem, że jesteśmy w Holandii. Ta myśl sprawia mi dużo przyjemności: będę oglądał Amsterdam, Hagę, Rotterdam... Ale pierwszy krok - zwiedzanie Utrechtu przesuwa się w czasie. Po tradycyjnej, wrzaskliwej pobudce i nerwowym i milczącym śniadaniu idę na stację benzynową zorientować się w sytuacji. Próbujemy stopa w dwóch miejscach przed rondem i za rondem. Dopiero po dwóch godzinach zatrzymuje się biznesmen i zabiera nas do Utrechtu. Rozmawiamy dość dużo m. in. o telewizji, pan od czasu do czasu mówi "przepraszam" i odbiera lub prowadzi rozmowy telefoniczne. Podrzuca nas w Utrechcie pod samo muzeum w centrum. Dank u!
Centraal Meseum pełne jest zbiorów średniowiecznych i barokowych, ale są tu również łodzie wikingów i mnóstwo sztuki abstrakcyjnej. Później spacer nad Neuwegracht i śniadanie przy kanale. Otwieram konserwę, rozkładam serwetkę i robię sobie kanapki, Dorota tradycyjnie - kawałki konserwy nabija na nóż i je prosto z puszki. Smacznego!

Utrecht dla forsiastych Muzeum Klasztoru św. Katarzyny zwiedzam już sam, widocznie Dorota ma na dzisiaj dość duchowej strawy. Przechodzimy obok wieży katedralnej. Wokół tłumy turystów. Stoimy na mostku nad kanałem, jednym z tych, które tak nadają charakter miastom holenderskim i belgijskim, gdy podchodzi do nas para Holendrów z emblematami informacji turystycznej na czapeczkach i pyta, czy mogą w czymś pomóc. Nie sądzę, byśmy wyglądali na zagubionych. To raczej ich wyuczona uprzejmość i życzliwość w stosunku do turystów i obcokrajowców nakazuje im opieką nad nami. Dziękujemy, pytamy tylko o położone na obrzeżu miasta ulice, gdzie mieszkają esperantyści.
Na dworcu kolejowym korzystam z ubikacji by wziąć wody do pojemnika. Pytamy o cenę biletów autobusowych do Amsterdamu. Już prawie bym je kupił, gdyby nie kolejna awantura. Decydujemy się ostatecznie iść na stopa. Trafiamy na kolejnego biznesmena, który zabiera nas do Amsterdamu. Do tego, że kierowcy czasem nas podwożą do centrum, zbaczając z drogi - przyzwyczailiśmy się już. Ten jednak Holender wykazał wyjątkową uprzejmość. Najpierw szukał z nami kempingu w południowym Amsterdamie, a gdy okazało, się, że jest zlikwidowany, pojechaliśmy obwodnicą do północnej części miasta za Het IJ.

Pomnik Armii Czerwonej Podczas, gdy ja czekam przed kempingiem, Dorota dzwoni do swego znajomego esperantysty. Załatwione - możemy przenocować u niego. Na szczęście nie mieszka daleko od kempingu, kilka przystanków autobusem z przesiadką. Bilety są ważne na określoną ilość godzin - kasujemy je tylko w pierwszym autobusie [prawda, jakie to odkrywcze w roku 2000?]. Chłopak mieszka tuż nad kanałem rzeki IJ. Saluto! Saluto! Dorota po esperancku wyjaśnia, że nie jestem esperantystą i wtedy radykalnie zmienia się stosunek chłopaka do mnie. Oświadcza (po esperancku), że on nie przyjmuje w domu nie-esperantystów. Ale - wpuszcza mnie. Rozmawia z Dorotą, znają się z kongresów, mnie natomiast traktuje jak powietrze (choć mówi po angielsku). Jakoś wytrzymam. W mieszkaniu przebywają jeszcze dwaj inni esperantyści - Holender i Kolumbijczyk czy Peruwiańczyk. W tym momencie, obrazek jest godny uwagi: kilkoro ludzi z różnych stron świata jest w stanie rozmawiać ze sobą tylko dzięki znajomości esperanto. Ważne jest również to, że rozmowa odbywa się na równych prawach, co niekoniecznie miałoby miejsce, gdyby konwersowali po angielsku - dla każdego esperanto będzie językiem wyuczonym.
Siedzimy zatem w pokoju w domu nad Het IJ. Ja - głodny i zmęczony, Dorota i reszta - rozgadani. Po południu odwozimy Kolumbijczyka na dworzec. Ponieważ trzeba się przeprawić przez kanał promem, zastanawiam się, ile będzie kosztować to odprowadzanie. Zaskakuje nas, że mieszkańcy Amsterdamu korzystają z promu za darmo. Pod dworcem grupa chłopaków z Polski proponuje nam zakup roweru. Wtedy jeszcze mogłem mieć złudzenia co do legalności transakcji. Późniejsze spacery po holenderskich miastach przekonują mnie, jak częste są tu kradzieże rowerów (i jak przemyślne są sposoby zabezpieczania przed nimi).


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej